No i stało się. Filar zachodniej cywilizacji pod obstrzałem! Jeden z najwybitniejszych żyjących filozofów – wcale nie jakiś tam neomarksista, komunista z Ljubljany czy innego Frankfurtu, tylko porządny-filozof-z-Harvardu – napisał książkę bezpardonowo podważającą fundament naszej wizji dobrze urządzonego społeczeństwa. Michael Sandel w pracy Tyrania merytokracji. Co się stało z dobrem wspólnym wprost uderzył w merytokrację. Nie w wypaczenia merytokracji, nie w jej niedobory czy fasadowość – uderzył w same jej moralne podstawy. „Ale jak to możliwe?” – zakrzyknie ktoś. Czyżby kolejny oderwany od życia intelektualista, który chciałby kompletnej urawniłowki? A może i jeszcze żąda absurdu losowego dobierania zawodów czy zakazu wyróżniania się talentami i pracą? No nie.
Czym jest merytokracja?
Dla porządku trzeba zaznaczyć, że merytokracja – w rozumieniu, które stosuje Sandel – nie jest tożsama z zasadą merytoryczności, czyli z obsadzaniem stanowisk adekwatnie do kompetencji (szczególnie w języku polskim kojarzy się z „merytorycznością”; w języku angielskim merit oznacza „zasługę”). Meryto-kracja odnosi się do systemu hierarchii społecznej, w którym od kompetencji / zasług uzależnia się nie tylko stanowisko, ale i pozycję społeczną. W tym sensie merytokracja stanowić ma przeciwieństwo arystokracji (władzy dobre urodzonych) czy plutokracji (władzy bogatych).
Merytokracja odrzuca przywileje wynikające z urodzenia i dziedziczenia, więc domaga się równości szans – gwarantowanej np. powszechnym systemem edukacji. Jednak zakłada również nierówność wyników – jako naturalny skutek nierówności kompetencji i zasług – a to przekłada np. na nierówności majątkowe. Merytokracja jest więc systemem urządzenia i legitymizacji hierarchii.
Właśnie w takim rozumieniu termin ten ukuty został przez socjologa, urbanistę i działacza społecznego oraz reformatora systemu szkolnictwa Michaela Dunlopa Younga (1915–2002) w eseju satyrycznym z 1958 r. pt. The Rise of the Meritocracy. Krytyczne ostrze tej dystopii wymierzone było konkretnie we wprowadzony w Zjednoczonym Królestwie po II wojnie światowej system trójszczeblowej powszechnej edukacji finansowanej przez państwo, polegający na alokacji dzieci do konkretnych szkół na podstawie ich wyników w nauce. Young zauważał proroczo, że egalitarne elementy tego systemu szybko okażą się fikcją, czyniąc z niego bardziej bezlitosną formę arystokracji. I właśnie ta krytyka stanowi kluczowy punkt zaczepienia dla rozważań Sandela.
Czy nierówności wynikające z merytokracji są sprawiedliwe i korzystne?
Sandel nade wszystko rozprawia się z merytokratyczną intuicją, że sprawiedliwe są nierówności społeczne wynikające z indywidualnych zasług. Podkreśla, że nawet dla filozoficznych piewców rynku merytokracja była tylko mechanizmem zwiększania efektywności całego społeczeństwa – czymś raczej amoralnym niż etycznie słusznym. Dobrze rozumieli oni, że talenty nie nadają komukolwiek wyższej moralnej wartości, bo są kwestią przypadku: urodzenia i okoliczności.
Jednakże ludzie intuicyjnie doceniają wysiłek, nawet jeśli talentu brak. Dlatego hierarchię opartą na włożonym przez jednostkę wysiłku postrzegają jako sprawiedliwą. Domagają się przy tym równości szans. Merytokracja ma działać jak wyścig – zawody, o to, „kto był lepszy”. Równą pozycję startową zapewniać mają instytucje powszechnej edukacji i inne mechanizmy, które zbiorczo nazwałbym społecznym aphesis (od nazwy starożytnego urządzenia hippicznego gwarantującego koniom start w tym samym momencie). Przy równym starcie akceptuje się nierówność wyników – jako dowód zasługi (talent + wysiłek). A nagrodą za te nierówne zasługi ma być pozycja w hierarchii społecznej: władza i bogactwo.
Takie rozumowanie posunięte jest nierzadko do skrajności i usprawiedliwia najbardziej przepastne nierówności społeczne. Czasem prowadzi to do zapętlenia rozumowania: skoro ktoś ma ogromny majątek – a pieniądz w kapitalizmie jest miarą wartości – to znaczy, że jego zasługi muszą być ogromne, więc ewidentnie zasłużył na swoją pozycję.
Taką logikę Thomas Piketty w Kapitale w XXI wieku określa jako „merytokratyczny ekstremizm”. Oznacza ona skłonność nowoczesnych społeczeństw – w szczególności amerykańskiego – do mianowania niektórych ludzi „zwycięzcami” i wynagradzania ich tym hojniej, im bardziej osiągają sukces dzięki osobistym zasługom, nie zaś z racji urodzenia czy zaplecza społecznego.
