Subskrybuj
Literaturoznawca, antropolog, doktorant Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2017 r. pracuje w zespole badającym społeczne wyobrażenia o Józefie Kurasiu „Ogniu” i jego podkomendnych.

Osiem miesięcy ciemności

Książka <i>1939. Wojna? Jaka wojna?</i> daje świetny wgląd w stan umysłu Polaków tuż przed II wojną światową. Znajdziemy tu zarówno fragmenty codziennej prasy, jak i wspomnienia czy niepublikowane rękopisy. Brakuje tylko interpretacji.

Romana Oszczakiewicz zanotowała 31 sierpnia 1939 r.: „Jestem bardzo zajęta w domu i w spółdzielni żołnierskiej. A jednak wszyscy mamy nadzieję, że do wojny nie dojdzie”. Ta nadzieja w przededniu niemieckiej agresji zdumiewa tym bardziej, że autorka, żona zawodowego żołnierza, pilnie śledziła wiadomości. Chociaż wojna była już od wielu tygodni sprawą przesądzoną, to Polacy wciąż mieli złudzenia. Jak to możliwe?

Przyczyną optymizmu była zapewne wiara w siłę sojuszu z Francją i Wielką Brytanią. Swoją rolę odegrała też mocarstwowa propaganda II Rzeczypospolitej, prowadzona przez sanacyjnych przywódców konsekwentnie, aż do samego końca. To przynajmniej zdaje się sugerować Cezary Łazarewicz – autor książki 1939. Wojna? Jaka wojna?.

Wielokrotnie nagradzany reportażysta we współpracy z Ewą Winnicką wykonał bardzo dobry research, zbierając różnorodne materiały z ośmiu ostatnich miesięcy istnienia II RP. Znajdziemy tu fragmenty tekstów wielokrotnie wznawianych (jak dzienniki Marii Dąbrowskiej), ale dominują źródła mniej znane. Zapiski zwykłych kobiet i mężczyzn, wydobyte z Archiwum Rękopisów Biblioteki Narodowej, stanowią ważny walor książki, ponieważ dają bliższe wyobrażenie o mentalności mieszkańców II RP.

Wartością są też cytaty z prasy. Znaczna część polskich czasopism przedwojennych została zdigitalizowana i udostępniona w sieci, sztuką jednak jest wybrać coś z tego urodzaju. Łazarewiczowi z pewnością się to udało. Autor nie popadł w manię inkrustowania książki cytatami o funkcji czysto humorystycznej (tę funkcję w różnych publikacjach pełnią reklamy i ogłoszenia drobne). Zamiast tego wyeksponował fragmenty najgorętszych debat publicystycznych.

Niektóre z nich brzmią zaskakująco współcześnie. Tuż przed II wojną światową spierano się bowiem o system ubezpieczeń zdrowotnych (proponując wprowadzenie kas chorych), jak również o rolę kobiet w życiu publicznym. I choć w obu tych sprawach przez ostatnich 80 lat wiele się zmieniło, to jednak nie tak wiele, jak można by oczekiwać.

Są zresztą w książce fragmenty, które przekonują, że w pewnych dziedzinach tkwimy w miejscu. Już w 1939 r. wskazywano na niebezpieczeństwa związane z powszechną dostępnością taniej wódki w buteleczkach (również dziś eksperci uważają „małpki” za produkt szczególnie sprzyjający alkoholizmowi, wzywając do ograniczenia sprzedaży, obecnie wynoszącej 3 mln dziennie). Z kolei felietonista prawicowego tygodnika „Prosto z Mostu” zastanawiał się, jak leczyć z „nałogu” homoseksualizmu, w którym widział rodzaj mody, „snobizm towarzyski”, propagowany zwłaszcza przez liberalne elity żydowskie.

Na punkcie Żydów redakcje niektórych czasopism (i to nie tylko tych marginalnych) miały prawdziwą obsesję. Wydawany przez franciszkanów z Niepokalanowa „Mały Dziennik” narzekał na skutki „ofensywy żydowskiej w Polsce”. W jej wyniku – wskazywano – Żydzi pracują i w sklepach, i w kawiarniach, i w show-biznesie, choć nierzadko ukrywają się pod spolszczonymi nazwiskami. „W Polsce praca musi być tylko dla Polaków” – konkludowano. Z kolei na łamach „ABC” (organu Obozu Narodowo-Radykalnego) pisano: „Niemcy są na najlepszej drodze do załatwienia sprawy żydowskiej, Polska wciąż ma swoje 4 miliony Żydów, których jeszcze nie zaczęła na serio likwidować”. Nie znając tego rodzaju tekstów z wysokonakładowej prasy, trudno zrozumieć skalę antysemityzmu w II RP.

