Subskrybuj
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Podróże ze zwierzętami

Spaliśmy przy strumieniach, bo słonie o poranku potrzebują kąpieli. Trzeba uważać, szczególnie przy zsiadaniu – słoniowi bowiem zdarza się podnieść energicznie z przyklęku i wtedy fikołek murowany. Nad głowami rozwieszaliśmy grube, osmolone płótno, bo nocami całą kotlinę spowija gęsta, zamarzająca mgła, która stuka o brezent jak wyhamowane przez gąszcz kulki gradu. Słońce przebija się gdzieś koło południa. Ano, drugi z poganiaczy, wyjął późnym wieczorem z torby plastikową butelkę, odciął górną część, dolną zalał podgrzaną wodą, dosypał opium, i zaciągnął się przez nią tak, że aż stanęły mu świeczki w oczach. Pociągnąłem ze trzy razy, ale na Polaków chyba nie działa.

WielbłądyByć może wybraliśmy złe miejsce. Leżąc z głową na siodle, podciągnąłem koszulę pod pierś. W świetle gwiazd zobaczyłem na brzuchu czarną karawanę. Mrówki były wielkie jak paznokieć i jakby nigdy nic wędrowały w swoim tempie nad płytkim kraterem pępka, zmierzając na kostkę śpiącego obok M’baraka. Ich prosta kreska ginęła w szmerliwym mroku pustyni. Mieliśmy do wyboru 90 690 ha, a zatrzymaliśmy się tu. Byliśmy dla nich zbyt niepoważni, by kluczyły, i zbyt tymczasowi, by przerywały odwieczne zwyczaje i budowały obwodnicę. Wieczorem ziemia oddawała ciepło. M’barak wyrobił ciasto i wsadził w piach. Po godzinie jedliśmy chleb. To był może czwarty dzień wędrówki od osady Mahamid w kierunku ergu Chigaga w Maroku. Niezbyt przejęliśmy się uwagą, że w sierpniu w pustynię się nie wychodzi. Dało się wytrzymać gdzieś do jedenastej, dlatego ruszaliśmy jeszcze przed świtem. I tak powinniśmy o tej porze roku wędrować nocą. Zaczynało się po południu… Szukaliśmy byle krzaka, którego kolce rzucały nerwowy cień. Mohamed i M’barak zawijali się cali w płótno i przez pięć godzin nie wypowiadali słowa, nie wykonywali najmniejszego ruchu, a gdy zawiesiłem mętny wzrok na ich piersi, dałbym głowę, że nie oddychali. Wiatr od pustyni parzył jak podmuch błękitnego żaru, gdy otworzy się szybę kominka….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kiedy nadejdzie przyszłość