Subskrybuj
David Foster Wallace w czerwcu 2006 r. fot. Leemage / AFP / East News
Pisarz i tłumacz (z angielskiego i czeskiego). Ostatnio opublikował esej Pokolenie wyżu depresyjnego (2019) oraz przekłady Anatomii melancholii Roberta Burtona (2020, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia 2021) i Pożegnania z biblioteką Alberto Manguela (2022)

Długi mecz Davida Fostera Wallace’a

Był jednym z wielu, jednym z setek, jak nie tysięcy, tych uwiedzionych literaturą biedaków albo tylko: obiboków, którzy każdego semestru mozolnie kształcili się na pisarzy, i chociaż był studentem wyróżniającym się, to wszystko naprawdę nie musiało się skończyć sukcesem.

„Spośród cielesnych zatrudnień [zwalczających melancholię] Galen zalecał ludum parvae pilae, czyli grę z piłeczką, która uskuteczniana czy to przy pomocy samych dłoni, czy też rakietek, zarówno na tenisowym korcie, jak i gdziekolwiek indziej, potrafi stymulować każdą część ciała, poczyniając wiele dobra bez wywoływania nadmiernej potliwości”.

Robert Burton, Anatomia melancholii

 

„Chwilami owa rewolucyjna dramaturgia zaprogramowana jest niczym mecz tenisowy”.

John Bryant, „Moby Dick” jako rewolucja (przeł. A. Lipszyc)

 

W latach 80. wieku XX, kiedy rozpoczynała się długa i mroczna epoka brawurowego upadku polskiego tenisa ziemnego, należałem – wraz z niewielką grupą podobnych sobie straceńców wykazujących zbyt wybujałe ambicje i stawiających nadmiernie wygórowane oczekiwania ówczesnej siermiężnej rzeczywistości – do klubu tenisowego mieszczącego się w zaniedbanej części mojego prowincjonalnego miasta, tuż obok niemrawo toczącego swoje wody kanału, do którego, zdarzało się, wpadały nam skierowane w niebo (za sprawą rozpierającej nas nadmiernej siły i niewystarczającej precyzji) drogocenne tenisowe piłeczki. Ich wyławianie, które nieuchronnie przemieniało się w skomplikowane i naznaczone śmiertelnym niebezpieczeństwem manewry (któryż rodzic, posyłając dziecko na lekcje tenisa, mógłby obawiać się jego utonięcia? a jednak, takie czyhały tu zagrożenia!), nie było – co może wydawać się dziwne – największą niedogodnością. Ta bowiem przychodziła zimą.

Nasz klub tenisowy, podobnie jak inne prowincjonalne towarzystwa krzewienia kultury fizycznej, nie znał jeszcze wynalazku krytych kortów, które teraz wyrastają przy byle szkole podstawowej, i z tej przyczyny oferował nam salę gimnastyczną w położonym nieopodal technikum mechanicznym. Nas, straceńców, było jednak zbyt wielu jak na możliwości jednej sali, dlatego też część ćwiczyła w niewielkich pomieszczeniach, które przystosowane były do zajęć sekcji zapasów, jaka w tej szkole także się, niestety, mieściła. Ćwiczenie tenisa w niewielkich salkach, których podłogi wyłożono matami do zapasów – miękkimi i obciągniętymi łuszczącym się, spękanym i śmierdzącym potem brązowym skajem – było udręką tak oburzającą i skandalem tak absurdalnym, że wywoływało w nas dwa przeciwstawne, lecz uzupełniające się uczucia: bezsilnej wesołości i gniewnej pogardy (wobec barbarzyństwa zapasów, rzecz jasna).

Byłem dzieciakiem. Jedyną literaturą, jaką się wtedy interesowałem, były książki o tenisie. Nie mogłem wiedzieć (a nawet gdybym wiedział, nic by mnie to nie obchodziło – gardziłbym tym co najmniej tak jak zapasami), że w tym samym czasie zaczyna swój długi i fascynujący literacki mecz były tenisista David Foster Wallace. Nie obchodziłoby mnie i to, że niegdysiejszy zapaśnik John Irving wspina się właśnie wówczas na szczyty pisarskiej kariery (obaj, co ciekawe, ekstensywnie o swoich sportowych doświadczeniach pisali), ale dziś, kiedy, zdarza się, czytam już coś innego jednak niż tenisowe poradniki i wspomnienia mistrzów kortów, to – w imieniu tamtego dziecka – wyrażam zadowolenie, że z Wallace’em, a nie Irvingiem dzielę małoletnie nostalgie. I tenisową dumę. I snobizm na finezyjne zagrania. I predylekcję do ryzykownych popisów pod siatką.