Przede wszystkim jednak 1939… jest kroniką ośmiu miesięcy ciemności, w której pozostawali Polacy, zanim zderzyli się z rzeczywistością. Wewnętrzne wojenki i sny o potędze przesłaniały prawdę, która zdaniem autora powinna była się przedstawiać nader jasno: Polska w żadnym razie nie mogła skutecznie przeciwstawić się III Rzeszy Niemieckiej, nie miała dostatecznej armii ani sprzętu, zresztą realia geograficzne czyniły kraj niemożliwym do obrony.

Łazarewicz we wprowadzeniu podkreśla, że realną alternatywą było taktyczne przymierze z Adolfem Hitlerem (które mogłoby ograniczyć straty, jakie Rzeczpospolita poniosła w wyniku wojny i okupacji). Minister spraw zagranicznych II RP nie docenił jednak wroga, pokładając zbytnią ufność w zachodnioeuropejskich sojusznikach. „Mnie było łatwiej to bardzo wyraźnie zobaczyć, bo zajrzałem za kulisy wielkiej polityki, a [Józef] Beck działał po omacku” – tłumaczy autor.

Rzeczywiście, choć niektórym trudno w to uwierzyć, dostępne źródła wskazują, że Hitler naprawdę widział w Rzeczypospolitej sojusznika w planowanej wojnie ze Związkiem Sowieckim. Mimo pewnych napięć jeszcze na początku 1939 r. Niemcy próbowali zdobyć przychylność Polaków. Diametralna zmiana, jaka w tym czasie zaszła we wzajemnych relacjach, stanowi swego rodzaju oś książki, o czym zresztą informuje się czytelnika w blurbie.

Problem w tym, że to zagadnienie z różnych stron naświetlano już kilka lat temu – podczas debaty o głośnej książce Piotra Zychowicza, zatytułowanej Pakt Ribbentrop–Beck. Publicysta przytoczył i rozwinął w niej tezy cenionych historyków (m.in. Jerzego Łojka i Pawła Wieczorkiewicza), według których krótkotrwały sojusz z III Rzeszą byłby mniejszym złem. W istocie trudno sobie wyobrazić scenariusz gorszy od faktycznego: w wyniku II wojny światowej śmierć poniosło ok. 17% obywateli Polski – to najwyższy odsetek strat ludzkich spośród wszystkich państw biorących udział w konflikcie.

Niestety, Łazarewicz nie wnosi nic nowego do debaty o potencjalnym porozumieniu Becka z Joachimem von Ribbentropem (i nie wspomina Zychowicza ani innych autorów wypowiadających się w tej sprawie wcześniej). Uczynił więc oś reportażu z tezy dawno już omówionej, co jest decyzją zupełnie niezrozumiałą. Alternatywnej linii odbioru książki nie zaproponował – o tym, co z tych wszystkich materiałów zdaniem autora wynika, można wnioskować jedynie z trzystronicowego zaledwie wprowadzenia. W tekście głównym Łazarewicz ograniczył się do raportowania zdarzeń, skromnych objaśnień i obszernych cytatów.

Odbiorca dobrze zorientowany w omawianej epoce może oczywiście znaleźć satysfakcjonujący dla siebie sposób czytania – koncentrując się choćby na pozycji społecznej kobiet. Należy jednak zwrócić uwagę, że autorami przytaczanych zapisków są niemal wyłącznie osoby należące do średnich i wyższych warstw społecznych. O codzienności chłopstwa czy proletariatu nie dowiemy się z reportażu prawie nic.

Można się obawiać poza tym, że odbiorca dysponujący podstawową tylko wiedzą historyczną niewiele z tego zbioru cytatów wyciągnie. Ze względu na brak wyrazistej narracji czy choćby śmielszych hipotez książka może się wydać nużąca i nijaka (choć nie do tego Łazarewicz nas przyzwyczaił). Pasjonaci jednak dadzą się jej zahipnotyzować, odkrywając 1939 r. na nowo.

_

Cezary Łazarewicz we współpracy z Ewą Winnicką

1939. Wojna? Jaka wojna?

Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, s. 310

Artykuł pojawił się w numerze: My, rodzice osób LGBT+