W moim domu rodzinnym nie mówiło się o Śląsku w kategoriach historycznych. Śląsk nie był tematem, bo po prostu było się człowiekiem stąd. Uczyłem się jednak Śląska przez moich dziadków i ich przyjaciół. Słuchałem, jak mówią, na co zwracają uwagę i co było dla nich istotne. Dzisiaj wiele rzeczy, które robię, nawiązuje do przeszłości. Na mojej ostatniej płycie, Kundel, piosenkę Für meine liebe Gertrude śpiewam po niemiecku. Dotyczy ona trudów życia i pracy kobiet. Pomyślałem, że ten język będzie pasować, bo pamiętam z dzieciństwa, że gdy babcia nie chciała, abym rozumiał, o czym mówi, przechodziła na język niemiecki. W ten sposób odcinała mnie od rodzinnych sekretów, naszej pokręconej historii i problemów.
Wychowałem się na osiedlu górniczym. Mój ojciec pracował na kopalni, podobnie mój dziadek, a mama i babcia w przykopalnianej poradni zdrowia. Nasza rodzina posiadała książeczkę „G”, która upoważniała do zakupów w specjalnych sklepach dla pracowników kopalni.
Tamten świat był moją codziennością, w domu nie było mowy o tym, żeby wiązać przyszłość z pracą artysty, dominował kult ciężkiej pracy fizycznej.
Moja podstawówka nosiła początkowo imię Wincentego Pstrowskiego, czyli „pierwszego polskiego przodownika pracy”. Opowiadano nam masę historii o tym, jaki to był supergórnik, ale potem szkoła zmieniła swój profil i postawiła na sport, co otworzyło zupełnie nowy rozdział mojego życia – pływanie. Trenowałem przez 10 lat. Szkoła była w dzielnicy Piosek, niedaleko kopalni „Mysłowice”, a basen należał do kompleksu kopalnianego. Gdy kończyłem trening rano i szedłem do szkoły na 8.00, musiałem przejść przez cztery podwórka familoków. W drodze powrotnej tak samo. Moim trenerem był Lechosław Konieczny, człowiek, któremu bardzo zależało na wyciągnięciu nas z szarych śląskich podwórek. Starał się rozbudzać w nas potrzeby, z których pewnie nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Obiecywał, że jeśli będziemy trenować, to zwiedzimy piękne kraje, albo jeśli będziemy się uczyć języka, to dogadamy się z pływakami z Austrii czy Niemiec. Do dziś mam kontakt z kolegami z basenu i widzę, że chociaż popłynęliśmy w bardzo różne miejsca, to łączy nas ambicja zrobienia czegoś więcej. Każdemu z nas udało się powąchać tych marzeń i gdyby nie nasz trener, to te cztery podwórka chyba by nas pochłonęły.
###banner###
Gdy zaczynałem przygodę z muzyką, nagrywaniem płyt, pierwszymi trasami koncertowymi, to trochę się tej śląskości wstydziłem. Był we mnie kompleks pochodzenia z miejsca, które uważałem za niezbyt ciekawe. Nie widziałem nic fajnego w mówieniu do kogoś po śląsku, chociaż to potrafiłem. Dzisiaj myślę, że to wstyd, ale wtedy bym tak tego nie nazwał, przysłaniałem go sporą wiedzą o muzyce, tym, że zaginałem dziennikarzy w trakcie wywiadów. Tyle że ta postawa nie był zdrowa. Nie ufałem sobie samemu i w efekcie popełniałem różne błędy. Myślałem, że ta muzyczna przygoda jest tylko na chwilę, że za moment wrócimy z chłopakami z Myslovitz do swoich domów i będziemy wykonywać wyuczone zawody. To też powodowało, że nie do końca traktowałem swój dar jako talent, który trzeba wykorzystać i pielęgnować. Do wielu spraw podchodziłem zbyt nonszalancko, bo nie dowierzałem temu, co się wokół mnie działo.
Dopiero z czasem zobaczyłem, że korzenie, z których wyrosłem, warunki, w jakich się wychowałem, dały mi dużą pokorę podczas wchodzenia w życie zawodowe. Porównywano nas do Oasis, że my jesteśmy z Mysłowic, oni z Manchesteru, czyli też robotniczego miasta. W tych porównaniach było dużo uproszczeń, ale na pewno Mysłowice dały nam sporą wrażliwość na dźwięk i wpłynęły na nasze zainteresowanie muzyką. Już w latach 80. powstała tu lokalna scena, która mocno czerpała z brytyjskiej muzyki gitarowej, jakiej wtedy w zasadzie się w Polsce nie słuchało. Ten wyróżnik, poczucie bycia częścią zjawiska, którego inni nie znają, dodawał nam oryginalności. W tej dość szarej i monotonnej, zawęglonej egzystencji, w której funkcjonowaliśmy, znaleźliśmy coś, co nas wybiło z tej przestrzeni. To było trochę jak pójście do kina na amerykański film, taka próba złapania czegoś, co jest tylko w wyobraźni. Oczywiście wiązało się to z całą masą innych rzeczy, jak np. z tym, że nałogowo oglądałem MTV, spisywałem nazwy zespołów i potem prosiłem w listach rodzinę z Niemiec o przesłanie płyt, ale koniec końców miało jeden efekt: muzyka wyrwała nas z przestrzeni, w której żyliśmy.
Po trzydziestce chciałem się wyprowadzić z Mysłowic, jednak szybko mi przeszło. Dziś zresztą bardzo dobrze czuję się na Śląsku i uważam, że nie trzeba mieszkać w Warszawie, żeby życie było ciekawe. Tak się narodził OFF Festival, który na początku odbywał się w Mysłowicach. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym robić go gdzie indziej, jeśli pochodzę z Mysłowic, mój zespół nazywa się Myslovitz, wszystko, co zrobiliśmy, kojarzyło się z tym miastem. Czułem się tam bezpiecznie, swobodnie, znałem ludzi, którzy mogli pomóc rozkręcić taką imprezę. Po kilku latach z powodu przepychanek politycznych zostałem zmuszony do zakończenia współpracy z rodzinnym miastem, ale wtedy poczułem, że mam w rękach wielką siłę i skarb, który mogę przenieść gdziekolwiek. Ostatecznie szczęśliwie zostaliśmy na Śląsku, w Katowicach. To było jak awans z okręgówki do Ekstraklasy, bo nie było takiego momentu, w którym Katowice zawiodłyby mnie w organizacji festiwalu. Dlatego bardzo się cieszę, że mogę rozwijać kulturę na Śląsku, mieć wkład w rozwój całego regionu. I chociaż na początku myślałem, że skończy się na jednej edycji OFF-a, działamy już kilkanaście lat.
Pytanie o to, czym dla mnie jest Śląsk, jest trudne, bo właściwie jest dla mnie wszystkim. Dziś myślę o tamtych miejscach z dzieciństwa z miłością i odkrywam pewne rzeczy, które w umysłach Ślązaków są od lat. Długo moją wyobraźnię kształtowały filmy Kutza i jego postać, bo dobrze się znałem z panem Kazimierzem i spotkania z nim były zawsze bardzo inspirujące. Później dotknęła mnie historia Nikiszowca z Czarnego ogrodu Małgorzaty Szejnert, a dziś zakochuję się w śląskiej architekturze przez przyjaźń z Przemkiem Łukasikiem, projektantem z Medusa Group. On podchodzi do Śląska z pokorą i rozwija swoją śląskość, wyrażając ją w architekturze. Sam nie poruszam tematyki Śląska w twórczości, bo to moja codzienność, moje miejsce życia i pracy, coś naturalnego. Mimo to myślę, że perspektywa czasu, doświadczenia życiowego i dawki przeżyć, jakie już miałem, coraz częściej kieruje moje myśli ku przeszłości. Te sprawy dopiero teraz we mnie buzują. Mam tutaj swoje miejsce, jestem do niego przypisany i dzięki rodzinie mam swoją tożsamość.