Subskrybuj
fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Dr hab., szwajcarska romanistka, wykładowczyni literatury francuskiej na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Specjalizuje się w literaturze oświecenia oraz sieciach wymiany intelektualnej, bibliotekach i organizacji wiedzy w XVIII-wiecznej Europie

Wywiezione, przechowane, zapomniane

Książki z niemieckich bibliotek po II wojnie światowej znalazły się w Polsce. Przechowywane w zakamarkach magazynów „książki na uchodźstwie” oczekują, aż ktoś opowie ich historię.

Przyjęło się określenie „displaced person” [„osoby przemieszczone”]. Ten artykuł natomiast dotyczy „displaced books”: milionów książek z prywatnych, kościelnych i publicznych zbiorów z Pomorza[i] , Śląska i Prus Wschodnich, które znalazły się w nowym, narodowym kontekście w związku z wytyczeniem niemiecko-polskiej granicy na Odrze i Nysie. Z polskiej perspektywy traktowano te „porzucone” książki z niemieckich bibliotek jako własność państwową i jako taką chroniono przed dalszą grabieżą, dewastacją i zniszczeniem. Podczas gdy w polskich publikacjach do dzisiaj mówi się o „zabezpieczonych zbiorach bibliotecznych”, w Niemczech te same książki szybko znalazły się w rubryce „zrabowane dzieła kultury”. Dwa kraje – dwie kultury pamięci, które podkreślają to, co dzieli. Można by było jednak – próbę takiego podejścia chcę podjąć w tym miejscu – opowiedzieć na nowo historię tych książek z perspektywy europejskiej.

Od końca wojny książki te są przedmiotem dyplomatycznych, politycznych i prawniczych sporów. Już Niemiecka Republika Demokratyczna wysunęła roszczenia o restytucję wobec Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. W Polsce tego typu roszczenia niezmiennie wzbudzały niezrozumienie, a nawet oburzenie. Czyż to nie narodowosocjalistyczne Niemcy chciały brutalnie zniszczyć polską kulturę?

W swoim memoriale Einige Gedanken über die Behandlung der Fremdvölkischen im Osten (Kilka myśli o traktowaniu obcoplemiennych na Wschodzie) z roku 1940 Heinrich Himmler jednoznacznie stwierdził, że należy narodowe kultury na Wschodzie rozbić na „niezliczone odłamki i cząstki”.

Ten niszczycielski program szczególnie konsekwentnie przeprowadzano we wszelkiego rodzaju bibliotekach. Według szacunków polskiej grupy naukowców z roku 1990 Biblioteka Narodowa w Warszawie utraciła 78% swoich zbiorów. Wspomnienie o tej zbrodni jest w Polsce żywe: artykuł z 19 stycznia 2020 r. zamieszczony na stronie internetowej Biblioteki Narodowej w Warszawie opisuje działania tzw. oddziałów podpalaczy czy oddziałów niszczycielskich, które po powstaniu warszawskim w październiku 1944 z premedytacją zniszczyły skarby polskich bibliotek.

Dyskusja w mniejszym stopniu dotyczy bibliotek prywatnych, których historia po wojnie najpierw została przemilczana, a później zapomniana i wyparta. W sporach chodzi raczej o książki ze zbiorów publicznych, zwłaszcza znany w Polsce pod nazwą „Berlinka” księgozbiór z Pruskiej Biblioteki Państwowej i Berlińskiej Biblioteki Miejskiej – obydwie biblioteki wchodzą dzisiaj w skład Fundacji Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego. W katalogu Biblioteki Państwowej w Berlinie owe książki wraz z sygnaturami figurują jako „Strata wojenna. Pozycja niedostępna”.

Zbiory te w latach 1941–1944 systematycznie przenoszono ze stolicy, aby na obszarach pozamiejskich uchronić je przed nalotami bombowymi. Składowano je tam w zamkach, kopalniach soli albo klasztorach. Na Pomorzu i na Śląsku istniało 11 takich miejsc, które po wojnie znalazły się na terytorium Polski. Już w 1946 r. Biblioteka Państwowa w Berlinie starała się o zwrot zmagazynowanych zbiorów, ale bez rezultatu.

