W papierowym wydaniu Miesięcznika ZNAK artykuł ukazał się pod tytułem Ktoś
Na pewnym pogrzebie usłyszałam dwie mowy na cześć zmarłej. Z jednego z pożegnań wyłaniała się osoba oddana życiu prywatnemu, serdeczna, gościnna, zapamiętana za to, że zawsze witała swoich gości gorącą herbatą. W drugim natomiast wspominano jej odwagę, obywatelską postawę i piękną kartę zapisaną w czasie wojny. Głosy te odnosiły się do tak różnych aspektów życia, jakby dotyczyły całkowicie osobnych życiorysów, choć przemawiający niewątpliwie znali zmarłą długo i bardzo dobrze. Oczywiście przeciętne życie trwa długo, wiele więc może się w nim wydarzyć, każdy też nieuchronnie się zmienia. Czasem bywa tak, że to jedno życie może pomieścić kilka sporych biograficznych rozdziałów. Jednak gdy czytałam Hankę Macieja Jakubowiaka, miałam z tyłu głowy to, jak łatwo jest stać się mimo woli reżyserem czyjejś biografii. Mimo woli, bo nasze przekonania, punkty widzenia, nasze życie podpowiadają nam, jak chcielibyśmy kogoś widzieć.
Annie Ernaux czy Daleko od szosy
Tytułowa Hanka to mama autora. Tu muszę docenić udaną szarżę Macieja Jakubowiaka: wybór takiej bohaterki narzuca odruchowo albo wspominkowy sentymentalizm, albo budowanie pomnika na piśmie, albo dla odmiany gorzkie rozrachunki. A nic z tych rzeczy w książce nie znajdziemy. Lecz Hanka to w rzeczywistości biografia potrójna, bo równolegle opowiada losy babci Albiny oraz wreszcie samego autora, a dokładniej: mówi przede wszystkim o ich ambicji i drodze do wykształcenia. Rozłożonej na raty, bo tytuł doktorski zdobędzie dopiero Maciej. I Albina, i Hanka powtarzają scenariusz niezrealizowanego marzenia, które później starają się spełnić rękami dziecka. Babcię pasjonuje nauka, nawet za sprawą ambitnego nauczyciela poznaje troszkę esperanto, ale decyzją ojca zostaje w gospodarstwie i kończy szkołę na kilku klasach. Misję ma kontynuować córka, która pomyślnie zdaje, choć nie od razu, maturę – jednak i tu coś za coś, bo Albina nie zgadza się na przeprowadzkę do Zabrza, tym samym zamykając Hance, utalentowanej lekkoatletce, drogę do sportowego zawodowstwa. Woli, by córka zajęła się nauką – tak przynajmniej relacjonowała historię swojej, być może, niedoszłej medalowej sławy sama Hanka. Jednocześnie obu bohaterkom czasami się szczęści, na skalę zwyczajnego, względnie udanego życia: Albina po wojnie porzuca chłodny i ubogi dom rodzinny, zamieszkuje wraz z mężem górnikiem w jasnym, wygodnym mieszkaniu na Śląsku. Hanka po maturze zajmuje się pracą administracyjną w kopalni, dalej uprawia sport, jej dzieci idą na studia. Jak to w zwyczajnych życiach, dzieją się tam rzeczy lepsze i gorsze, utrwalają się pewne nawyki, odkładają się żale.
Jakubowiak, owszem, prowokacyjnie rozpoczyna swoją książkę słowami, że „mama była nikim”, ale w toku opowieści szybko okazuje się, że to oczywiście nieprawda, i nawet próbując wydestylować idealną historię ludową, trzeba potykać się o osobne koleje losu, bo każdy jest na własny sposób kimś.
A jeśli Hanka i Albina same chciałyby napisać swoje biografie, gdyby uznały to za warte zachodu? Potomek częściowo dokonuje rekonstrukcji na podstawie ich własnych wypowiedzi, opowieści, powiedzonek, przy czym jednocześnie próbuje wpisać ich życiorysy w to „się”, którego używa Annie Ernaux, opowiadając o podejściu do nauki i pracy, zwyczajach związanych z jedzeniem, o nadwadze, o telewizji, o zakupach, stara się prześledzić wzory, powtórki, scenariusze typowe, wszak żyjemy w społeczeństwie, a „zwrot klasowy” w literaturze znacznie takiemu spojrzeniu pomaga.
Uważam za smutne, że zamiast przypomnieć sobie serial Daleko od szosy, daliśmy się jako polscy literaci i badacze uwieść opowieściom z importu, przybyłym ze znacznie bardziej usztywnionych społeczeństw, francuskiego i brytyjskiego. Choć z pewnością można w opowieściach Annie Ernaux, Didiera Eribona czy nieco zapomnianego już Richarda Hoggarta odnaleźć sceny, które mogły dotyczyć każdego nosiciela łatki „zdolnego dziecka”, to ich scenariusze niekoniecznie przystają do świata ludzi, by pożyczyć sobie termin z tytułu książki Magdy Szcześniak, „poruszonych” (życiorys Albiny spokojnie mógłby znaleźć się w jej publikacji). Przez to łatwo utracić specyficzny dla społeczeństwa polskiego koloryt, jego nieoczywistości i rozwibrowania, olbrzymią mobilność i możliwość awansu w PRL-u czy gwałtowne sukcesy i upadki w latach 90., ulec złudzeniu, że procesy te wszędzie przebiegają podobnie.
Przechytrzenia i drogi na przekór
Na szczęście Hanka „przechytrzyła teorie socjologiczne”, jak przyznaje jej syn. W wykazaniu tego pomaga chwilami autoironiczny, samoświadomy styl pisania Jakubowiaka, który czasami irytuje pilnością w powoływaniu się na kanon autofikcji, ale na szczęście na ogół mruga okiem, sygnalizuje dystans (nawet przyznaje, że pisząc pośmiertnie w czyimś imieniu, nie zachowuje się do końca w porządku, bo nie wiadomo przecież, ile ktoś chce opowiedzieć o sobie sam). Najciekawsze, choć niełatwe, obserwacje pojawiają się w chwilach największej szczerości. Autor przyznaje, że w latach 90. jego rodzina stała się biedna, ale też nie umyka rzeczywistości, zaznaczając, że w ówczesnych Żorach wszyscy z reguły jechali na jednym wózku, a do tego położenie nie oznaczało spisania na straty. Bieda nie wyznaczała przeznaczenia: może każdy „nikt” do jakiegoś stopnia wymija teoretyczne prawidła? Cenne są też fragmenty pokazujące,…