Co tam! Ja panience powiem, że nie trzeba nadmiar troskać się i smęcić. Są na świecie złe ludzie, są i dobre. Podczas smętno bywa, a podczas może być i wesoło. Najgorsza to jest rzecz, kiedy człowiek nic nie robi, a tylko o swoich biedach myśli.
Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem
Ile razy moja przyjaciółka rozkładała karimatę obok łóżka swojej matki. Ile razy w nocy wstawała i szła po wodę, po zioła, po maść, po wilgotny ręcznik, ile razy poprawiała idealnie ułożoną poduszkę. Ile razy malowała jej paznokcie, choć chyba tylko ona jedna na te paznokcie patrzyła, ile razy przesunęła szczotką po słabych włosach.
Ile razy spałam zgięta w pałąk na krześle przystawionym do szpitalnego dziecięcego łóżka.
Ile nas było, ile nas jest, rozściełających troskę w szpitalnych salach, w dziecięcych pokojach, w zaciemnionych sypialniach, podstawiających talerz, podtykających łyżkę, wycierających nos, tyłek, oklepujących plecy, rozmasowujących odleżyny, wysłuchujących zwierzeń.
Jest nas połowa, pół świata, z troską wstrzykniętą w krwiobieg gdzieś między piątym a piętnastym rokiem życia – to w tym przedziale wiekowym dziewczynki zaczynają rozumieć, że mogą realizować się w relacjach z innymi.
Wprawdzie z dzieciństwa nie przypominam sobie, by ćwiczono mnie do troski, te lekcje odebrałam nieświadomie, ale dziś dobrze rozumiem słowa Carol Gilligan o tym, że męskość ustanawia się z reguły przez oddzielenie, a żeńskość definiuje się przez przywiązanie. Kobiety przeglądają się w innych osobach i dlatego często stawiają na relacje i troskę o nie, podczas gdy mężczyźni nierzadko widzą we wszystkich siebie.
Pierwsze słowo w państwie
Troska i te inne słowa, uważność, czułość, responsywność, kojarzą się z czymś miękkim i wstydliwym, zarezerwowanym dla dziecięcych pokojów i dla szpitalnych sal. A przecież troska jest pierwszym słowem aktu, który ma najwyższą moc prawną w państwie: „W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny…” – tak się zaczyna Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Nieco dalej, w dziale „Obowiązki”, w art. 82 można wyczytać: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rzeczypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne”.
Troska jest więc wpisana w ustawę zasadniczą, wprawdzie w odniesieniu do abstrakcyjnych pojęć, takich jak byt, przyszłość i dobro wspólne, ale w jednak bardzo konkretnym ujęciu jako „opieka” lub „niepokój”. Do takich konotacji ze słowem „troska” przywykliśmy.
Tymczasem badaczki feministyczne uważają, że użyteczne jest definiowanie troski jako pewnej praktyki. Diemut Elisabet Bubeck odróżnia troskę o kogoś od świadczenia pracy opiekuńczej, czyli troski polegającej na obsługiwaniu kogoś, a Joan Claire Tronto identyfikuje troskę jako kompetencję osób dojrzałych moralnie. Troska, a właściwie troszczenie się o kogoś lub o coś, jej zdaniem realizuje się w działaniu, w tych wszystkich gestach i czynnościach, które podejmujemy, żeby nieustannie naprawiać świat.
###banner###
Nieustannie reperować świat troską, wciąż wyciągać z szuflady plaster. O czym my tu mówimy, co ja tutaj rozkładam na czynniki: naprawczą kategorię troski w kraju, który utrzymuje pozory państwa opiekuńczego i silnego, a jednocześnie spycha troskę do prywatnych mieszkań albo jest ją w stanie sprowadzić wyłącznie do archetypicznej relacji matka–dziecko.
A przecież każdy potrzebuje troski. Nie tylko dziecko, nie tylko osoba chora, zależna, z niepełnosprawnością. Nie tylko członek najbliższej rodziny (jakkolwiek byśmy ją dziś rozumieli). Według niektórych brytyjskich badaczek osoby zależne wolą troskę świadczoną przez kogoś innego niż osoby z rodziny, nie córkę, rozściełającą karimatę obok łóżka, tylko kogoś, komu się płaci – to daje poczucie niezależności.