Wspaniałomyślne dary miały przynieść rozładowanie napięcia w negocjacjach, które ugrzęzły w martwym punkcie: w roku 1950 Niemiecka Republika Demokratyczna przekazała Polsce partyturę Chopina z Niemieckiej Biblioteki Państwowej. Państwo polskie z kolei, w roku 1964, przekazało Niemieckiej Republice Demokratycznej, z okazji jubileuszu jej istnienia, 127 tys. niemieckich książek. Przy tej akcji starannie unikano w Polsce terminu „zwrot”, ale mówiono raczej o „darze”.

Po zmianach ustrojowych Gerhard Schröder, ówczesny kanclerz Niemiec, otrzymał od polskiego premiera Jerzego Buzka Biblię Lutra z roku 1522/1523. „Berliner Zeitung” 30 stycznia 2001 r. informację o tym wydarzeniu opatrzył tytułem: „Biblia Lutra powróciła do domu w Berlinie”.

Od 75 lat „Berlinka” jest miejscem konkretyzacji dwóch narracji narodowych, które są tak przeciwstawne, jak to tylko możliwe, a przy tym po obu stronach Odry i Nysy chodzi o historie straty i żałoby.

W Niemczech książki te przypominają o utraconych stronach rodzinnych i o zdziesiątkowaniu zbiorów, które zakorzenione na tych ziemiach rody budowały przez pokolenia. Wspomnijmy tu chociażby o bibliotece na zamku w Płotach na Pomorzu albo o bibliotece rodu Yorck von Wartenburg w Oleśnicy Małej na Dolnym Śląsku.

Księgi te jednak, przede wszystkim na poziomie zbiorowym, oznaczają stratę ważnych źródeł niemieckiego dziedzictwa kulturowego: m.in. średniowiecznych rękopisów, partytur Bacha, Mozarta i Beethovena, części spuścizny Alexandra von Humboldta, książek z biblioteki Ludwiga Tiecka, rękopisów Heinricha Heinego i wielu innych.

W roku 2007 Tono Eitel, ówczesny specjalny ambasador ds. „zwrotu dóbr kultury przemieszczonych na terytorium innych państw w wyniku wojny”, nazwał te książki „ostatnimi niemieckimi jeńcami wojennymi”. Drastyczne sformułowanie mogło brzmieć mało dyplomatycznie, ale dobrze wyrażało autentyczne uczucia Niemców wobec tych książek. Dla przedstawiciela Niemiec chodziło o wierność. Ta lojalność z kolei napotyka w Polsce inne, nie mniej uzasadnione, emocje. Niemieckie książki są świadectwem ogromnej straty dóbr kultury podczas okupacji niemieckiej i mogą być uważane za niewielką, całkowicie nieproporcjonalną „kompensację” za celowe zniszczenie polskich archiwów i bibliotek. Już samo ich istnienie wyraźnie ukazuje, jak nieporównywalnie większe straty w dobrach kultury poniosła strona polska w porównaniu do niemieckiej.

###banner###

Co stało się z tymi księgozbiorami po wojnie? Najpierw książki pochodzące z różnych regionów wymieszano w improwizowanych miejscach tymczasowego składowania, pozbawiono tematycznego uporządkowania i rozdzielono w różne kierunki do różnych uniwersyteckich bibliotek w Krakowie, Łodzi, Lublinie, Poznaniu, Wrocławiu, Toruniu. W nowych miejscach przeznaczenia znalazły się w całkowicie innym kulturowym kontekście. Na niemieckie ekslibrisy naklejono ekslibrisy polskie, dawne biblioteczne pieczęcie z gotyckim pismem przekreślono i zastąpiono nowymi. Z konieczności trzeba było improwizować: zbiory rozproszono, książki skatalogowano często nieprawidłowo albo w sposób niepełny, nie uwzględniono tematycznych punktów ciężkości. Tak np. źródeł dotyczących Pomorza nie odesłano do stolicy prowincji, Szczecina, lecz rozdzielono do innych, odległych miast. Książki pozostały takie same, jednak całkowicie zmienił się kontekst ich odbioru, co do dzisiaj wpływa na to, jak te książki czytamy i jak o nich mówimy. Zachowano je, a jednak są trudno dostępne.

