Zamiast torować drogę odpowiedzi na kojące: „Kto zabił?”, narratorka Prochów w ustach konfrontuje nas z duchotą świata, w którym decyzja o samobójczym skoku z piątego piętra wydaje się chwilami zupełnie racjonalna. „Rodzina musi być daleko, ale obecna – jak słońce” – czytamy w którymś momencie. Navarro wyciska to zdanie do cna: angażuje giętki język i warsztat ekonomiczny, by pokazać, dlaczego mama (imigrantka zarobkowa) bywała tak daleko od Diega i jego siostry (narratorki). Wtedy czujemy nawet cień sympatii do straumatyzowanej Meksykanki, której – w żadnym sensie – nie stać na bliskość z własnymi dziećmi. Nie trwa to jednak długo. Bo zaraz potem autorka zabiera czytelników w psychologiczną otchłań, odsłania szwy manipulacji matki – pokazuje, jak kłopotliwa dla narratorki bywa jej (nie)obecność….