Troska się sprofesjonalizowała, można ją kupić albo wynająć, ale tak się składa, że ta profesja jest nędznie opłacana albo i niewidoczna.
Wykonują ją przecież kobiety; według raportu OXFAM ponad 40% kobiet na świecie nie szuka pracy, ponieważ nieodpłatnie zajmuje się bliskimi (według tych samych statystyk odsetek mężczyzn to 6%). Niektóre z nas jednak muszą wykonywać pracę zawodową, jesteśmy więc zmuszone opłacać opiekunki, które świadczą troskę. Te opiekunki coraz częściej rekrutują się z zagranicy, przyjeżdżają tu, zostawiając w swoich domach osoby zależne, wymagające troski. To błędne ekonomiczne koło, drenaż troski. Pandemia zresztą wywróciła potencjalność zlecania opieki – okazało się, że w czasach, gdy trzeba ograniczać kontakty społeczne, bywa to niebezpieczne i ryzykowne.
Oczywiście funkcjonują również instytucje opieki społecznej, i na akceptację takiej zbiurokratyzowanej formy troski nas stać – choć już na tych, którzy z tej opieki korzystają, patrzymy z dystansem: to ci, którzy sobie nie poradzili albo jeszcze nie są w stanie sobie poradzić. To ci, dla których zimą kupujemy zawieszoną zupę. Ci bez domów, którym dostarczamy ubrania. Ci chorzy, którym przelewamy pieniądze w internetowych zbiórkach. Zresztą i świadczenie troski bywa kojarzone ze słabością. Mnie przyznanie, że jestem relacyjna i że to jest moja siła, zajęło dobrych kilkanaście lat dorosłego życia.
To, że troskę sprowadzamy do słabości, do tych, którzy cierpią z powodu ekonomicznych czy społecznych niedostatków, zdaniem Evelyn Nakano Glenn jaskrawie świadczy o kryzysie troski. Dla mnie ten deficyt troski jest coraz bardziej dojmujący.
Ani współczucie, ani litość
2 listopada wspierająca uchodźców Fundacja Ocalenie zamieściła w social mediach zdjęcie swojej siedziby po długim listopadowym weekendzie: oparte o ścianę worki z przedmiotami, które komuś – chyba niejednej osobie – wydały się zbędne. „Tak wygląda wejście do Fundacji po weekendzie. W związku z tym przypominamy: Nie jesteśmy śmietnikiem. Osoby, którym pomagamy, potrzebują konkretnych rzeczy, a nie wszystkiego, co akurat komuś zalega w piwnicy.
Wyrzucanie niepotrzebnych rzeczy pod drzwiami organizacji pomocowej (jakiejkolwiek) nie jest wsparciem. Jest obciążeniem. Generuje bezsensowną pracę osobom, które od 3 miesięcy pracują non stop. (…) Szukamy osoby z samochodem, która pomoże nam i wywiezie te śmieci na PSZOK”.
Pod postem zamieszczono ponad 300 komentarzy, niektóre punktujące, że ludzie traktują pomoc jako czynność uboczną w trakcie opróżniania piwnicy i że jako społeczeństwo jeszcze wiele musimy się nauczyć, ale i takie: „Post jest napisany w taki sposób, że nie zachęca do pomocy. Na zdjęciu widać ubrania, jakiś kożuch, dlaczego nazywają to Państwo śmieciami? Ktoś miał może dobre intencje, dlaczego od razu tak ostro”, „…wywiezie te śmieci na PSZOK… trochę wdzięczności, droga fundacjo”, „Megachamski wpis, rozumiem, że macie teraz bardzo dużo pieniędzy, ale żeby aż tak wybrzydzać? Może ktoś chciał dobrze i w środku wcale nie ma śmieci”.
O Fundacji Ocalenie, która wspiera uchodźców od lat, jeszcze rok temu mało kto słyszał. Wiem to, bo znam tę organizację ze swojej pracy reporterskiej. Ale w sierpniu tego roku, gdy na granicy polsko-białoruskiej pojawili się pierwsi uchodźcy, wolontariusze Ocalenia ruszyli z pomocą i jako pierwsi relacjonowali sytuację. Wtedy zaczęło lawinowo przybywać osób, które oferowały organizacji wsparcie finansowe i rzeczowe. I można by optymistycznie pomyśleć, że w czasach kryzysu troski ona się jednak zmaterializowała. Wolę tu jednak postawić znak zapytania.
