Sformułowanie „nieznany artysta” zawsze bardzo mi się podobało, od młodości. Oznacza, że wszystko, co mogę wiedzieć o osobie będącej twórcą tego obrazu, to dzieło, które mam przed oczyma. Uważam, że to szczęśliwa okoliczność.
Elena Ferrante
Elena Ferrante to jedno z najbardziej intrygujących zjawisk współczesnej literatury, nie tylko włoskiej. Zainteresowanie jej prozą i samą pisarką pobudza zapewne również tajemnica otaczająca autorkę bestsellerowej Genialnej przyjaciółki: w czasach powszechnego „parcia na szkło”, „ścianek”, na których tle z taką lubością fotografują się celebryci, wola zachowania anonimowości intryguje. Rusza błędne koło. Im bardziej ktoś stara się wycofać w prywatność, tym bardziej wścibscy dziennikarze i publiczność starają się otaczające go zasłony zedrzeć. A tu i ówdzie pojawia się podejrzenie, że to jeszcze jedna „ściema” PR, służąca zwiększeniu zainteresowania mediów i odbiorców. Mało kto skory jest uwierzyć, że są po prostu ludzie, którym naprawdę zależy na zachowaniu swojej prywatności i „świętego spokoju” – dóbr wciąż jeszcze cennych. Przynajmniej dla niektórych.
Oczywiście także Eleny Ferrante w spokoju nie zostawiono.
Zagadkę jej tożsamości próbowano rozwiązać wielokrotnie.
„W kręgu podejrzeń” na czołowym miejscu znalazło się małżeństwo Domenico Starnone i Anita Raja. Starnone to uznany włoski pisarz (autor wydanych także w Polsce Sznurówek i Psikusa), jego żona zaś jest tłumaczką literatury niemieckiej. Włoski dziennikarz Claudio Gatti odkrył bardzo wysokie przelewy, dokonane przez wydawnictwo E/O na konto Anity Rai, nieprawdopodobne w wypadku autorki wyłącznie przekładów. To poszlaka istotna – pomińmy tu jej mocno dwuznaczny prawnie i etycznie charakter – ale nietłumacząca wszystkich możliwych składowych zjawiska.
Zagadką jest już pseudonim pisarki. Czy to, jak chcą niektórzy, ukryty hołd dla jednej z ulubionych jej autorek, Elsy Morante? To nie jedyne możliwe wyjaśnienie. Pseudonimem „Don Ferrante” sygnował swego czasu swoje artykuły w „Napoli nobilissima” Benedetto Croce. Ów don Ferrante to jeden z drugoplanowych bohaterów sławnej powieści Alessandra Manzoniego Narzeczeni. Nad tym tropem warto by się może zastanowić i w przypadku autorki Genialnej przyjaciółki. Zwłaszcza gdyby przyjąć, że za pseudonimem kryje się nie jedna osoba, lecz pisarski duet.
Don Ferrante Manzoniego to postać komiczna, posiadacz wielkiej biblioteki, prywatny uczony gabinetowy, oddający się osobliwym studiom, jak choćby badaniom nad astrologią. Uczony ów mąż wspomaga czasem (uwaga, uwaga!) swoją małżonkę, donnę Prassede, w jej różnych drobnych przedsięwzięciach pisarskich, ich współpraca nie jest wszelako wolna od napięć: „Jeżeli na jej prośbę służył jej w potrzebie swoim piórem, to dlatego, że mu to sprawiało przyjemność; zresztą, i w tej dziedzinie potrafił powiedzieć: »Nie«, jeżeli to, co miałby napisać, nie trafiało mu do przekonania. »Wysil się, mościa dobrodziko – mawiał w takich wypadkach – zróbże po swojemu, skoro ci się to takie proste wydaje«” (tłum. Barbara Sieroszewska).
Udział Domenica Starnone w powstaniu Genialnej przyjaciółki nie jest nieprawdopodobny. Potwierdzałyby go przeprowadzone swego czasu poważne analizy językoznawcze. Starnone urodził się zresztą w okolicach Neapolu, i to w tym samym mniej więcej czasie co Elena Greco i Lina Cerullo. A choćby w Sznurówkach da się znaleźć detale przywodzące na pamięć bestseller Ferrante, jak choćby zdanie podkreślone przez bohatera w jednym z czytanych przezeń tekstów: „Pojawienie się miłości wprowadza inny ład w naszym życiu społecznym” (tłum. Stanisław Kasprzysiak), które wywołuje pewne skojarzenie z wypracowaniem Eleny i jego zasadniczą tezą, że „miasto bez miłości zmienia swą naturę z dobroczynnej w szkodliwą dla człowieka” (tłum. Alina Pawłowska-Zampino). Wspomnieć też można o fascynacji pisarza narracją z kobiecej perspektywy (jak właśnie w Sznurówkach), o której wspomniał kiedyś w rozmowie z Enricą Marią Ferrarą. Bo czyż jest dla autora mężczyzny wyzwanie większe niż spojrzenie na świat oczyma kobiety (vide słynne „Pani Bovary to ja” Flauberta)?
