Wielkim wyzwaniem jest sama Rosja, w dziejach której totalitarny reżim nie był co prawda długim, ale z całą pewnością głęboko przeistaczającym tamtejszą rzeczywistość zjawiskiem. Jedni wciąż rozliczają się z przeszłością własną i swoich bliskich – dobrym tego przykładem jest wydana niedawno książka My, dzieci komunistów. Drudzy patrzą na Rosję sowiecką przez pryzmat naszej narodowej martyrologii bądź – ogólniej – jej długiego, cywilizacyjnego konfliktu z szeroko rozumianym zachodnim konserwatyzmem.
Warto dodać, że jeszcze przed II wojną światową polska szkoła sowietologiczna, dobrze opisana choćby przez prof. Marka Kornata, stała u początków zachodnich badań nad nową rzeczywistością, zrodzoną z rosyjskiego żywiołu i niemieckiej filozofii. Została jednak na długo zapomniana – gdy miejsce II Rzeczypospolitej zastąpiła zależna od Moskwy Polska Rzeczpospolita Ludowa.
Nie bez znaczenia jest również kwestia globalnych wpływów radzieckiego państwa, nie tylko w sferze politycznej i militarnej, ale też kulturowej i światopoglądowej. W białych krematoriach czerwonego totalitaryzmu skutecznie wyniszczano ludzi – jednak nie tylko intelektualny Zachód przez kilka dekad widział w nowym ustroju i państwie przede wszystkim nadzieję na zrealizowanie humanistycznych marzeń, wyzwolonych z logiki kapitału, mieszczańskiej obyczajowości i chyba przede wszystkim chrześcijańskiej religii. Do zmiany sytuacji w znacznej mierze przyczynił się narastający opór wśród nielicznych, ale wybitnych lewicowych intelektualistów, takich jak Albert Camus, George Orwell, a z młodszych Tony Judt, którzy usłyszeli również głos środkowych Europejczyków – dysydentów, outsiderów i życiowych rozbitków, choćby Polaków z kręgu paryskiej „Kultury”, a później ludzi demokratycznej opozycji zza żelaznej kurtyny.
*
Trzytomowy Dom władzy. Opowieść o rosyjskiej rewolucji pióra Jurija Slezkine’a, urodzonego w 1956 r. w Związku Radzieckim amerykańskiego historyka i pisarza, trudno nazwać objawieniem dla polskiego czytelnika. Wszak to Główne nurty marksizmu Leszka Kołakowskiego, Marksizm i skok do królestwa wolności. Dzieje komunistycznej utopii Andrzeja Walickiego czy Od białego caratu do czerwonego Jana Kucharzewskiego stanowią jedne z najistotniejszych w zachodniej kulturze analiz marksizmu / komunizmu / sowietyzmu. Niemniej ta książka jest nową lekturą obowiązkową dla tych, którzy interesują się podobnymi zagadnieniami. I to opisywanymi w szerokiej interdyscyplinarnej perspektywie, która pozwala zobaczyć narodziny i szybkie zepsucie nowego systemu jako przebogaty we wzajemne oddziaływania fenomen metapolityczny, społeczny, narodowościowy, historyczny, kulturowy, urbanistyczny, edukacyjny, rodzinny i obyczajowy.
Istotna uwaga: ta książka ma pewien mankament. Ambicje autora, by na gruncie historii idei przedstawić ideologię komunistyczną i jej rosyjskie wcielenie przez analogię do chrześcijaństwa w jego rozlicznych rozgałęzieniach, niekiedy zdają się dość płytkie czy wręcz przyczynkarskie. Nie są to oczywiście nowe i zupełnie bezpodstawne próby – oświeceniową, w tym marksistowską, historiozofię i millenaryzm jako głębokie transformacje chrześcijańskiej eschatologii i soteriologii analizowano w XX w. dość często. Próbowano też pokazać je jako myślowo-dziejową konsekwencję Objawienia.
Dobrym przykładem pierwszego trendu jest Historia powszechna i dzieje zbawienia Karla Löwitha, znakomitym przykładem drugiego: Chrześcijaństwo i pojęcie postępu Emmanuela Mouniera. Slezkine chyba jednak zbyt często zadowala się prostymi kliszami, hipotezy badawcze i analogie z dziedziny filozofii religii i historii idei przedstawiając jako pewniki, w prosty sposób przekładające struktury ideowe i instytucjonalne chrześcijaństwa na ich rzekome odpowiedniki dotyczące „rosyjskiego komunizmu w budowie”. Nieco złośliwie można powiedzieć, że to, co ma cenne zastosowanie w rozliczeniowych powieściach z kluczem w rodzaju Ciemności kryją ziemięJerzego Andrzejewskiego, jawi się jako nieco zbyt wątła konstrukcja intelektualna w obszernej interdyscyplinarnej pracy popularnonaukowej. A jednak tę książkę trzeba przeczytać. Slezkine pokazuje dom na Bagnisku, radziecki dom władzy nad rzeką Moskwą, wybudowany na przełomie lat 20. i 30 XX w. w staro-nowej stolicy imperium, jako budynek najbardziej przyziemny i zarazem jako alegorię nowego ustroju. Pełne tragizmu napięcie tkwi w samym złożeniu: „dom” i „władza”. Jego pierwszy człon okazuje się ludzki i arcyludzki, pełen podłostek, ale też bezprzykładnego heroizmu. Drugi traktuje ludzi jako surowiec pod budowę nowego świata, którego millenarystyczne wspaniałości coraz bardziej odsuwają się w czasie lub są – za straszliwą nieraz cenę – dostępne nielicznym. Dom władzy w większości mieścił tych, którzy ze studentów, katorżników, robotników, Rosjan, Żydów, Polaków stali się przede wszystkim ludźmi sowieckiej władzy, elitą nowego państwa. I równocześnie w swym życiu i w śmierci należeli do Stalina, który wedle swej woli meblował ich świat. Albo go wraz z nimi unicestwiał. * To, co ludzkie, wiąże się z intymnością człowieczeństwa i gwałtami na nim, wrażliwością i nieczułością, marzeniami i podłościami dziadków i babek, ojców i matek, synów i córek. Dziadkowie i babki weszli w czas po rewolucji jako starsi już ludzie, często głęboko zanurzeni w swoim dawnym, przednowoczesnym, wiejsko-religijnym życiu, ojcowie i matki – jako ludzie, którym w czasie nagłych triumfów i karier rodzi się potomstwo i rozpadają pierwsze małżeństwa, synowie i córki – jako dzieci Października, którym miało być dane zobaczyć zrealizowany komunizm. Czy może ściślej:…