W swojej Historii świata w 100 obiektach Neil MacGregor, przy okazji wystawy w British Museum, wskazał możliwe sposoby podejścia, które mogą stanowić przełom także dla traktowania książek znajdujących się w Polsce, a pochodzących z niemieckich księgozbiorów. Nie postrzega on poszczególnych obiektów w izolacji, lecz bierze pod uwagę również ich wędrówkę w czasie i przestrzeni. Za egipskim posągiem, kamiennym stemplem z Azji albo przedmiotem codziennego użytku z zachodniej Afryki obserwatorowi ukazuje się duch tego, który dany przedmiot stworzył, kontekst, w jakim te obiekty powstały i krążyły. Widoczny staje się jednak także duch kolekcjonerów, którzy od czasów oświecenia wybierali do swoich zbiorów te właśnie rzeczy. W ten sposób osoba zwiedzająca muzeum otrzymuje nakładające się na siebie opowieści o naukowej dociekliwości, artystyczno-poetyckiej inspiracji i owocnej wymianie, ale także o władzy, podboju i grabieży. Przyjmując podobną perspektywę, można opowiedzieć o podróżach tej szczególnej kategorii obiektów, jakimi są książki, która zaczęła się na długo przed rokiem 1945. Rekonstrukcja tych wędrówek ujawnia siłę powiązań towarzyszących przez stulecia intelektualnej historii Europy.

 

Wolter w Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego
Zajmijmy się przykładem spoza niemieckiego czy polskiego kanonu, a mianowicie wywodzącym się z francuskiego oświecenia: w Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego pod sygnaturą „BUŁ: 1 002 049” Katalogu Starych Druków znajduje się tom Woltera. Jest to wydany pod pseudonimem esej historiograficzny o uniwersalnych aspiracjach. Wolter chce pisać globalną historię ludzkości, która ma sięgać do czasów dawniejszych niż oficjalna chronologia biblijna i przede wszystkim ma mieć szersze założenia geograficzne. Chce ukazać prowincjonalizm eurocentrycznej i chrześcijańskiej interpretacji świata i zaprasza swoich czytelników do podążania za nim do Chin, Persji, Mezopotamii i Egiptu. La Philosophie de l’Histoire. Par feu l’Abbé Bazin wraz z innymi książkami przeznaczono po wojnie na podstawę mającej dopiero powstać biblioteki uniwersyteckiej w Łodzi. Miasto było w XIX w. znaczącym centrum przemysłu tekstylnego, a do lutego 1945 r. nie posiadało uniwersytetu. Ponieważ brakowało jeszcze odpowiednich pomieszczeń, tom ten, razem z 250 tys. innych ksiąg z niemieckich zbiorów, przechowywano w budynku starej fabryki. Panująca tam wilgoć pozostawiła w książkach ślady. Od 1950 r. tomy rejestrowano i nadawano im sygnatury. 19 stycznia 1960 r., w jubileusz wyzwolenia miasta Łodzi spod niemieckiej okupacji, uroczyście otwarto budynek biblioteki. To funkcjonalna budowla z betonu z wysokimi pomieszczeniami, korytarzami wypełnionymi światłem i szklanymi drzwiami. Tom Woltera otrzymał miejsce w pomieszczeniu przeznaczonym na magazyn starodruków.

