Kto sztukę posiadł i naukę,
Ten ma i religię;
Kto tamtych obu nie posiada,
Ten niech ma religię.
Johann W. von Goethe
To zastanawiające: tak ożywionej dziś w Polsce dyskusji wokół Kościoła i mało budujących postępków jego „pasterzy” nie towarzyszy właściwie – przynajmniej w publicystycznym mainstreamie – żadna debata wokół chrześcijaństwa czy religii „jako takich”. Poważnej dyskusji nad wierzeniami katolicyzmu jako opresyjnej religii, wywodzącej także swoje roszczenia ustawodawcze z głoszonych przez siebie dogmatów, domagał się swego czasu Janusz A. Majcherek, i to – choć trudno w to uwierzyć – w „Gazecie Wyborczej” (z 26 lutego 2021 r.), lecz jego apel chyba nie wywołał wielkiego echa. W tejże „Gazecie…” wolno już bez ograniczeń krytykować katolickich biskupów, ale próba opublikowania tam krytycznej analizy Ewangelii raczej nie miałaby wielkich szans na powodzenie.
Taka religioznawcza debata o fundamentach chrześcijaństwa jednak się toczy, choć z dala od „głównego nurtu” – w publicystycznych niszach, na blogach i forach internetowych, wreszcie na rynku księgarskim. Pojawia się na nim sporo pozycji niezwykle interesujących, chociaż rzadko cieszą się one wielkim zainteresowaniem recenzentów – inaczej niż nowe, doprawione lekko pieprzem herezji (choćby i nieco zwietrzałym) „odkrycia” teologów, zwłaszcza niedoszłych dominikanów. Nie do przecenienia jest tu, jak sądzę, działalność takich wydawnictw jak CiS Piotra Szwajcera (znakomite Wprowadzenie do literatury wczesnochrześcijańskiej Barta D. Ehrmana), Czarna Owca, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego czy raczej mało znana katowicka oficyna Stapis, wydająca od paru lat serię „Bez Bogów”, w której ukazały się m. in.: Biblia w ręku ateisty Heleny Eilstein, Dlaczego nie mogę być chrześcijaninem, a tym bardziej katolikiem Piergiorgia Odifreddiego, wreszcie Dusza bez Boga Katherine Ozment, której poświęcę tu nieco więcej uwagi.
Punktem wyjścia intelektualnej wędrówki, jaką podejmuje Ozment, jest pytanie zadane jej przez syna: obserwując prawosławną procesję wielkopiątkową, chłopiec dziwi się, że jego rodzina nigdy nie uczestniczy w podobnych obrzędach. „Nie jesteśmy wyznawcami greckiego prawosławia” – wyjaśnia mu matka. „To czym jesteśmy?” – chce wiedzieć ośmiolatek. Jedyna odpowiedź, jaka Katherine Ozment przychodzi do głowy, brzmi: „Niczym nie jesteśmy”.
Wirtuozi religijni
Ozment wychowała się jako prezbiterianka, ale porzuciła chrześcijaństwo (podobnie jak jej żydowskiego pochodzenia mąż judaizm). Ta decyzja pozostawia w niej jednak pewną pustkę: brak jej wspólnoty, jaką daje przynależność wyznaniowa, i dlatego wciąż się zastanawia, jak odzyskać poczucie sensu, którego źródłem jest rzekomo religia. To pytanie powraca na kartach książki niczym natrętny refren. Niemal cała jej pierwsza połowa sprawia wrażenie wielkiej pieśni pochwalnej na cześć religii jako niezbędnej siły integrującej wielkie masy ludzkie. Tu i ówdzie pojawia się wprawdzie refleksja, że religia nie tylko integruje, ale i wyklucza, generując plemienne konflikty, a ceną za poczucie przynależności grupowej bywa zniewolenie jednostki i poddanie jej bezwzględnej kontroli, często skłaniającej bliźnich do donosicielstwa: pewien nauczyciel, „gdy któryś z uczniów wykrył, że jest niewierzący, musiał zrezygnować z pracy w konserwatywnej szkole”. Mimo to Ozment wciąż przytacza badania dowodzące, że wierzący są zwykle zdrowsi, bardziej empatyczni i że czerpią z życia więcej satysfakcji. Naiwnością i nieporadnością rażą też opisane przez nią próby stworzenia zastępczych wspólnot czy rytuałów.