0:15

Ten mecz zaczyna się dość niespodziewanie: od asa serwisowego; wydawało się, że Wallace – mimo świetnej koordynacji i doskonałego podrzutu – ćwiczył raczej mało, często ugruntowując tylko błędne nawyki (ten wzrok skierowany wstydliwie w dół! „Na piłkę, patrz na piłkę!” – drze się trener), ale uderzenie ma imponujące (może nie atomowe czy – jak się mówiło w jeszcze przedatomowej erze tenisa – armatnie, lecz raczej, jak przystało na nową epokę, kwantowe). Jak powiedział Yvon Petra: „Każdy serwis jest uderzeniem ofensywnym”.

 To wcale nie było oczywiste. Amerykańskie uniwersytety kształcą w ramach swoich programów kreatywnego pisania tak wielu studentów, że gdyby wszyscy istotnie zostali pisarzami, a tym bardziej: dobrymi pisarzami, to nasz – czytelniczy, ale nie tylko; kulturalny, ale nie wyłącznie – świat zawaliłby się pod swoim własnym ciężarem, rozumianym zarówno metaforycznie (moż­liwości produkcji i recepcji książek, wydolność obiegu myśli i idei), jak i najzupełniej dosłownie (masa papieru). David Foster Wallace był jednym z wielu, jednym z setek, jak nie tysięcy, tych uwiedzionych literaturą biedaków albo tylko: obiboków, którzy każdego semestru mozolnie kształcili się na pisarzy, i chociaż był studentem wyróżniającym się, to wszystko naprawdę nie musiało się tak skończyć. Nie musiało, ale jednak się skończyło (czyli może jednak musiało?).

Geniusz? Tego groźnego słowa nie dało się tu uniknąć. Leci w naszą stronę ten odbezpieczony granat. A kiedy się tylko pojawia, zaczyna siać popłoch, wywołuje natychmiastowe zamieszanie. Uwaga: leci geniusz!

Wallace zadebiutował osobliwie, bo książką, którą – jako jeden z tej nieprzeliczonej szarańczy akademickich adeptów pisarstwa – przedstawił jako swoją pracę dyplomową, co w żadnym razie niczym dziwnym nie jest: tak to się na studiach kreatywnego pisania właśnie odbywa. Osobliwość debiutu nie tkwi w trybie jego powstania, ale bierze się z jego incydentalności – nic (i nie myślę tu o znakach na niebie i ziemi, ale o zwykłym, najbanalniejszym cyklu publikacji prasowych na przykład) tej książki – takiej książki! – nie zapowiadało. The Broom of the System (Miotła dla organizmu) pojawia się nagle, znienacka, niespodzianie, znikąd, ex nihilo. Z tekstów sprzed tej powieści – a jest to powieść zupełnie solidna, bez mała 500-stronicowa – znamy jeden tylko: ni to fantastyczny, ni to quasi-autobiograficzny The Planet Trillaphon as It Stands in Relation to the Bad Thing (Usytuowanie planety Trillafon względem Straszności[i]), i to wyłącznie dzięki temu, że łaskawie usłużni redaktorzy antologii The David Foster Wallace Reader zdecydowali się go tam umieścić, jako że nie wszedł on do żadnego ze zbiorów Wallace’owskich opowiadań.

0:30

Są takie sytuacje na korcie, kiedy sztuka˛ jest nie powtarzać genialnego zagrania. Drugi serwis ma charakter dziecinnie lekki, ale to dlatego, że – jak by to ująć? – jest tu o co powalczyć i na serwisie nie wolno skończyć. Stawkę, samą w sobie dość wysoką, wzmaga jeszcze styl, w jakim się o nią walczy. „Najlepsi taktycy stosują tenis ofensywny na przemian z defensywnym” – twierdził William Tilden (a pewnie wiedział, co mówi, w końcu jest autorem książki The Art of Tennis).

The Broom of the System niezależnie od – trochę wciąż reglamentowanej, ale jednak – sławy (a jest wielu takich, którzy stawiają tę powieść ponad późniejsze swawolne wyczyny autora – choćby jego biograf albo Richard Powers) przynosi Wallace’owi też trochę goryczy, gdyż zapisuje go – niejako równolegle – do innego milieu: Klubu Epigonów Zwietrzałego Wówczas Już Nieco Postmodernizmu (Pod Znakiem Rozbuchanej Metafikcji). Niby nie powinien się dziwić temu przyporządkowaniu, niby nie powinien mieć pretensji, bo w czasach panowania w literaturze amerykańskiej zgrzebnego realizmu i radykalnego minimalizmu wybrał rozmyślnie inną tradycję, a jednak. Kiedy dwa lata po publikacji powieści ukazuje się jego druga książka, zbiór opowiadań Girl With Curious Hair (Dziewczyna o osobliwych włosach), Wallace postanawia powalczyć z owym post-postmodernizmem, do którego, jego zdaniem, najzupełniej niezręcznie go przypisano (jakieś dwa lata później gest ten jeszcze wzmocni publikacją słynnego eseju o związku telewizji i – marniejącej! – literatury E Unibus Pluram, tekstu założycielskiego nurtu Nowej Szczerości, ale proza jest od niego o ileż ciekawsza).

###banner###

Zbiór ten zamyka długie opowiadanie (właściwie nawet: minipowieść) Westward the Course of Empire Takes Its Way (Ku zachodowi zwraca się imperium w swej wędrówce), które dla Wallace’a stanie się na najbliższą dekadę najważniejszym jego tekstem – probierzem artystycznego potencjału, teoretycznoliteracką deklaracją i drogowskazem, co skłania do tego, żeby jego następną książkę, Infinite Jest (Niewyczerpany żart), wywodzić wprost z najważniejszych elementów tej prozy, i zdecydowana większość krytyków, jeżeli nie wszyscy, temu poduszczeniu ulega. Wiele wskazuje na to, że słusznie i z więcej niż satysfakcjonującymi interpretacyjnymi efektami.

Westward… jest metafikcją, która wypowiada wojnę metafikcjonalnej literaturze – to gest wzbudzający szacunek swoją odwagą i pomysłowością, ale jednak skazany, przynajmniej częściowo, na finezyjną porażkę, jaką zwykle ponosi homeopatia. Opowiadanie w osobliwy sposób przepisuje znaną – tym bardziej że tytułową – nowelę Johna Bartha z jego powszechnie uważanego za arcydzielny zbioru Zagubiony w labiryncie śmiechu[ii]. Barthowska proza opowiada historię rodzinnej, corocznej wyprawy do mieszczącego się nad morzem Ocean City odbywanej w celu świętowania Dnia Niepodległości. Na miejscu zaś – w naiwnym sosie miłosno-młodzieńczych dram – dzieje się mniej więcej to, o czym mówi tytuł: główny bohater Ambroży gubi się (gubi się zresztą wielorako) w labiryncie śmiechu, który jest metaforą literatury. Wallace w opowiadaniu pod imieniem Ambroży skrywa samego Johna Bartha, pisarza i profesora fakultetu kreatywnego pisania, ale nie on jest głównym bohaterem tej prozy, choć stanowi przecież jej główny cel (w sensie: cel, w który jest wymierzony atak prowadzony przy użyciu tego opowiadania). Para głównych bohaterów to studenci tego fakultetu: Mark Nechtr, aspirujący pisarz (i łucznik sportowy, a jakże!), który jednak niczego nie pisze, poszukując innej formuły literatury (innej niż ta, która zdaje się obowiązywać na tym uniwersyteckim kursie?), oraz Drew-Lynn Eberhardt, jego koleżanka z grupy, zapamiętała i nieco nadproduktywna twórczyni postmodernistycznej prozy. Nie jest to jednak powieść uniwersytecka czy campusowa, chociaż akademia była w pierwszym okresie twórczości Wallace’a – czyli do Infinite Jest włącznie – istotnym miejscem akcji. Oś jej – zaryzykujmy – fabuły stanowi uroczy pomysł: oto główni bohaterowie wyruszają, by uczestniczyć w zjeździe wszystkich osób (od biedy nazwać ich by można aktorami), które wystąpiły do tej pory w spotach reklamowych sieci McDonald’s, a ów spęd ma mieć również funkcję promocyjną, jako że właściciel sieci startuje właśnie z nowym biznesowym projektem: otwiera pierwszą z dyskotek sieci Funhouse (tak w Barthowskim oryginale nazywa się labirynt śmiechu) w mieście o wdzięcznej nazwie Collision w stanie Illinois, co (1) nie zapowiada niczego dobrego, lecz (2) pokazuje autorskie ambicje względem tego tekstu („konflikt” – tak się to słowo też tłumaczy: synonim clash – starcia, jak w „clash of the Titans”, starciu Tytanów). Niestety, bohaterowie dość szybko gubią się w tym labi­ryncie Środkowego Zachodu, krainy, z której pochodził Wallace (on jest tu u siebie!).

Sama jednak intryga, chociaż bardzo zabawna, jest mniej istotna – i nie mówię wcale o perspektywie czytelnika, bo na niego czeka tu dużo rozweselającego dobra, ale raczej o głównym celu autora. Dwa elementy są (naj)istotniejsze i oba mają źródło w języku, jakim Wallace pisze, jaki na potrzeby swojej prozy konstruuje.

Jeden to metatekstowe żarty. Taki np.: „Nie zna piekło straszniejszej furii niż ta, którą uosabia chłodno przyjęty postmodernista” (pisze, wykorzystując dość znane przysłowie, biorące swój początek z błędnego cytowania – i tak właśnie, z błędem, utrwalonego w języku – kupletu z XVII-wiecznej sztuki Williama Congreve’a, co jest dowcipem wielopiętrowym i smacznym). Albo taki: „Postmodernizm, jak wiesz, nie kładzie akcentu na akt woli” (przy czym „akt woli” bierze Wallace wprost od Kanta, u którego – skomplikowana to kwestia – wola bywa także odpowiednikiem moralnego prawa, więc takie tu rzeczy w istocie wyciąga się postmodernizmowi). I tak dalej, może nie ad infinitum, ale niemal, powiedzmy językiem matematyki, który był Wallace’owi tak przecież bliski: ta funkcja dąży do nieskończoności.

Drugi to prowokowana przez Wallace’a zmiana trybu lektury. Cała opowieść zaczyna się tak, żebyśmy mogli ją czytać w trybie – fantazyjnego, bo fantazyjnego, może i naznaczonego groteską, ale jednak – realizmu, żeby skończyć w duchu brawurowej alegorezy. Alegoria jest grą o zupełnie inną stawkę, skok pomiędzy początkiem a końcem tej prozy to – tak rekonstruuję zamysł autora – skok pomiędzy pierwszymi Kierkegaardiańskimi stadiami: estetycznym i etycznym. W końcu słowem, nad którym w tym opowiadaniu on wytrząsa się najbardziej, jest: wartość (a może nawet, bo tak raczej mówimy po polsku: wartości). Nie wiem, czy nie ulegam złudzeniu, lecz ta zmiana zaczyna się w momencie, gdy zostaje ogłoszony diaboliczny projekt: „ostatnia reklama” (co należy rozumieć jako reklamę „ostateczną”), w której „życie, prawda, stanie się swoją własną reklamą”, więżąc wszystkich na zawsze w tym labiryncie śmiechu, co nas już prowadzi wprost do tytułowego „żartu” w największej Wallace’owskiej powieści, której centrum również stanowi taka niekończąca się i samoreplikująca rozrywka.

40:30

Seria beznadziejnych strat. Nie idzie nawet o to, że się˛ nie starał, bo starał się bardzo, ale są takie chwile w meczu, kiedy niemożliwa do opanowania słabość naznacza każdy, nawet najbardziej w zamyśle finezyjny, ruch. William Tilden doradzał także: „Nie staraj się za wszelką cenę dążyć do szybkich sukcesów”. Wallace chyba sobie wziął to za bardzo do serca, bo posuwał się w kierunku sukcesu tak mozolnie, że słowo „dążyć” zdaje się tu żałośnie niestosowne.

 Przyjdzie na tę powieść jeszcze trochę poczekać. Trochę to w tym przypadku osiem lat (licząc od publikacji opowiadania, a od jego napisania – nawet więcej). Osiem lat nieprawdopodobnego wprost zamętu. W tej długiej na osiem lat plątaninie życia i pisania, jeżeli tylko przyjrzeć się z bliska i nawet może w tym zmierzwionym kłębku pogrzebać, to znajdzie się tyle wątków, które później splotą się w węzeł zatytułowany Niewyczerpany żart, że nawet najzagorzalszym wrogom krytyki biograficznej wytrąci to z rąk wszystkie argumenty, jednocześnie w ekstazę wprawiając miłośników kursów pisania w rodzaju Dogrzeb się do Własnego Autentycznego Ja w Rok, fanów literackiej autoterapii. Wszystko tu jest: depresja, tenis, uzależnienie od alko i trawy, niemożność pisania i obłędna logorea, pokręcone związki z kobietami i serie – rzeczywistych albo tylko wyobrażonych, nie ma to znaczenia – porażek, upadków i – najzupełniej już realnych – załamań. I wstyd po nich. I miłość. A dokładniej – brak miłości. Jego ówczesna dziewczyna-niedziewczyna (status związku: to skomplikowane) pisarka Mary Karr w swoim trzecim, wydanym już po śmierci Wallace’a, tomie memuarów daje taki obraz: David zapełniający jej skrzynkę na listy spęczniałymi kopertami zawierającymi tasiemcowe, kilometrowe listy, bo w tym logoreicznym stanie słowa spływały mu z długopisu nieprzerwanym strumieniem. To istotny trop: miłość. Miłość i słowa. Trop niekoniecznie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co nam dają algorytmy?