W tej wielkiej prostokątnej sali, wypełnionej po sufit książkami, dzieło Woltera nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie jest oprawione w skórę, nie ma złotych ozdób, jak inne cenne wydania z XVIII w. znajdujące się w tym pomieszczeniu. Okładka to szaro-niebieska tektura, na grzbiecie widnieje mały medalion ze starą, nieaktualną już sygnaturą: „,III.P 16aVI.26”. Wskazuje ona na nieistniejący już przestrzenny porządek miejsca, z którego książka pochodzi, i szkicuje zarys układu biblioteki na Pomorzu: biblioteki na zamku w Płotach. Po otwarciu książki znajdujemy wiele inskrypcji i ekslibrisów. To metafora pamięci, palimpsest z właściwymi mu warstwami: z czasów łódzkich po 1945 r. widzimy na środku okładki wielki ekslibris z sową czuwającą nocą nad dachami przemysłowego miasta z dymiącymi kominami fabryk w tle; szpony sowy spoczywają na otwartej księdze. Na dolnym krańcu widnieje napis „BUŁ Biblioteka Uniwersytecka w Łodzi”. Po lewej stronie znajduje się dłuższa, czarno-biała ilustracja z nalepionym ekslibrisem „Schloss Plathe Pommern”, prawdopodobnie z końca XVIII w. Nad miejscem przeznaczonym na sygnaturę góruje medalion z sylwetką zamku widzianego z dalszej odległości. Tego samego pochodzenia jest drugi, kolorowy ekslibris z XX w. Chodzi o herb rodzinny, obejmowany z dwóch stron przez pomorskie gryfy, z hrabiowską koroną i symbolami heraldycznymi, herb rodziny Bismarck-Osten. Można się go jednak tylko domyślać, gdyż został zaklejony ekslibrisem z sową z roku 1960. Industrialny krajobraz zakrył pomorskiego gryfa.

Od ponad 70 lat tom Woltera znajduje się w bibliotece uniwersyteckiej. Jak często go wypożyczano? Kierowniczka tego działu biblioteki nie dysponuje dokładnymi informacjami: „We do not keep loan statistics for specific titles, so we do not know if Voltaire’s work was borrowed” [Nie prowadzimy statystyk wypożyczeń dla poszczególnych tytułów, więc nie wiemy, czy książkę Woltera wypożyczano”], pisze w e-mailu. W ostatnich dwóch latach zamówiłam go dwa razy. Prawdopodobnie jako jedyna. Tom ten jest trudno dostępny przez katalog łódzkiej biblioteki. Można się z nim zapoznać w sali starych książek. Niemniej jednak jest ona otwarta tylko przez parę godzin, przed południem lub po nim, w określonym, ale za każdym razem innym czasie.

 

Genewa, Lyon, Paryż, ale nie Amsterdam
Na stronie tytułowej mamy nie tylko niewłaściwego autora, zmarłego księdza Bazina („feu Mr. l’Abbé BAZIN”), lecz także niewłaściwe miejsce ukazania się tomu: „À Amsterdam. Chez Changuion” [Amsterdam. U Changuiona]. Ks. Bazin to wymysł Woltera i wymysł ten podtrzymuje on w swoich listach: Wolter wprowadza ks. Bazina w korespondencji z roku 1765 jako podejrzanego autora, który napisał dziwaczny esej o starożytnej historii. Książka ukazała się nie w Amsterdamie, ale w Genewie.

W tej republice na obrzeżach królestwa Francji Wolter znalazł w Gabrielu Cramerze swojego głównego wydawcę. Cramer zajmował wysokie miejsce w społecznej hierarchii miasta i nie był gotowy, aby narażać się na zarzuty o wspieranie radykalizmu swojego autora. La Philosophie de l’Histoire nie została więc opublikowana przez tego uznanego wydawcę, lecz przez młodego współpracownika, Gabriela Grasseta, który zaryzykował wydrukowanie książki. Był on mniej znany, ale już na celowniku genewskich władz z powodu publikowania tekstów pornograficznych, i potrzebował pieniędzy. W roku 1765 La Philosophie de l’Histoire, w ciągu paru miesięcy, drukowano osiem razy. Wydanie łódzkie jest prawie identyczne z pierwszym wydaniem Grasseta w Genewie, aż do takich szczegółów jak niewielki motyw ozdobny na karcie tytułowej. Jest to prawdopodobnie kopia pochodząca od wydawcy z Paryża Josepha Merlina.

La Philosophie de l’Histoire od księgarzy z Paryża dotarła przez Lipsk do biblioteki na zamku w Płotach na Pomorzu. Bibliotekę tę założył w XVIII w. Friedrich Wilhelm von der Osten (1721–1786), szambelan Fryderyka Wielkiego. Historyczno-antykwaryczna kolekcja składała się z książek, rękopisów, map i tekstów źródłowych ważnych dla pomorskiej historii prawa i etnologii, jak również z monet i obrazów olejnych. Układ i organizację tej prywatnej biblioteki wzbogacano, rozszerzano i unowocześniano. Uważano ją za ważne kulturalne centrum dla pomorskiej historii i znali ją uczeni i podróżni. Johann Bernoulli w Reisen durch Brandenburg, Pommern, Preußen, Curland, Russland und Pohlen in den Jahren 1777 und 1778 (Podróż przez Brandenburgię, Pomorze, Prusy, Kurlandię, Rosję i Polskę w latach 1777 i 1778) bibliotekę tę opisuje jako odosobniony pomnik kultury, rodzaj latarni morskiej w tej tak poza tym biednej i odludnej okolicy, z dużą liczbą rzek, jezior i mrocznych lasów.