Zasadniczo trzeba się chyba jednak zgodzić z sugestią wydawcy Eleny Ferrante, by zaprzestać tropienia pisarki niczym groźnego gangstera. Być może prawdy dowiemy się dopiero wtedy, gdy Komitet Noblowski spojrzy na włoską autorkę okiem równie życzliwym co na Olgę Tokarczuk. Chociażby po to, by wreszcie wywabić ją z ukrycia. Jeśli oczywiście perspektywa kolacji na sztokholmskim dworze królewskim okazałaby się silniejsza niż jej niechęć do ujawniania swej tożsamości. Zanim to nastąpi, wypada posłuchać Suzanne Moore, która w „The Guardian” wszystkim pragnącym prześwietlić prywatność pisarki, radzi: „Jeśli chcesz się dowiedzieć, kim jest Elena Ferrante, po prostu przeczytaj jej książki”.
*
Czytajmy zatem. Notabene właśnie na łamach „The Guardian” miała swój początek przedostatnia z nich, L’invenzione occasionale (Pomysły przygodne). Złożyło się na nią mianowicie 51 miniesejów – bo tak chyba należałoby zakwalifikować te teksty o objętości ok. trzech stron maszynopisu każdy – publikowanych z inspiracji pisma przez cały rok 2018. Opatrzonych świetnymi, niepokojąco tajemniczymi ilustracjami Andrei Uciniego. Takie prace zlecone przez popularnych autorów nie zawsze kończą się powstaniem arcydzieł. Zwłaszcza „dzienniki” zamawiane przez łasych na grosz wydawców u pisarzy, wokół których w danym roku unosi się odor classicitatis, to niekiedy pańszczyzna i dla twórcy, i dla czytelnika. Elena Ferrante nie musiała na szczęście z mozołem lepić niczego w tym rodzaju. Nie mając doświadczenia w pisaniu na zamówienie, poprosiła o zadanie jej pytań pomocniczych i to wokół nich snuła swoje refleksje. „Pisałam te teksty, błądząc bezpośrednio wśród wspomnień w poszukiwaniu jakiegoś drobnego egzemplarycznego doświadczenia; czerpiąc spontanicznie z przemyśleń, jakie nasunęły mi książki czytane przed wielu laty, zagubionych i powracających dzięki innym lekturom; wykorzystując nieoczekiwane intui cje wywołane samą koniecznością pisania, dochodząc do gorzkich wniosków pod wpływem drogi już przebytej” (Zderzenia, s. 6 – jeśli nie podano inaczej, wszystkie cytaty w tłumaczeniu TZ).
Takie „przygodne pomysły” mają w literaturze długą tradycję, bo czymże innym były zapiski rozmaitych pisarzy i myślicieli, często prywatne, nieprzeznaczone do druku, mające charakter notatek i szkiców do późniejszego wykorzystania, które niekiedy, jak w wypadku Georga Christopha Lichtenberga czy Wilhelma Heinsego, okazywały się niespodziewanie najtrwalszym składnikiem ich spuścizny? Ale i dziś różnego rodzaju lapidaria nie tracą na popularności, tyle że pisze się je od razu z myślą o publikacji. Czy to Lec powiedział, że w czasach, gdy mało jest czasu na czytanie grubych ksiąg – czemu zresztą sukces Eleny Ferrante spektakularnie przeczy – lepiej od razu pisać aforyzmy? A jeśli nie aforyzmy, to krótkie eseje-felietony, które da się z pożytkiem przeczytać np. w tramwaju – czytelnik wysiada z niego nieco bogatszy duchem i z mocnym przekonaniem, że nie zmarnował czasu nolens volens spędzonego w podróży. I nie ma w tym opisie minieseju ani krzty ironii, bo najtrudniej zagospodarować sensownie właśnie takie okruchy czasu, które bezpowrotnie przeciekają nam przez życie. Wszystko, co pobudza w nich myśl i emocje, ma więc swoją wartość.
Rada Suzanne Moore okazuje się w przypadku Pomysłówszczególnie trafna, ponieważ to właśnie w tych tekstach pisarka daje nam niejaki wgląd w swoją prywatność,…