Katherine Mansfield tłumaczyliśmy już przed wojną – jako Katarzynę. Jeszcze polskiej Woolf nie było i Joyce’a nie było, a już była ona. Poetka, modernistka, lesbijka, nowelopisarka, Nowozelandka osiedlona w Anglii. Zmarła w wieku Chrystusowym plus jeden, i to we Francji (u doktora Gurdżijewa), i to na gruźlicę, co tylko tak brzmi uroczo. Trzydzieści cztery lata, a zdążyła zaistnieć w kanonie literatury.
Mówi się, że Mansfield wpadła w prozie na to, co Virginia Woolf następnie rozpropagowała: narrację poza fabułą, strumień świadomości i „moment psychologiczny”. Dzisiaj się to czyta jako eleganckie i całkiem realistyczne krótkie formy, „tycie teksty”, ale kiedy powstawały, były przełomowe. Zupełnie jak Czechow, który…