Troska nie jest tym samym co współczucie czy litość, konstytuuje się raczej, jak podpowiada Diemut Elisabet Bubeck, poprzez obiektywnie istniejący fakt zidentyfikowanych i zauważonych potrzeb. Współczucie, miłosierdzie i podobne odruchy serca, które dyktują robienie przelewów, organizowanie zbiórek, pisanie dramatycznych komentarzy w mediach społecznościowych, pozwalają się realizować emocjonalnie, ale nie bazują na rzeczywistej, świadomej trosce.
„Potrzebuje troski, nie forsy” – pisze o jednej ze swoich znajomych w książce Emil i my Magdalena Moskal, matka wielodzietna, matka dziecka z niepełnosprawnością. Moskal jest matką z klasy średniej, ma zasoby, kapitał kulturowy i ekonomiczny. Wyobrażam sobie odwrócenie tego zdania, jego rewers w ustach innej matki, dysponującej innymi zasobami: potrzebuję forsy, nie troski. Ale ta opozycja nie jest tu potrzebna. Troskę można, należy, warto wiązać z forsą, z konkretem.
Robi to Elżbieta Łapniewska, kiedy pisze, że gospodarka powinna opierać się na etyce troski – nie tylko o innych ludzi, ale również o inne gatunki. „W gospodarce przyszłości niematerialne zasoby – takie jak relacje z innymi, z przyrodą, czas wolny, muzyka, sztuka, wzajemna pomoc, zaufanie i przynależność – mogą stać się wartościami określającymi dobrostan społeczeństwa. Aby jednak społeczeństwo mogło z tych zasobów w pełni czerpać i cieszyć się nimi, konieczne jest zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych – z tej perspektywy Bezwarunkowy Dochód Podstawowy byłby najlepszym rozwiązaniem”.
To powinny być nasze cele, wtóruje jej Evelyn Nakano Glenn: osiągnięcie stanu społecznego, w którym troska jest doceniana, w którym jest wartościowa we wszystkich sferach życia społecznego. Ale żeby to w ogóle było możliwe, najpierw trzeba troskę rozpoznać. Dostrzec, obejrzeć, wycenić.
Wzięcie odpowiedzialności
Obejrzę ją więc. Troska to stres i zmęczenie. Troska jest brudna, trochę pachnie naftaliną, trochę pleśnią, pościelą, lekami i lękami.
Wymaga uważności i pewnego treningu. Bo przecież uczymy się raczej nie liczyć na nikogo prócz siebie. „O siebie się troszcz” – to słyszałam w domu i w szkole. „O mnie się nie martw” – podśpiewywałam.
Te hasła zakładają jakieś autonomiczne życie, w oderwaniu od innych. Tylko że nikt nie żyje w oderwaniu od innych, każda istota na jakimś etapie życia wymaga troski. Człowiek. Roślina. Zwierzę.
Troska może zmęczyć, bo troska jest też wzięciem odpowiedzialności.
Kiedy w 2018 r. CBOS sprawdził, jak Polki i Polacy dzielą się zajęciami domowymi i obowiązkami opiekuńczo-wychowawczymi, okazało się, że wciąż wykonują je kobiety. W miażdżącej większości domów wyłącznie na kobietach spoczywało robienie prania i prasowania, przygotowanie posiłków, sprzątanie codzienne i gruntowne. Bardziej egalitarne okazały się właściwie jedynie zakupy i wyrzucanie śmieci. W dodatku do kobiet należało nie tylko wykonywanie większości działań w domu, ale także zarządzanie nimi – od razu przypomina mi się obserwacja Jespera Juula, psychologa rodziny, który stwierdził, że wielu mężczyzn w związkach nie przejmuje odpowiedzialności, tylko wykonuje polecenia, a to nie ma wiele wspólnego z partnerstwem. Osoba odpowiedzialna za wyrzucanie śmieci w domu to nie ta, która śmieci wynosi, tylko ta, która zauważa, że kosz jest pełen. Osoba, która się troszczy o zakupy, to nie ta, która jedzie do sklepu albo wyciąga kartę z portfela, tylko ta, która się orientuje, że czegoś zabrakło, i wie, co trzeba dokupić. Raport CBOS oswaja z myślą, że kobiety w Polsce nie tylko fizycznie wykonują większość domowych czynności, ale również nieustannie procesują w głowie codzienną logistykę, przestawiają kafelki z napisami zakupy-badania-lekcje-dentysta-ferie-zapłacić-za-zdjęcie-kuweta. To są powszednie praktyki troski.
