„Spośród cielesnych zatrudnień [zwalczających melancholię] Galen zalecał ludum parvae pilae, czyli grę z piłeczką, która uskuteczniana czy to przy pomocy samych dłoni, czy też rakietek, zarówno na tenisowym korcie, jak i gdziekolwiek indziej, potrafi stymulować każdą część ciała, poczyniając wiele dobra bez wywoływania nadmiernej potliwości”.
Robert Burton, Anatomia melancholii
„Chwilami owa rewolucyjna dramaturgia zaprogramowana jest niczym mecz tenisowy”.
John Bryant, „Moby Dick” jako rewolucja (przeł. A. Lipszyc)W latach 80. wieku XX, kiedy rozpoczynała się długa i mroczna epoka brawurowego upadku polskiego tenisa ziemnego, należałem – wraz z niewielką grupą podobnych sobie straceńców wykazujących zbyt wybujałe ambicje i stawiających nadmiernie wygórowane oczekiwania ówczesnej siermiężnej rzeczywistości – do klubu tenisowego mieszczącego się w zaniedbanej części mojego prowincjonalnego miasta, tuż obok niemrawo toczącego swoje wody kanału, do którego, zdarzało się, wpadały nam skierowane w niebo (za sprawą rozpierającej nas nadmiernej siły i niewystarczającej precyzji) drogocenne tenisowe piłeczki. Ich wyławianie, które nieuchronnie przemieniało się w skomplikowane i naznaczone śmiertelnym niebezpieczeństwem manewry (któryż rodzic, posyłając dziecko na lekcje tenisa, mógłby obawiać się jego utonięcia? a jednak, takie czyhały tu zagrożenia!), nie było – co może wydawać się dziwne – największą niedogodnością. Ta bowiem przychodziła zimą. Nasz klub tenisowy, podobnie jak inne prowincjonalne towarzystwa krzewienia kultury fizycznej, nie znał jeszcze wynalazku krytych kortów, które teraz wyrastają przy byle…