W roku 1985 Korea nie była cool” – tym zdaniem rozpoczyna się książka Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu. Jak jeden naród podbił świat za pomocą popkultury Euny Hong. Dla mnie w 1985 r. Korea Południowa nie istniała, i to nawet nie w sposób, w jaki nie istnieje Ameryka ukryta w cieniu symulakrum Disneylandu. Po prostu była nic niemówiącą kolorową plamką na globusie, może ciekawą o tyle, że były aż dwie, Północna i Południowa. Nie pamiętam nawet, czy wówczas wiedziałem, która jest „dobra”, a która „zła”, tak jak wiedziałem, że dobre jest NRD, gdzie się kupowało kolejki H0, a złe NRF, w którym były banany. Dziś wiadomo, że ta „dobra” to Korea Południowa – o niej właśnie opowiada książka Hong – która objawiła się w 1988 r., wraz z igrzyskami olimpijskimi w Seulu. Maskotką imprezy był pomarańczowy uśmiechnięty komiksowy tygrysek – dziś mogę sprawdzić, że miał na imię Hodori.
Cóż, Korea nie była wielka jak Chiny ani nie nadawała tonu przyszłości, jak Japonia, obecna w migawkach w telewizyjnej Sondzie jako kraj nowoczesnej techniki: użytkowej i przemysłowej – rozpędzonych do kosmicznych prędkości pociągów czy robotów, które potrafiły zarówno budować samochody, jak i wymachiwać samurajskimi mieczami ku uciesze publiczności. Sam fakt, że można było rozpoznać japońskie katany dzięki kinu Kurosawy czy nawet serialowi Szogun, pokazywał, jak ważny jest związek popkultury i techniki. W poświęconym komputerom „Bajtku” ukazał się artykuł opiewający japońską telefonizację, mówiono o nadciągających z Dalekiego Wschodu „komputerach piątej generacji”. Propagandzie japońskiego sukcesu technicznego mógł przysłużyć się jeszcze animowany serial Meme, jednak został u nas wyświetlony w wersji francuskiej, w której komputerowy duszek pokazujący dzieciom najnowsze wynalazki nazywał się Ordy (od francuskiego „ordinateur”, czyli „komputer”). Prywatny import elektroniki sprawił, że w Polsce pojawiały się magnetofony czy magnetowidy z napisem MADE IN JAPAN, a także pochodzące z innych azjatyckich krajów. Pozbawiona tego napisu marka Goldstar nie robiła takiego wrażenia jak Hitachi czy Toshiba. Trzy dekady później świat wygląda inaczej – koreańska elektronika użytkowa bije rekordy sprzedaży i wyznacza trendy. Ale Korea stała się cool nie tylko dzięki smartfonom Samsunga wyposażonym w pięć aparatów i zginany ekran, lecz też dzięki swojej kulturze popularnej.
###banner###
Podziw i gniew
Droga, jaką przeszła Korea, z zewnątrz przypomina nieco tę, którą szła Japonia. Od kraju kojarzonego z tanią masówką do gospodarki, wprawiającej w przerażenie Amerykanów. Pełne go były filmy z lat 80. – bohater Powrotu do przyszłości przeniesiony w czasie z 1985 do 1955 r. tłumaczył zdumionym przodkom, że Japonia robi najlepsze rzeczy; na przeświadczeniu o technicznej dominacji Japonii wyrósł cały gatunek zwany cyberpunk. Japończycy umiejętnie wykorzystali ów technoorientalizm na swoją korzyść – w latach 90. podbijając Zachód komiksami (manga) i animacjami (anime) oraz rewolucyjnymi grami wideo – epickimi produkcjami, które przeniosły elektroniczne zabawki z dziecięcych pokoi do domowego centrum rozrywki. Wyposażone w odtwarzacze CD (a później DVD i Blu-ray) konsole Sony Playstation były po prostu cool. Co ciekawe, pierwsza fala zainteresowania japońską popkulturą pojawiła się oddolnie, w ruchach fanowskich, amatorsko tłumaczących przywożone z Japonii kasety wideo. Rozwój internetu sprzyjał wymianie informacji i powstaniu kolejnych fascynacji – modą rodem z Harajuku (stanowiącej centrum ulicznego stylu dzielnicy Tokio) czy J-popem, czyli japońską muzyką popularną. To właśnie fani i fanki J-popu pierwsi trafili na K-pop. Stało się to w 2002 r., gdy koreańska piosenkarka BoA wydała album w Japonii.
Było to bezprecedensowe wydarzenie. Jak zauważa Euny Hong, japońska i koreańska nienawiść utrzymuje się od co najmniej sześciu stuleci. I została jeszcze zaogniona w XX w. trwającą od 1910 do 1945 r. kolonizacją Korei. W książce Kraj niespokojnego poranka Roman Husarski pisze nie tylko o dramacie niewolnic seksualnych (i trwających do dziś protestach pod japońską ambasadą; regularne bitwy na memy mają miejsce również w internecie), ale i o mniej znanych aspektach okupacji: „W Korei sytuacja od początku była szczególna. W przeciwieństwie do innych państw [zajętych przez Japonię – przyp. red.] rozpowszechniano tu ideę Nissen dösoron, mówiącą o wspólnym pochodzeniu obu ras, a aneksję tłumaczono jako powrót »zagubionej« Korei do macierzy, więc opór był w zasadzie niewielki”. Z jednej strony okupacja oznaczała rasistowskie państwo policyjne, rabunkową eksploatację ludzi i zasobów naturalnych, z drugiej strony nastąpiła modernizacja, za którą do dziś niektórzy (raczej nieliczni) są wdzięczni.
Powojenna Korea patrzyła na Japonię – azjatyckiego lidera – z gniewem, ale i podziwem. Nic dziwnego, że specjalna ustawa zakazywała importu japońskich dóbr kulturowych – filmów, seriali, animacji czy gier – wszystko, aby uniknąć inwazji kulturowej dawnego okupanta. W ostatnich latach zakazy stopniowo zostały poluzowane, chociaż wciąż nie można puszczać japońskich seriali w telewizji naziemnej. Album BoA stał się znany nie tylko w Japonii, ale i na Zachodzie, wśród fanów japońskiej popkultury. Japonia przetarła szlak na Zachód, ale to, że Korea w ogóle miała co tam pokazać, jest wyłącznie jej zasługą. Po części przyczynił się do tego kryzys, który dotknął kraje azjatyckie w latach 90. Przemysł ciężki i elektroniczny stał się niewystarczający. Postawiono na eksport kultury, którą traktowano jako towar – coś, w co trzeba zainwestować, a następnie to zapakować i wypromować. O „koreańskiej fali” zaczęto mówić, gdy koreańskie seriale trafiły do Tajwanu i Chin, w których antyjapońskie resentymenty były również silne.
W pierwszej dekadzie XXI w. Korea podbiła Azję, w drugiej – cały świat.
Brzmi to jak cyniczna komercjalizacja, jednak nie oznaczało braku sukcesów artystycznych. W 2020 r. Oscar za najlepszy film przypadł Parasite w reżyserii Bonga Joon-ho. Bezprecedensowe wydarzenie – uhonorowano film nieanglojęzyczny – wywołało reakcję samego Donalda Trumpa. Ówczesnego prezydenta USA najwyraźniej zaniepokoiło sprawne koreańskie soft power. „Wygrał film z Korei Południowej, o co, do cholery, chodzi? Mało nam problemów z ich handlem, jeszcze daliśmy im nagrodę za najlepszy film roku? Czy był dobry? Nie wiem. To, czego chcę, to wrócić do Przeminęło z wiatrem”. Nikogo nie dziwiło, że Trump nie lubi filmu o podziałach klasowych ani że go nawet nie oglądał. „To zrozumiałe, Trump nie umie czytać” – skomentował ktoś na Twitterze. Sam Bong Joon-ho nazwał napisy „wysoką na cal barierą, za którą znajdują się niesamowite filmy”.
Koreańska fala
Oskar dla Parasite – filmu, jak mówił twórca, który miał opowiadać o specyficznych koreańskich problemach, ale okazało się, że „wszyscy żyjemy w kraju o nazwie Kapitalizm” – był ukoronowaniem rewolucji, którą w latach 90.przeszła koreańska kinematografia. Idąc za przykładem Ameryki, rząd uznał, że kino przynosi zyski zarówno materialne, jak i polityczne. O ile powstają dobre filmy, w które ktoś wcześniej zainwestował. Tej roli podjęło się państwo, a specjalny dekret nakazał wysoki parytet rodzimej produkcji w kinach. W Polsce w podobny sposób zadziałał PISF – za kasą przyszły sukcesy.
Przede wszystkim jednak Korea musiała się wymyślić na nowo. Autorytarne rządy prezydenta Park Chung-hee w latach 1961–1979 oznaczały cenzurę, niekiedy wręcz trudną do zrozumienia, nawet jeśli pamięta się zapędy władz Polskiej Republiki Ludowej – w PRL przynajmniej nie zakazano gitar. Być może to jest przyczyną światowego sukcesu koreańskiej muzyki popularnej – poprzez swój opóźniony start nie wypracowała szczególnie własnego charakteru, ale stanowi amalgamat zachodnich gatunków, mieszankę hip-hopu, popu, rocka czy R’n’B. Przyjemne brzmienie koreańskiego języka, kilka rodzynków w postaci anglojęzycznych, zrozumiałych na całym świecie refrenów czy haseł – i hicior gotowy. W 2012 r. trudno było opędzić się od internetowego fenomenu, zabawnej i skocznej piosenki Gangnam Style. Nawet jeśli nie rozumiało się tekstu i przesłania piosenki (krytykującej koreański konsumeryzm), to refren „oppa gangnam style” wchodził do mózgu niczym robak, a zawołanie „hey, sexy lady!” rozumiał każdy. Dużą rolę odegrał teledysk, z wesoło podrygującym piosenkarzem Psy, któremu towarzyszyły piękne dziewczyny – dziś ma ponad 4 mld odsłon. Taniec stanowi ważny element spektaklu – skomplikowane układy choreograficzne, prezentowane w teledyskach i na koncertach przez koreańskie zespoły złożone z pięknych chłopaków lub dziewcząt, są równie ważne co sama muzyka. Odtwarzanie ich jest jednym z przejawów działalności fanowskiej – polskie grupy naśladujące koreańskie popisy można spotkać np. na krakowskim Rynku, a potem obejrzeć na YouTubie czy TikToku.
Widać tu też, że internet i swoboda dostępu do oferty z całego świata to kolejna rzecz umożliwiająca ekspansję kulturową. Przed rozpowszechnieniem się szybkiej sieci do promocji używano telewizji satelitarnej. W 1997 r. powstał anglojęzyczny, wspierany przez rząd, kanał Arirang TV. Oprócz wiadomości, programów poświęconych K-popowi i audycji edukacyjnych emitowano tam seriale i rozgrywki w narodowy sport południowej Korei – grę komputerową StarCraft. Obecność koreańskich graczy – i ich sukcesy – na międzynarodowej scenie e-sportowej (czyli profesjonalnych zawodów w gry komputerowe) to jeden z elementów budowy wizerunku Korei Południowej jako nowoczesnego – a przynajmniej zaawansowanego technicznie – społeczeństwa. Elektronika użytkowa LG i Samsunga, wydawane przez Nexon gry sieciowe dla wielu graczy, wreszcie – informatyzacja społeczeństwa. Sieci używa ponad 92% populacji; w dodatku jest ona najbardziej rozwinięta na całym świecie. Efekty widoczne są gołym okiem. Gwiazdki z girlsbandu Blackpink zdobią witrynę sieciówki z odzieżą w centrum Warszawy, w sklepach z zabawkami można kupić przypominające Kena lalki piosenkarzy z grupy BTS. Oprócz półek okupują listy przebojów; największe koreańskie grupy podbijają Amerykę, mniejsze – odwiedzają Europę, w tym Polskę.
Przejrzystość
Jest coś symbolicznego w tych lalkach chłopców z BTS. Ken, przyjaciel Barbie, chociaż przystojny i muskularny, jest zupełnie bezpieczny – bo pozbawiony seksualności. Podobnie czyści muszą być idole i idolki. Ich życie uczuciowe znajduje się pod ścisłą kontrolą wytwórni. Ciężko pracują na sukces w fabrykach idoli. Ta imponująca pracowitość i nieustanna pogoń za sukcesem są zresztą udziałem całego społeczeństwa, zaczynając od szkoły.