Autorzy raportu zapisali we wnioskach: „Choć najczęściej Polacy twierdzą, że realizują partnerski model rodziny lub do takiego dążą, to dane dotyczące podziału obowiązków domowych temu przeczą”.
Troska, która niesie rewolucję
Troska łączy się z codziennością, a codzienność nie jest bardzo atrakcyjna: szykowanie ubrań, wysłuchanie kogoś, zauważenie go, podawanie leków, rozwieszanie prania, przygotowywanie posiłków. To są codzienne emanacje troski.
Troska może się więc wydawać cicha, ale zdarza się, że niesie rewolucję. Tak było z wieloma strajkami organizowanymi przez kobiety: iskrą stawał się często brak czy niedostatek żywności, niemożność zatroszczenia się o codzienność. Tak było w Żyrardowie na przełomie lat 40. i 50. XX w., opisuje to znakomicie Małgorzata Fidelis w książce Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce. Niedobór chleba, mięsa i węgla doprowadził do wybuchu strajku, który zaczął się od kilkuset kobiet, a rozprzestrzenił się na cały kilkutysięczny zakład i trwał prawie trzy dni, co w czasach stalinizmu było ewenementem.
Podobnie było w Łodzi w sierpniu 1981, gdy przez miasto przeszedł kilkudziesięciotysięczny tłum. We wzmiankach o tym strajku przeważają informacje, że zorganizowała go Solidarność, często brakuje choćby zdania o tym, że siłą napędową były kobiety. Kiedy się jednak ogląda zdjęcia, widać je wyraźnie, niektóre z wózkami, inne trzymają na rękach dzieci. Na transparentach hasła: „Co damy dziecku jeść – kartki?”, „Dajcie nam jeść”, „Nie będziemy głodne pracować”. O pamięć o żeńskiej historii tego strajku troszczy się Łódzki Szlak Kobiet.
Nie będziemy głodne pracować”, „Nigdy nie będziesz szła sama”, „Ani jednej więcej” to nie tylko hasła solidarności, to hasła troski. Hasła codziennych gestów: Weźmiemy cię pod rękę i pójdziemy z tobą. Nakleimy naklejkę na szybę. Wepniemy w klapę tęczę. Weźmiemy transparent. Może kredę.
To przecież kobiety, również zrzeszone w ramach inicjatywy Matki na Granicę, zorganizowały jesienią tego roku największe protesty w sprzeciwie wobec pushbacków na granicy. To matki, kobiety zaprawione w swoim treningu codziennej, mimochodnej troski sformułowały pytanie, „gdzie są dzieci z Michałowa”. I może jest ono trochę zbyt wąskie, ale jest pytaniem, z którym można sobie poradzić mentalnie. Bo do troszczenia się o dzieci przywykliśmy, z arsenałem środków, który się mieści w ramie troski macierzyńskiej, jesteśmy najbardziej oswojeni.
Kiedy oglądam relacje z granicy polsko-białoruskiej, wraca do mnie ta obserwacja Gilligan, że męskość definiuje się przez oddzielenie, a żeńskość przez przywiązanie.
Bo tam po jednej stronie stoją ci, którzy mają zapewnić bezpieczeństwo. Silni, wyprostowani, w mundurach. Reprezentują mężność, sprawiedliwość, obronność.
Po drugiej stronie wolontariusze i wolontariuszki, mieszkający nieopodal ludzie, ci, którzy usiłują dostarczyć troskę. Poseł Franciszek Sterczewski z torbą próbujący się przedostać przez kordon Straży Granicznej, wyśmiewany później przez polityków rozmaitych opcji, jakby próba przekazania podstawowych artykułów ludziom w potrzebie przekraczała granice politycznej kindersztuby. To jest dyskurs, który sprowadza troskę do czegoś niepoważnego, śmiesznego. Może dlatego, że troska ma żeńską końcówkę, a to, co żeńskie, przecież się nie liczy albo liczy się mniej, można to obśmiać lub wyszydzić.
