O polskiej historii najmniej lubię rozmawiać z Polakami, a najbardziej z ludźmi spoza Polski. Uczyłem się tego, jeżdżąc po Wschodzie, gdzie wiele dyskusji o Stalinie, UPA i Wielkim Księstwie Litewskim było wyzwaniem większym niż te same rozmowy odbywane w cieplarnianych, przytakujących warunkach polskich. Uczyłem się tam też, jak całe kosmosy wspólnych dla regionu wydarzeń i zjawisk poszczególne narody próbują zmieścić w przyciasnym gorsecie pozornej wynikowości i zamknąć w tomach o nazwach „Historia Litwy” czy „Historia Polski”. A gdy już to zrobiły, zastanawiam się: czy to właśnie dany naród zawsze najlepiej rozumie swoją historię? Podejrzewam, że mnóstwo elementów z przeszłości Rosji lepiej od Rosjan pojmują dziś Polacy i Ukraińcy, stąd może odpowiedzi na nasze dylematy powinniśmy szukać również u Białorusinów czy Litwinów; albo, zupełnie odwracając perspektywę, u grup mniejszościowych, jak Tatarzy czy Łemkowie. A w literaturze nie rozglądam się w pierwszej kolejności za faktami, lecz za nieoczywistymi perspektywami, bo dopiero one wybijają mnie z ujeżdżonych kolein.
Pewnego razu przesunąłem jednak wzrok ze Wschodu na Zachód i poznajdywałem tam jeszcze ciekawsze rzeczy. Historię Poniemiecczyzny opowiedzianą przez Niemców, jednak nie w duchu pogrobowców rewizjonistycznych ziomkostw ani kresymentalistycznej Heimatliteratur, ale opowieści, które mnie odmieniły. Raz, chyba jedyny w życiu, przeczytałem książkę dwukrotnie, raz za razem. Było to wydane oryginalnie blisko 20 lat temu Obce miasto. Wrocław 1945 i potem. Autor: niemiecko-amerykański historyk z Monachium.
Książka Thuma opowiada o znanych motywach, jak przesiedlenia, wypędzenia i odniemczanie, ale autor nie wikła się w żmudne kronikarstwo. Nie jest to też kolejna zbieranina zachwytów nad „rozbitą niemiecką filiżanką” i znalezionym w stropie zdjęciem poprzednich lokatorów w barwach sepii. Zamiast tego Thum odpalimpsestyzowuje miasto, odgruzowuje mit po micie, pokazując, jak je konstruowano (a robili to tak politycy, jak i pisarze – choćby Günter Grass). Z jednej strony zrywa z gawędami o „lwowskim Wrocławiu” czy „piastowskim Dolnym Śląsku”, a z drugiej – pokazuje, jak potrzebne były to mity i jak ważną rolę odegrały, będąc firmowanymi przez władze komunistyczne. Bo nie jest rzeczą oczywistą wygnać setki tysięcy jednych, osiedlić setki tysięcy innych i sprawić, aby uwierzyli, że cudze jest własne.
Autor kreśli biografię powojennego Wrocławia jako jednego z największych eksperymentów demograficznych w dziejach – nie było bowiem nigdy tak dużego miasta, gdzie tak wielka część ludności (niemal 100%) zostałaby w tak krótkim czasie „wymieniona”.
Thum uruchomił we mnie empatię do osób, które trafiły do stolicy Ziem Odzyskanych, pokazał mi w nowym świetle wszechświaty lęków, radości i nienawiści (które wcześniej w innej poetyce odsłaniały przede mną książki historyczne: od Wielkiej trwogi Marcina Zaremby po Rok ostatni – rok pierwszy. Gliwice 1945Bogusława Tracza). Opisał dylematy według nie wyłącznie kryteriów narodowościowych, ale też wielu innych. Dylematy komunistów, Sowietów, kobiet, robotników. Jako historyk zrobił to, co winien robić reporter, czyli wczuł się w położenie aktorów i aktorek spektaklu, który we Wrocławiu rozgrywa się…