Subskrybuj
Ilustracja: Aleksandra Stanglewicz / fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl
Pisarz, muzyk, fotograf i rysownik ziemniaków. Za prozy Psy pociągowe (2011) i Pod słońce było (2014) był nominowany do nagród Gdynia oraz Silesius. Grał w zespołach AGD, Pustki i Indigo Tree. Książka pt. Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek zawędrowała...

Tam, gdzie raki chodzą do przodu

Co się dzieje z ciałem, które jest niedotykane? Czy przestaje być przydatne? Chyba nie. Czasami przecież rozmawiamy o wyrostku robaczkowym, kości ogonowej czy zębach mądrości, a spokojnie moglibyśmy bez nich żyć.

Czy ten dotyk jest dla mnie czy dla ciebie? Nie ma w  nim nic wspólnego. Dotyk zawsze był za coś, z jakiegoś powodu, na czyjeś żądanie lub żeby rozładować energię. Pomiędzy dotykiem a dotykiem było ciało. Na początku papierowe. Bardzo często matowe, rzadziej kredowe. Kiedy przyglądałem mu się z bliska, miało bardzo dużo rastrowych kropek. Takiej skóry dotykałem jako pierwszej i zastanawiałem się, jaka będzie, kiedy już dorosnę, żeby poczuć ją naprawdę. Później ciało można było dotykać tylko wzrokiem, maskując to okularami przeciwsłonecznymi. Gapiąc się na nie, zapominałem o sobie i wtedy czułem palec mamy wbijany w kręgosłup. „Prostuj się” – słyszałem za plecami i reagowałem na ucisk jak rażony piorunem. Zawsze wiedziała, gdzie nacisnąć, żeby bolało. Po jej dotyku zostawały siniaki. Obserwowałem je za pomocą dwóch luster. Tworzyłem w łazience nieskończoność odbić i śledziłem ich kształty. Najczęściej przypominały Afrykę, rzadziej słonia czy liść. Lubiłem je. Dlatego kiedy dostałem pajączka, złośliwie się garbiłem, żeby piszczał. Przyzwyczaiłem się do przeraźliwych wysokich tonów, które wydawał. Pii, pii, pii, pii. Mogło to trwać godzinami, a ja nic sobie z tego nie robiłem. Pisku nie wytrzymali rodzice. Był dla nich gorszy niż nauka gry na skrzypcach. Któregoś dnia wkurwiony ojciec zerwał ze mnie pajączka i wrzucił go do pawlacza. Po półtora roku wieczorem zupełnie nieoczekiwanie usłyszeliśmy ostatnie tchnienie, jakie wydał, sygnalizując, że baterie się wyczerpały. Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii. Wszyscy uznaliśmy jego śmierć za przydatną.

Na każdy dotyk mojej mamy ciało reagowało nową zagadką. Czasami łapała mnie za rękę tak mocno, że siniaki pojawiały się na przedramieniu.

Nie miałem jej tego za złe. Bardzo się o mnie bała i w ten sposób chroniła mnie przed ewentualnym wpadnięciem pod samochód.

Często zadawałem sobie pytanie: co się dzieje z  ciałem, które jest niedotykane? Czy przestaje być przydatne? Chyba nie. Czasami przecież rozmawiamy o wyrostku robaczkowym, kości ogonowej czy zębach mądrości, a spokojnie moglibyśmy bez nich żyć. Zapomniane części ciała upominają się o siebie chorobą. Kiedy zaczynają boleć, stają się widoczne. W  takich momentach wyrostek robaczkowy jest bezlitosny i grozi śmiercią, jeśli pęknie. Rwący ząb mądrości zdobywa uwagę i jednocześnie przewagę nad zdrowymi jedynkami, które są najbardziej reprezentacyjne, a stłuczona kość ogonowa boli przy każdym wypróżnianiu tak, że siadanie na kiblu nie kojarzy się z ulgą. Wyciągając wnioski z dziecinnych obserwacji, zrozumiałem, że o ciele nigdy nie należy zapominać i trzeba dbać o to, żeby było macane. Bałem się, że moja niezbyt atrakcyjna chudość zostanie pominięta. Denerwowałem się, kiedy wszyscy kumple mieli już dziewczyny, a ja nie. Tylko z tego powodu umawiałem się na randki. Marzyłem, żeby przestać się bać. Chciałem poczuć, że jestem na swoim miejscu.

Dotykając kandydatek na dziewczynę, odkryłem, że każda ma inną skórę. Na samym początku oczywiście zaliczałem pierwszą bazę i macałem plecy. Niektóre były szorstkie jak papier ścierny, inne miękkie, ale z pryszczami, jeszcze inne miały tyle pieprzyków, że z trudem odnajdywałem płaskie kawałki skóry. Sprawdziłem dziesiątki pleców i  nie zakochałem się w żadnej dziewczynie. Zawsze czegoś brakowało. Czegoś wspólnego. Skóra nie pokrywała się z  dziecinnym wyobrażeniem, jakie stworzyłem, oglądając gazety z damską bielizną.