Bohaterami książki Ozment są przy tym najczęściej ludzie, których Max Weber określał mianem „wirtuozów religijnych”. „Wirtuoz religijny” nie zadowala się na ogół prostą katechezą, pragnie czegoś więcej, drąży dogmaty swej religii, próbuje poznać jej genezę i dzieje, a im więcej o niej wie, tym bardziej zaczyna wątpić w jej prawdziwość (to swoisty paradoks i stąd pewnie tylu kryptoateistów wśród teologów). Ostateczne odrzucenie religii przeżywa często nie jako wyzwolenie, lecz jako stratę – nie ma już partytury, która dawała mu szansę wykazania się duchową wirtuozerią. Nie ma wspólnoty, która by mu zapewniała poczucie bezpieczeństwa. Ma za to wrażenie, że jest „niczym”.
Humanizm bez Boga
To dopiero połowa opowieści i popełni błąd ten, kto zrażony i rozczarowany banalnością takich gorzkich żalów, odłoży Duszę bez Boga na półkę. Bo ostateczne wnioski autorki są nieco bardziej złożone. Ozment opisuje swoje spotkania z różnymi ludźmi: religioznawcami, filozofami, duchownymi, „apostatami” różnych wyznań. Konstatuje powszechną laicyzację współczesnych społeczeństw rozwiniętych. I coraz bardziej oswaja się ze swoim brakiem przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty religijnej. „Mijają lata, a ja nadal nie znam odpowiedzi na wszystkie ważne pytania. Zaczynam jednak dostrzegać, że coraz swobodniej się z tym czuję”. Bo też poszukiwanie tzw. sensu życia to w istocie poszukiwanie miejsca, w którym wyrasta z ziemi tęcza: „Mimo wszystkich poszukiwań nadal nie wiedziałam, na czym polega sens życia. I domyślam się, że nigdy się nie dowiem. A jednak każdego dnia odczuwałam nową pełnię. Uczyłam się cieszyć życiem, które tworzyliśmy, zamiast żałować tego, które nie zostało przez nas wybrane. Nawet jeśli w całości jesteśmy tylko pulsem krwi płynącej przez nasze serca i ciała, nagle okazało się to całkiem wystarczające. Choć religia obiecuje coś więcej poza tym, co możemy zobaczyć, poczuć i dotknąć, jednak stojąc wtedy nad morzem ze swymi najbliższymi, zastanawiałam się, jak mogłam kiedykolwiek pragnąć czegoś więcej”.
###banner###
Ozment dowodzi, że porzucenie religii, w której się wyrosło, nie musi wcale oznaczać, że „runęliśmy w czarną dziurę niczego”. Wręcz przeciwnie: świadczy o tym, że jesteśmy w stanie budować swoją ludzką tożsamość własnymi siłami. I że nawet bez pomocy religii można uporać się z myślą o końcu swojej egzystencji, skonstruować nowe rytuały wokół kamieni milowych życia, jak narodziny, wejście w dorosłość, małżeństwo czy śmierć – bo takie rytuały są po prostu niezbędne. Że możliwe jest tworzenie wspólnot dających więź i oparcie, nieodwołujących się do religii ani do Boga, byle je tworzyć spontanicznie, nie próbując nieudolnie naśladować społeczności wyznaniowych ze wszystkimi ich patologiami. Oraz że odrzucenie religii wcale nie jest tożsame z wyborem „nihilizmu”: „Wierzymy – wykłada proste credo świeckiego humanizmu jeden z rozmówców autorki, Phil Zuckermann – że trzeba uczynić ten świat lepszym miejscem, wierzymy w wyższość dowodu nad wiarą, w rozsądek jako drogę do rozwiązywania problemów. Wierzymy w pomaganie innym, ponieważ wtedy świat staje się lepszy dla wszystkich. To jest nasza wiara”. A Ozment podsumowuje: „Świecki humanizm to filozofia bez Boga, ma jednak swój ośrodek moralny”.
Innymi słowy: nie jesteśmy skazani na partytury, które włożono nam do kołyski. Mamy prawo pisać własne. I chyba powinniśmy to czynić. Zwłaszcza że muzyka odgrywana z tych gotowych brzmi dziś zwykle dość fałszywie.
–
Katherine Ozment
Dusza bez Boga. W poszukiwaniu celu, sensu i wspólnoty w świeckim życiu
tłum. Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Stapis, Katowice 2021, s. 244