Subskrybuj
fot. Wydawnictwo Filtry
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Geopolityka Jana Pawła II

Wbrew tytułowi głównym bohaterem "Nie naszego papieża" wcale nie jest Jan Paweł II. Z książki dowiadujemy się raczej o tym, o czym za jego pontyfikatu się nie mówiło – szczególnie w Polsce.

O Kościołach w Ameryce Łacińskiej i sytuacji społeczno-politycznej, z którą poszczególne episkopaty mierzyły się w Salwadorze, Kolumbii, Meksyku i Chile. I o tym, jak zalecenia Kurii Rzymskiej kierowanej przez JP2 sprzyjały tamtejszym dyktatorom i bogaczom. Wreszcie o czarnych charakterach, jak ks. Marcial Maciel Degollado czy kard. Alfonso López Trujillo. Rzut oka na indeksy opublikowanych u nas wcześniej biografii Wojtyły wystarczy, by przekonać się, że te dwa nazwiska nie pojawiają się w nich w ogóle lub sporadycznie. Z jednej strony rodzi to pytanie: czy tylko z tej przyczyny, że kiedy pisano je pod koniec pontyfikatu, nikt o tym jeszcze nie wiedział? Z drugiej strony prowadzi to do wniosku, że czytając Nie naszego papieża, warto złapać proporcje – książka ta nie stanowi ani wyczerpującego, ani reprezentatywnego obrazu papiestwa JP2. Choć jednocześnie jest prawdziwa. Jak to możliwe? Wlekły, który z całą pewnością nie jest napastliwy wobec Wojtyły i ludzi wierzących, pisze we wstępie: „Zdaję sobie sprawę z dobrych stron tego pontyfikatu, opowiadam jednak o jego wielkich błędach”. A te wielkie błędy ujawniały się na kontynentach amerykańskich – w krajach, które w roku 2000 „były domem dla połowy wszystkich katolików”.

I rzeczywiście, opisane zostały sprawy, z których nie można JP2 i jego administracji wytłumaczyć. Choćby te dwie. Dlaczego utrzymywano przywileje dla uzależnionego od morfiny Degollado, który wykorzystał ponad 100 małoletnich (w tym własne dzieci), mimo że o pierwszym przypadku dokonanego przez niego molestowania przełożeni wiedzieli już w latach 50.? Jak to możliwe, że mimo ostrzeżeń na przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Rodziny (Trujillo piastował ten urząd przez 18 lat) mianowano manipulatora i wroga biednych, a także osobę oskarżaną o wykorzystywanie seminarzystów i przemoc wobec męskich prostytutek?

Dziedzictwo

Próby odpowiedzi prowadzą w ślepą uliczkę – zgadywanie, co lub ile Wojtyła wiedział. Spór obrońców i krytyków papieża może się toczyć na tym polu bez końca. Dlatego konstruktywna i trzeźwa wydaje mi się zmiana perspektywy, którą w rozmowie z Mirosławem Wlekłym na temat jego książki zaproponował Paweł Mościcki: nie koncentrować się na stanie wiedzy papieża, ale na skutkach, do jakich doprowadził jego pontyfikat. Swoim następcom JP2 zostawił Kościół, w którym doszło do wyhamowania zmian i dyskusji zainicjowanych przez Vaticanum II, obsesyjnie skupiony na seksualności, uwikłany w skandale obyczajowe i finansowe, a także ich tuszowanie, współpracujący z niedemokratycznymi reżimami, Kościół z kiepską obsadą personalną. Przyglądając się tym zmianom, Mościcki zwrócił w podcaście Inny Świat uwagę na analogię pomiędzy działaniem ruchów społecznych na świecie i w Kościele. Lata 60. to czas rewolucji młodzieży na Zachodzie oraz Soboru i jego kontynuacji np. w postaci konferencji w Medellin, gdzie zrodziła się teologia wyzwolenia. Lata 80. i kolejne stanowiły okres kontrrewolucji z konserwatystami na czele mocarstw jak Reagan czy Thatcher i współpracujący z nimi Jan Paweł II. Prowadzi to do ciekawego wniosku: o ile często interpretowano JP2 jako niemalże superbohatera, który zmienił bieg historii, o tyle z tej perspektywy widać, jak bardzo okazał się uwarunkowany przez czas, w jakim żył, i że idealnie wpisał się w konserwatywny klimat epoki.

W swojej książce Wlekły obsadził Wojtyłę nie w roli duchowego lidera czy człowieka modlitwy, lecz przede wszystkim w roli polityka. Odnosi się nawet wrażenie, jakby realizacja celów w tym obszarze była dla papieża kluczowa. Walka z komunizmem i wspieranie Solidarności tak zdeterminowały jego myślenie, że gotów był wspomagać dyktatorów, zamiast bronić ubogich i pracujących z nimi mordowanych przez reżimy latynoamerykańskie księży. W 1983 r. na nikaraguańskim lotnisku upomniał klęczącego przed nim ks. Ernesta Cardenala (pełniącego funkcję ministra kultury w lewicowym rządzie sandinistów), a dobę później w Salwadorze uścisnął rękę Roberta D’Aubuissona, oskarżanego dziś o współodpowiedzialność za śmierć 75 tys. osób, w tym abp. Oscara Romero. Najważniejsze było to, by wpływy marksizmu się nie rozrosły. Kierowana przez Polaka kuria nie pytała też o źródła darowizn, nawet gdy pochodziły od narkotykowego bossa Pablo Escobara lub z drenażu lokalnych środków ubogich parafii. Nominował na stanowiska konserwatystów, bo gwarantowali, że rewolucyjne pomysły nie przedostaną się do Kościoła.

Ta narracja jest jednak zbyt jednorodna. Czy to dziwne, że Wojtyła nie rozumiał Ameryki Środkowej i tonował rewolucyjne nastroje? Tamtejsze episkopaty były podzielone. Sam wspomniany już abp Romero potrzebował czasu, by zrozumieć sytuację swego kraju. W Nikaragui, gdzie Front Wyzwolenia Narodowego obalił reżim Anastasia Somozy, istniała realna obawa, że wśród katolików dojdzie do rozłamu – ok. 20% wiernych zaczęło sympatyzować nie z Watykanem, tylko z „hołubionym przez władze »Kościołem ludowym«” (Poniewierski). Pięćdziesiąt lat temu region ten był dużo mniej stabilny i przewidywalny niż dziś. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że przewodzenie globalnej organizacji wymaga doskonałego rozumienia odległych od siebie kontekstów i wyjścia poza własny interes narodowy. Pomóc mogą w tym mądrzy doradcy, których – co książka Wlekłego uzmysławia – papieżowi dotkliwie zabrakło.

Wybiórczo

Ceną koncentracji na Ameryce Łacińskiej jest fakt, że z Nie naszego papieżanie dowiemy się nic o tym, co JP2 i prowadzony przez niego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: W kulturze ciągłej terapii