Tyle że w kapitalizmie merytokratyczny wyścig działa kompletnie inaczej.
Rynek wcale nie nagradza wysiłku pielęgniarki bardziej niż rentiera utrzymującego się z odziedziczonej kamienicy. Równość startu w tym wyścigu jest kompletną mrzonką. Powszechna edukacja nie likwiduje nierówności wynikających z urodzenia czy zaplecza społecznego (kapitał kulturowy, majątek, sieci kontaktów itp.).
Do tego Sandel podkreśla, że w krajach takich jak USA edukacja wcale nie służy zapewnieniu równego startu. Raczej wzmacnia nierówności, będąc silnie posegregowaną terytorialnie i klasowo. To kraj, w którym finansowanie szkół pochodzi z podatku od nieruchomości, czyli jest wprost zależne od bogactwa danej okolicy. W najlepszych uniwersytetach Ivy League po dziś dzień przyznaje się punkty za pochodzenie z rodzin absolwentów (sic!). Łatwiejszy dostęp do najlepszych uczelni jest tam legalnie dziedziczonym przywilejem. Akcja afirmatywna (punkty dla przedstawicieli dyskryminowanych mniejszości) – wbrew częstej krytyce konserwatystów – nie miała na celu zburzenia merytokracji w imię urawniłowki, ale była właśnie próbą pro-merytokratycznej korekty.
Tak oto usprawiedliwianie nierówności wyników (w pozycji społecznej) tym, że szanse były równe, okazuje się kpiną. Nierówność wyników rodzica przekłada się na nierówność szans dzieci. Przy braku mechanizmów kompensowania tych nierówności kumulują się one i utrwalają. Rankingi mobilności społecznej i badania wiążące je z nierównościami pokazują to jasno i wyraźnie: kraje o większych nierównościach społeczno-ekonomicznych są także tymi, które mają mniejszą mobilność społeczną. Słynny „amerykański sen” (polegający na możliwości wydobycia się z biedy w jednym pokoleniu) znacznie łatwiej niż w USA zrealizować jest w Danii, Szwecji czy nawet w Czechach.
Sandel zauważa przy tym, że egalitarne impulsy merytokracji wykraczają poza złudne marzenie o równości szans. Tkwią one również w utylitarystycznym założeniu, że nierówności, które merytokracja produkuje, przynoszą korzyści dla najsłabszych. Idea ta wyraża się w słynnej zasadzie różnicy – jednej z zasad sprawiedliwości wprowadzonych przez Johna Rawlsa w jego Teorii sprawiedliwości. Zasada różnicy zakłada, że „Nierówności społeczne i ekonomiczne mają być tak ułożone, aby (…) były z jak największą korzyścią dla najbardziej upośledzonych”.
###banner###
W merytokratycznym rozumieniu tej zasady (niezbyt zgodnym z intencjami Rawlsa), nawet jeśli nierówności okażą się duże, to będą oparte na premiowaniu „najlepszych”, czyli tych którzy wytwarzają najwięcej miejsc pracy, współtworzą postęp naukowo-techniczny, więc i wnoszą maksymalne korzyści dla najgorzej sytuowanych. Na tym opierała się obietnica merytokratycznej hierarchii. Pasowała ona idealnie do neoliberalnej „teorii skapywania”, według której im więcej bogactwa będą gromadzić najlepiej sytuowani, tym więcej dostaną biedniejsi. Dlatego tak cieszono się ze świetnych wyników na rynkach finansowych, bo przecież „przypływ podnosi wszystkie łodzie”. Tymczasem w USA od lat 80. rosnące nierówności społeczne wprost przekładały się na gorsze warunki bytowe, stagnację płac (mimo wzrostu wydajności), pogarszającą się sytuację zdrowotną, trudniejszy dostęp do rynku mieszkaniowego itd. Wraz z falsyfikacją pewnych koncepcji ekonomicznych merytokratyczna obietnica okazała się oszustwem.
Upokorzenie i zgony z rozpaczy
Sandel pokazuje, jak ideologia merytokracji wprost przyczynia się do wzrostu tzw. zgonów z rozpaczy, powiązanych z chronicznym stresem i depresją. Chodzi o dotykającą USA epidemię śmierci spowodowanych samobójstwami, przedawkowaniem narkotyków i alkoholizmem. Przyczyniła się ona do bezprecedensowego w historii powojennej tego kraju spadku oczekiwanej długości życia przez trzy lata z rzędu – i to jeszcze przed pandemią. Filozof wskazuje, jak wiele problemów USA i reszty świata zachodniego wiąże się wyraźnie z merytokratycznym upokorzeniem. Tym, którzy nie zdali testów z wysokim wynikiem, którzy nie dostali się do najlepszych uczelni, którzy nie są w czołówce w swojej klasie – system ten łamie serca. Odbiera im satysfakcję z własnej roli…