Kwestie obyczajowe odgrywają zaskakująco drugorzędną rolę w polityce” – zauważa w Kraju niespokojnego poranka Husarski, opisując swoje zdumienie rzekomo progresywnym politykiem, który w debacie dwukrotnie zapewnił, że jest „przeciwny homoseksualizmowi” – „nie lubi zjawiska i nie zgadza się na legalizację (w domyśle prawdopodobnie małżeństw)”. Ta niechęć jest powszechna i widoczna również w popkulturze, stroniącej raczej od tematyki LGBT – głównie dlatego, żeby nie urazić konserwatywnych widzów. Widać tu różnicę z Japonią, która chociaż nadal ma sporo za uszami, jeśli chodzi o prawa rozmaitych mniejszości przynajmniej w animowanych fantazjach nadrabia progresywnością – Czarodziejka z Księżyca wyprzedziła amerykańskie animacje o całe dekady. Gdy w 2015 r. w serialu Seonam Girls High School Investigators pokazano namiętny pocałunek między dwiema bohaterkami (skazanymi, ze względu na ostracyzm, na nieszczęśliwą miłość), sprawą zajął się komitet cenzorski Korea Communications Standards Commission (KCSC); ten sam, który dba o „czystość” internetu (strony poświęcone tematyce LGBT do 2001 r. były nielegalne).
Ten wywodzący się z protestantyzmu i konfucjanizmu konserwatyzm stał się przyczyną sukcesu koreańskiej fali na Bliskim Wschodzie. Gdy amerykańskie czy japońskie seriale nie stronią od tematyki seksualnej, to koreańskie dramy są jej praktycznie zupełnie pozbawione. Związki przedstawione w tamtejszych serialach są bardziej romantyczne, oparte na niedopowiedzeniach, spojrzeniach czy dotyku dłoni. To podejście podoba się zresztą nie tylko w kulturach, w których treści erotyczne stanowią silne tabu, ale, ze względu na delikatny sposób wyrażania emocji, znajduje swoich zwolenników także w krajach Ameryki Łacińskiej. Piękni ludzie przeżywający zabawne i urokliwe historie miłosne w pięknym otoczeniu pięknych przedmiotów. Nad wszystkim unosi się duch eleganckiego konsumpcjonizmu, trochę jak w nowych polskich fantazjach rodem z TVN-u. Nikogo nie dziwi, gdy bohaterowie w ciągu godzinnego odcinka trzy razy zmieniają garderobę – koreańska fala obejmuje również świat mody.
Niszowy produkt, który ma swoich odbiorców – spragnionych piękna i romantyzmu w brutalnych i wulgarnych czasach. Dramy są bezpieczne, tak jak romansowe powieści z serii Harlequin – dość sformalizowane, z gwarancją szczęśliwego zakończenia, chociaż przy tym niestroniące od poruszania problemów koreańskiego społeczeństwa. Kto chce spróbować, jak smakują południowokoreańskie dramy, może skorzystać z dość bogatej oferty Netflixa. Powstał też metaserial Dramaworld – urocza komedia o młodej Amerykance, która w magiczny sposób przenosi się do Krainy Koreańskich Dram, gdzie musi lawirować w konwenansach i naprawić naruszoną fabułę. To fantastyczne przedstawienie kolejnego sukcesu hallyu – turystyki. Piękne widoczki pokazywane w serialach zachęcają do turystycznych wizyt śladami bohaterów. Podobną taktykę stosuje Japonia, gdzie nawet w grach wideo dużo miejsca poświęca się promocji lokalnych atrakcji i przysmaków.