Sterczewski napisał później na Twitterze: „Nie wolno być obojętnym. Warto być przyzwoitym”.
Obojętność jest przeciwieństwem troski.
Kryzys wyobraźni
„Ludzie umierają, to jest biologia” – powiedział Marek Suski 2 listopada 2021, komentując w ten sposób śmierć trzydziestoletniej ciężarnej kobiety, która zmarła na sepsę w szpitalu w Pszczynie. Dodał też, że kobiety umierają w czasie porodu, choć z całą pewnością nie był to poród. Dwa dni później Marcin Leśniewski, dyrektor Szpitala Powiatowego w Pszczynie, powiedział: „W momencie przyjęcia pacjentki wyznaczniki stanu zapalnego nie były tak rozwinięte, żeby podejmować jakieś histeryczne ruchy”.
Histeryczne ruchy. To jest biologia. W tym języku też widać obojętność, brak troski, całkowitą nieumiejętność dostrzeżenia nie tylko potrzeb drugiej osoby, ale w ogóle człowieka.
Chyba nic w tym nadzwyczajnego. Prawdopodobnie w męskocentrycznym świecie łatwiej jest troszczyć się o idee niż o realnie istniejące kobiety.
Nie tylko o kobiety – o słabszych. To już przecież zima i ludzie będą zamarzać na ulicach. Będą zamarzać w lesie. Będziemy im współczuć, wielu i wiele z nas, ale niektórzy powiedzą: tam nie może być aż tak źle, to nie może być aż tak trudne, to na pewno ma swoje uzasadnienie. Relacje z granicy dla jednych będą impulsem do działania, dla innych – szczepionką. Homeopatyczne dawki tragedii z czasem na nią uodpornią w kraju, który zmaga się z kryzysem troski.
Ten kryzys ma jeszcze jeden wymiar: jest też kryzysem wyobraźni gotowej do tworzenia utopii i pięknych konstrukcji społecznych.
A przecież tyle nas jest. Patrzymy uważnie, słuchamy, pomagamy przejść przez ulicę, towarzyszymy w gorączce. Tkamy relacje, ramą jest troska. Nie ramy męstwa, odwagi ani niezłomności. Ani tym bardziej sprawiedliwości, bo prawo, nawet to posługujące się językiem moralności, pozwala wygodnie uzasadniać brak troski, znieczulicę, obojętność, nawet przemoc.
Przejawem państwowej troski byłoby zadbanie o prawa obywatelskie dla wszystkich, o dobrej jakości usługi publiczne i o klimat, tak jak się to dzieje w Finlandii, kraju z feministycznym rządem. Państwo, które ceni relacje oparte na trosce, byłoby nie tylko przyjemniejsze do życia, ale również bardziej sprawiedliwe.
Tylko że kiedy piszę te słowa, kiedy na nie patrzę, widzę to przecież: hasło „nieustannie naprawiać świat” do nas nie trafia, tak jakby trafiał do nas już tylko język dystopii, jakim posługują się państwowi urzędnicy, jakby tylko psucie i wyjaławianie świata mieściło się nam w społecznej wyobraźni. „Nasze państwo nie pozwoli na to, by przez Polskę szedł jakikolwiek.
„Nasze państwo nie pozwoli na to, by przez Polskę szedł jakikolwiek nielegalny szlak emigracyjny do Europy” – poinformował 4 listopada w trakcie konferencji prasowej Mariusz Kamiński, szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Nasze państwo nie buduje relacji, nasze państwo umie budować mury. Nasze państwo jest rodzaju męskiego i dojrzewa, odcinając się od innych albo wpychając ich do lasu. Troska nam się w tym lesie utlenia, męczy, pleśnieje.
***
Budujcie swoje płoty, chłopaki, zakładajcie swoje mundury i swoje garnitury. Płot wam się do niczego nie przyda, ale z dużym prawdopodobieństwem będziecie kiedyś potrzebować odrobiny trosk.