Z powodu znaczenia biblioteki dla całego regionu w roku 1830 objęto ją państwową ochroną zabytków. Podczas rządów narodowych socjalistów dodatkowo zacieśniono kontrolę państwa. Ustawa Rzeszy z roku 1938 poddała bibliotekę nadzorowi trzech instytucji: rękopisy – archiwum państwowemu w Szczecinie, książki – bibliotece uniwersyteckiej w Greifswaldzie, a gabinet monet i obrazy – regionalnemu konserwatorowi zabytków w Szczecinie. Po zajęciu miasta Płoty przez wojska radzieckie 4 marca 1945 nadrzędną pieczę nad biblioteką, przynajmniej do roku 1947, sprawowała Armia Czerwona. W tych okolicznościach tzw. Komisja Trofeów Wojennych odtransportowała książki z Płotów do Związku Radzieckiego. Jednak dużą część zbiorów – ok. 13 tys. egzemplarzy – w lutym 1945 r. przeznaczono na założenie Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego.

 

Wolterianka na Pomorzu
W omawianym tomie Woltera obok warstw ekslibrisów rzuca się w oczy wiele odręcznych uwag na marginesach: liczne ślady lektury wskazują, że w tym odległym miejscu na Pomorzu książka Woltera znalazła bezpieczną przystań. Na prowincji – daleko od dworu w Poczdamie – idee z książki znalazły miejsce schronienia i żarliwych czytelników. W tomie znajdują się uwagi uczynione brązowym atramentem, w których można rozpoznać przynajmniej dwa charaktery pisma.

Kim byli czytelnicy Woltera na Pomorzu? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć przez porównanie z innymi książkami z Płot zawierającymi odręczne zapiski. Na fragmentach wyrwanych stron rozpoznać można pismo założyciela biblioteki. Wiele książek znajdujących się dzisiaj w Łodzi opatrzonych jest jego inicjałami i odręcznymi notatkami. Pozostałe ślady wskazują na inny charakter pisma. Adnotacje znajdują się na 50 z 304 tomów. Na stronie tytułowej książki Woltera odkrywamy dyskretny monogram. Dzięki niemu można zidentyfikować postać czytelniczki z 2. poł. XVIII w.: to Charlotte Henriette von der Osten, z domu von Liebeherr.

Z archiwum, poza paroma kluczowymi informacjami, nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele. Urodziła się w Szczecinie, prawdopodobnie w roku 1730, jako córka uczonego Matthiasa von Liebeherra. Wyszła za mąż za innego uczonego, a mianowicie Friedricha Wilhelma von der Ostena, przeprowadziła się do Płotów i została matką dwóch synów i córki. Notatki, które pozostawiła w książkach, stanowią intymne świadectwo tego, kim była, co czytała, a także jak czytała. Już przed wyjściem za mąż robiła notatki w swoich – przede wszystkim francuskich – książkach i pisała w nich długie komentarze i rozważania.

Na stronie tytułowej przekazuje klucz do zrozumienia La Philosophie de l’Histoire. Do informacji „par feu Mr. l’Abbé Bazin” dodaje „de Voltaire”. Większość jej dalszych podkreśleń w książce świadczy o jej aprobacie Wolteriańskiej koncepcji historii. Chociaż nie wynaleziono jeszcze słowa „cywilizacja”, to wyraźnie rozumie historię jako wyboisty i niepozbawiony upadków proces rozwoju w kierunku epoki cywilizowanej, w której będą mogły rozkwitnąć wszelkie sztuki i nauki. Podziela zainteresowania Woltera kulturami pozaeuropejskimi i zgadza się z nim także wtedy, gdy kwestionuje on rzekomą pewność chronologii biblijnej. Wydaje się, że ceni jego ironię. Czasami inspiruje się nią we własnych uwagach, np. gdy wyśmiewa muzułmańskie wyobrażenie raju jako wielkiego domu publicznego z wieloma pięknymi kobietami. Na wszelkiego rodzaju dewocję – tak starożytnych Egipcjan, jak i chrześcijan – reaguje tylko drwiną.