Made in Korea
Nie zawsze te wysiłki wypromowania koreańskiej popkultury przynosiły oczekiwane wyniki. Ciekawym przykładem jest polski rynek komiksowy. Kilkanaście lat temu pojawiły się koreańskie komiksy, przypominające nieco te pochodzące z Japonii. Stał za tym pewien cynizm polskich wydawców – dziś rynek jest nasycony, a półki pełne kolejnych tomików, ale na początku wieku fani byli wciąż głodni mangi. Koreańskie komiksy były podobne, a przy tym licencje na ich wydawanie okazały się tańsze i łatwiejsze do zdobycia. Sprzedawane były jako „manga” (japońskie słowo oznaczające „komiks”, a na Zachodzie – komiks japoński), a nazwiska autorów wstydliwie drukowano małymi literami. Tymczasem Koreańczykom zależało na promowaniu własnego terminu – „manhwa”, aby podkreślić odrębność i podmiotowość koreańskiej popkultury. Do dziś w podobny sposób używane jest słowo „anime”. Po japońsku oznacza po prostu „animację”, ale jako zapożyczenie służyło za określenie tej pochodzącej z Japonii. Tymczasem serwis Netflix pod nazwą „Original Netflix Anime” wypuszcza animacje również z Chin i Korei. Pod taką marką wypuszczony został choćby film z uniwersum Wiedźmina – Zmora wilka, który powstał w koreańskim Studiu Mir. Ma ono na koncie głównie koprodukcje z Amerykanami. Dlaczego Netflix używa słowa „anime”? Po pierwsze, jest to cel marketingowy – „anime” wciąż działa jak magnes, niosąc pewną obietnicę egzotycznej przygody; fabułę przykrojoną dla starszych nastolatków i młodych dorosłych, w której można liczyć na przemoc czy erotyzm. Po drugie, światowe zapotrzebowanie na serie anime jest na tyle duże, że japońskie studia nie są w stanie go zaspokoić.
Znacznie lepiej koreańska tożsamość jest reprezentowana w komiksach sieciowych (webtoons). O tym, jak ważne jest pielęgnowanie tej odmienności, świadczy fakt, że hallyu pozytywnie wpłynęła na relacje między Koreą i Japonią. Silna swoją kulturą Korea nie czuła się stroną uległą, a koreańscy gwiazdorzy zdobywają rozliczne fanki w Japonii. Ślady tego zafascynowania odcisnęły się nawet w japońskiej popkulturze – w komiksach czy serialach często można znaleźć postać, która jest fanką K-popu czy dramy. Jest to zwykle kobieta, często w średnim wieku (nieco inaczej wygląda to na Zachodzie, gdzie K-pop przyciąga nastolatki), co sprawiło, że pojawiły się ruchy kontestujące koreańską falę. Według badaczki Millie Creighton należeli do nich „mężczyźni w średnim wieku, których żony były fankami koreańskich gwiazdorów”.
Samotność w Seulu
Zbudowanie wirtualnego kraju, który ładnie wygląda w folderach i serwisach streamingowych, nie rozwiązuje jednak problemów prawdziwego świata, takich jak kryzys samotności, dotykający cały glob. Brytyjskie gazety alarmują, powołując się na badania projektu „The Next Steps” – millenialsi uprawiają mniej seksu niż poprzednie pokolenia, opóźniają inicjację i rzadziej wchodzą w związki. Japonia ma najniższy poziom urodzeń od 1899 r., kiedy zaczęto prowadzić statystyki. W Korei zjawisko życia w pojedynkę zyskało miano „honjok”. Szacuje się, że wkrótce jedna trzecia gospodarstw domowych będzie składała się z jednej osoby. Ale honjok to coś więcej niż życie bez partnera – to np. chodzenie do restauracji, baru czy kina w pojedynkę. Pojawiły się knajpy, w których można spożywać alkohol bez kontaktu z innymi klientami. Można wynająć kabinę karaoke dla jednej osoby. Młodzi Koreańczycy decydują się na spędzanie wolnego czasu w samotności, nawet jeśli mają znajomych. Honjok to odpowiedź na życie w stresie, brak czasu na utrzymywanie relacji, trudności ze znalezieniem pracy. Oprócz biznesu reaguje też popkultura – w koreańskich serialach zaczęły się pojawiać postacie prowadzące samotny tryb życia. Ukoronowaniem trendu są „śluby dla singli” – zamiast szukać męża, można przebrać się w suknię ślubną, a potem zrobić sesję zdjęciową do pamiątkowego albumu.
Życie w pojedynkę może być szczęśliwe – nie należy stygmatyzować niczyjego wyboru. Niepokój mogą jednak wzbudzać zjawiska, które w samotność pchają ludzi mimo ich woli. Oto cena życia w tak nowoczesnym, podbijającym świat państwie. „Młodzi Koreańczycy nazywali siebie pokoleniem siedmiu rezygnacji. Wcześniej rezygnacje były trzy, później pięć, aż w końcu wzrosły do siedmiu. Co zostało im odebrane? Miłość, małżeństwo, rodzicielstwo, przyjaźń, dom, osobiste marzenia i nadzieja. Trudno nawet zliczyć, ile razy słyszałem o planach młodych, by wyjechać z Korei” – relacjonuje w swojej książce Husarski.
Przyczajony tygrys, smok wawelski
Zupełnie inne niż japońskie czy koreańskie podejście prezentują Chiny. Sytuacja Państwa Środka jest zresztą nieporównywalna – to olbrzymi rynek wewnętrzny, w dodatku ściśle kontrolowany przez władzę. To zachodni twórcy walczą o to, żeby się na nim znaleźć, dokręcając w filmach specjalne sceny mające na celu podlizanie się chińskim decydentom i cenzurując nieprzyjemne dla nich treści. Światowa ekspansja Chin odbywa się po cichu – korporacja Tencent ma potężny portfel udziałów nie tylko w produktach i usługach kluczowych dla chińskiego rynku, ale i w zachodnich studiach z branży growej czy filmowej. Na Netflixie można oglądać powstałe w koprodukcji filmy animowane pokazujące Chiny w pozytywnym świetle. Inną metodą chińskiego soft power – zupełnie inaczej niż koreańskiego – jest używanie wydeptanych ścieżek; hitowa gra Genshin Impact przypomina japońską produkcję skierowaną do obsesyjnych fanów popkultury (tzw. otaku), nawet zatrudniono do niej śmietankę japońskich aktorek dubbingowych. Firmy elektroniczne takie jak Huawei (jego twarzą jest w Polsce Robert Lewandowski) czy Xiaomi oferują zaś atrakcyjne produkty w równie atrakcyjnych cenach, co znajduje powodzenie u liczących każdy grosz Polaków.
Nie możemy iść drogą Chin, ale półżartem można powiedzieć, że Korea Południowa jest jak Polska, tylko bardziej.
Przykłady aż zachęcają do porównań – od kimchi, czyli bardziej kiszonej kapusty, przez rządy generałów z dyktatorskimi zapędami, po geopolitykę – oba kraje wciśnięte są między dwa mocarstwa. Wreszcie „han”, koreańska złość na okrucieństwo losu i pamięć krzywd (zarówno tych dużych, jak i małych). Czyż Polacy nie są mistrzami w graniu ofiar i upominaniu się o naprawę niesprawiedliwości sprzed lat? Skoro jesteśmy równie zeźleni i przepracowani jak Koreańczycy, to może na zasadzie kultu cargo udałoby się powtórzyć ich sukces?
Taki pomysł narodził się kilka lat temu. O „kulturotechu” mówiło studio Platige Image, znane z produkcji efektów specjalnych i krótkich animacji. „Inspiracją do wypracowania tego hasła miała być współpraca studia Fish Ladder (zespołu projektów specjalnych Platige Image) z cenionym pisarzem science fiction Jackiem Dukajem, a także praca nad własnymi projektami, które zahaczały o obszary kultury, nauki, biznesu i technologii: cyfrowa, stereoskopowa interpretacja obrazu Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki, film Miasto Ruin dla Muzeum Powstania Warszawskiego, film Animowana historia Polski na EXPO2010 w Szanghaju, Ambition i Ambition – Epilogue zrealizowane we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną czy Legendy Polskie Allegro” – donosił w 2017 r. „Business Insider”. Widać, gdzie leży problem. Tam gdzie Korea zbudowała produkt atrakcyjny dla całego świata, tam Polska jest wpatrzona w czubek własnego nosa. Legendy Polskie Allegro, fantastyczne retellingi klasycznych polskich opowieści, były nieczytelne dla kogoś, kto nie znał oryginałów. Lepiej w tej dziedzinie idzie branży gier wideo, która podbija świat już nie tylko Wiedźminem; sukcesy osiąga również polska kinematografia, zarówno ta ambitna, jak i schlebiająca najniższym instynktom (nieoczekiwany sukces 365 dni). Popkulturę już mamy, należy tylko popracować nad opakowaniem i sprzedaniem. Jak pokazuje koreański przykład, wcale nie trzeba wygrać z Ameryką w każdej popkulturowej konkurencji. W czasach niszy wystarczy rozgościć się w kilku z nich i narobić hałasu, tak żeby wszyscy mówili o tym, jak koreańska (a może i polska) fala podbija świat.