Ostatnio dużo myślę o dziecięcej przyjaźni. Mam przywilej obserwowania, jak się rodzi to piękne uczucie u moich córek: najmłodszych (8 i 11 lat) i u już dorosłej. Dzięki nim przypomniałam sobie, jak to jest przyjaźnić się bezwarunkowo i szczerze. Mówić od razu, co się myśli, konflikty rozwiązywać na bieżąco, być lojalnym i dotrzymywać słowa.
Patrzę na moje dzieci i pytam samą siebie: czy umiem przyjaźnić się jak one? Bo przecież umiałam.
Przyjaźnie nawiązuje się przypadkiem, bez planu. Na placu zabaw, w przerwie między lekcjami, na szkolnej wycieczce. Na korytarzu w przychodni, na spacerze z psem. Wygląda na to, że los krzyżuje nasze ścieżki po to, by dać nam możliwość poznania kogoś bliskiego sercu. Tylko nie każdy to zauważa. Czasem taka okazja trwa chwilę, jest jak piłka rzucona w naszą stronę. Pytanie, czy potrafimy ją złapać. I czy chcemy. Patrzę wstecz na moje życie i wyraźnie widzę chwile, w których podjęłam wyzwanie. Dostrzegam też te, w których je zignorowałam, świadomie lub mniej. A przecież niektóre okazje nawet się powtarzały. Patrzę na moje dzieci jak na trzy modele nawiązywania przyjaźni. Jedna córka stawia na relacje z maksymalnie dwiema osobami, druga na przyjaźnie warunkowane miejscami: tu przyjaciółka od koni, tam ze szkolnej ławki, jeszcze inna w miejscu, do którego jeździmy na wakacje. I trzecia córka, czyli ostatni model: przyjaźni się z wieloma osobami i robi wszystko, by je ze sobą nawzajem poznawać. Kiedy wyjeżdża, zawsze ma pod ręką telefon, żeby móc porozmawiać, bo szybko tęskni. A niezależnie od telefonów i spotkań pisze listy: papierowe, wysyłane pocztą. Oczywiście różnie z tą pocztą bywa, zdarza się, że list priorytetowy idzie dwa tygodnie, ale czekanie okazuje się równie ważne…