W niektórych jednak dopiskach wykracza poza proste przytakiwanie poglądom Woltera. Bardzo często precyzuje źródła, na które Wolter nie zawsze jasno się powołuje. Konfrontuje go z jego źródłami, które sama również zna, przede wszystkim z Newtonem. Czasami także uzupełnia Woltera, np. w rozdziale o Chinach. Uwagi te pozwalają dostrzec w niej pewną siebie i dojrzałą czytelniczkę, która wchodzi w dialog z autorem książki, a nawet tu i ówdzie mu się sprzeciwia.

Tom Woltera w Łodzi okazuje się fascynującym źródłem. Jest świadectwem nielegalnego druku w czasach oświecenia, a także istnienia sieci powiązań i rynku księgarskiego, dzięki któremu tego typu zakazane teksty docierały w XVIII w. aż do miasteczek na Pomorzu.

Książka ta, opatrzona notatkami, świadczy także o ars excerpendi, która z jej krytycznymi uwagami wykracza poza tradycyjną formę zdobywania wiedzy. Ślady lektury szkicują to, co ze względu na brak źródeł nieczęsto udaje się uchwycić, a mianowicie profil wykształconej kobiety z 2. poł. XVIII w.

Książka Woltera jest tylko jednym przykładem niemieckiej książki w Polsce. Współczesne cyfrowe możliwości rejestrowania danych mogłyby okazać się tutaj prawdziwym błogosławieństwem. Z ich pomocą będzie można przeciwdziałać fragmentaryzacji i niedostępności byłych niemieckich zbiorów. Od czasów politycznego przełomu, na poziomie naukowym i pomiędzy poszczególnymi instytucjami, istnieją projekty z perspektywą europejską. Uniwersytet w Wiedniu prowadzi projekt badawczy nad biblioteką Ludwiga Tiecka, która z pomocą różnych polskich bibliotek uniwersyteckich ma zostać wirtualnie zrekonstruowana. W roku 2019, dzięki współpracy Biblioteki Państwowej w Berlinie i Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie, udostępniono w wersji cyfrowej dzienniki z amerykańskiej podróży Alexandra von Humboldta. W Łodzi w roku 2018 w ramach naukowej współpracy z Instytutem Filologii Germańskiej w Gießen na nowo skatalogowano niemieckie książki z XVI w.

Projekty te są jednak sporadyczne, zbyt rozciągnięte w czasie i niekompletne. Brakuje wielkiego polityczno-kulturowego planu na odpowiednio szeroko zakrojoną niemiecko-polską współpracę mającą na celu ewidencjonowanie książek, ich reintegrację w europejski krajobraz biblioteczny i wreszcie udostępnienie szerokiej publiczności. Tak jak w muzeum zwiedzającemu przybliżane są dzisiaj nie tylko przedmioty, lecz coraz częściej także historia ich wędrówki, tak również należy przedstawić długą drogę niemieckich książek aż do czasów współczesnych.

 

 

Tłumaczył Piotr Napiwodzki

Artykuł ukazał się pierwotnie w niemieckim magazynie „Merkur” (nr 10/2020)

 

[i] Autorka pisze o Hinterpommern (Pomorzu Tylnym), historycznej nazwie krainy obejmującej obecnie tereny w obrębie województwa zachodniopomorskiego (m.in. Słupsk, Koszalin, Stargard), a częściowo także województw pomorskiego i wielkopolskiego. Aby uniknąć ahistorycznej nazwy Pomorze Zachodnie, a także słabo zakorzenionej w naszej świadomości językowej nazwy Pomorze Tylne, tłumaczę dalej jako Pomorze (przyp. tłum.).

Artykuł pojawił się w numerze: Świat prosi o ratunek