Rzecz dzieje się w Estonii właśnie, w XIX w., w jakiejś wsi otoczonej z każdej strony gęstymi lasami. Właśnie zaczyna się tam listopad. Przychodzą dni „ciche jak śmierć”, z nieba pada marznąca breja, jest mroźnie i głodno, a zmierzch stanowi większą część dnia. W tej przestrzeni mrok staje się czymś absolutnym. Czymś, co dzielą ze sobą po równo świat zmysłowy i duchowy i co jest ich najważniejszym łącznikiem. Wierzenia, które płyną niemal we krwi mieszkańców wioski („jeśli na stary księżyc zapukasz trzy razy w drzewo, ono uschnie”), silne braterstwo z naturą i święta bojaźń przed nią…