Pragnąłem bliskości, tylko z mojego punktu widzenia wyglądała ona inaczej niż u innych ludzi. „Na twoim miejscu każdy już by mnie pocałował albo chociaż dla żartów złapał za pupę, a  ty nic. Jestem dosyć łatwa. Co z tobą nie tak?” – pytały kolejne dziewczyny na przeciągających się w nieskończoność randkach. Tak trudno było się z nimi umówić. Prasowałem koszulę, pastowałem buty, kupowałem nowe skarpety. Wkładałem w przygotowania tyle siły tylko po to, żeby poczuć się winnym. Po co w takim razie ludzie się umawiają? Przecież nie jest przyjemnie stać zawstydzonym w środku miasta i  nie znajdować w  sobie żadnej racjonalnej odpowiedzi, dlaczego jest, jak jest. Swoją drogą od momentu kiedy zacząłem randkować, stwierdzam, że racjonalność to coś, co zadowala innych ludzi, bo stają się szczęśliwi, kiedy robi się coś, co potrafią zrozumieć. Ona nie umiała. Powiedziała wszystkim koleżankom, że jestem jebnięty, i było to najmilsze określenie, na jakie się zdobyła, podsumowując naszą krótką wspólną historię.

Dzięki takim jak ona dorastałem do samotności. Było to głupie, bo przecież szczęście można osiągnąć tylko w relacji (tak twierdzi współczesna psychologia). Ja nie potrafiłem. Niektórzy bardziej empatyczni koledzy z pracy namawiali mnie, żebym jeszcze raz spróbował. Kiedy ci nie wyjdzie, to znaczy, że masz kolejną szansę. Bycie w  porządku oznacza przekraczanie granic, bycie zwycięzcą też. Nie łam się, chłopie. Klepali mnie po plecach na zachętę i tak samo jak z kontaktu z mamą pozostawały mi tylko siniaki. Chciałem zadbać o siebie na tyle, na ile potrafiłem, czyli na tyle, ile chwytali moi kumple. Dlatego próbowałem wiele razy, gubiąc się w kolejnych pojawiających się wnioskach, jakie należy wyciągać z porażek (tak przynajmniej uważają trenerzy wypowiadający się w telewizji po przegranym meczu). Aby nie wyjść na skończonego dewianta, kupiłem sobie kota. Nazwałem go Cooper na cześć Alice’a Coopera, którego słuchałem w młodości. Kojarzył mi się z wolnością, krzykiem, trucizną i laską z trupią czachą. To było wszystko, czego potrzebowałem do szczęścia

Kiedy czułem się zagubiony, pocieszałem się tym, że jest mężczyzną. Robiłem to po pierwsze dlatego, że faceci (nawet tacy jak ja) zawsze dawali radę. Po drugie dlatego, że nigdy nie będę musiał karmić piersią. Oczywiście, gdyby zaistniała taka konieczność, tobym to zrobił, bo przecież byłem chłopakiem, więc musiałem poradzić sobie z  każdym problemem, i  to bez płaczu. Widząc matki dające jeść swoim pociechom na ławkach w parkach, odwracałem wzrok. Nie ze wstydu, tylko z lekkiego obrzydzenia. Bardzo lekkiego obrzydzenia. Megalekkiego obrzydzenia. W sumie nawet nie było to obrzydzenie, lecz malutka niechęć. Tak sobie to tłumaczyłem, bo przecież macierzyństwo to piękna rzecz i nie można go traktować w tak niesprawiedliwy sposób. Zrobiłem bardzo długą dygresję (czasami wydaje mi się, że moje życie to jedna długa dygresja), chociaż tak naprawdę chciałem napisać o wspomnianym wyżej kocie.

Kiedy pojawił się w domu, był nieufny i wszystkich drapał. To zachowanie potrafiłem zrozumieć. Później, kiedy nauczył się zlizywać mleko z palców, stał się nieprzyzwoicie przytulający. Przy każdej okazji wskakiwał na kolana i domagał się głaskania.

Robiłem to z dużą radością i miałem z tego wiele przyjemności. Czesałem go dwa razy dziennie i drapałem za uszami zawsze, kiedy Cooper się tego domagał. Zwierzak wiele zmienił w moim życiu, bo niczego nie oczekiwał w zamian. To było nowe doznanie. Nowe, ponieważ przyjemne. Pamiętam ten moment doskonale. Godzina 13.16, ale to nie miało wielkiego znaczenia. Świeciło słońce, ptaki przestały śpiewać z  powodu przeciągającego się upału, i to także nie było istotne. Na kalendarzu w kuchni ciągle trwał dzień poprzedni, i to również nie było ważne. I nagle ten drugi, ten, który jest we mnie, poczuł to coś całym sobą (trudno jest wyjaśnić co, jednak obydwaj wiedzieliśmy, że to jest to). Rozsiadł się w fotelu, zapalił papierosa i nie przeszkadzało mu, że truje się nikotynowym dymem. Coś go dotykało od wewnątrz. Nie chciałem się przyznać, ale to byłem ja. Tak rozpoczęło się nasze nie do końca strawione życie, lecz wspólne życie. Zawsze obok nas były nasze żony, które zakładały pajączki na plecy naszych dzieci, i kiedy chcieliśmy wszyscy odpocząć, słyszeliśmy z pokoju obok cichutkie piii, piii, piii.

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała