Subskrybuj
Małpa w Yamanouchi
fot. Steven Diaz / Unsplash
Białoruski poeta, prozaik i działacz społeczny. Po polsku ukazały się jego tomy poetyckie: Poczta gołębia (2011) i Pożegnalny gest Zygmunta (2011) oraz powieść Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez (2015). W 2010 r. wystartował w wyborach prezydenckich na Białorusi jako...

Małpa

Myślał o małpie, bo była namalowana na masce jego samochodu. Wszyscy pytali: „Po co ci ta małpa na masce?” – a on nie potrafił odpowiedzieć, choć sam ją namalował.

Dzina lubiła mówić:

„Wielbłąd nosi garby dwa / W życiu wszak nie wszystko gra!”.

Tadzik słuchał i myślał: „A jeśli jeden? Są przecież wielbłądy jednogarbne. I co wtedy? W życiu wszystko gra?”.

W ogóle lubił sobie pomyśleć. Nie o jakichś drobiazgach – jak na przykład czy aspiryna pomaga na ból głowy, czy głowa przestaje boleć sama – ale o życiu.

Trudno mu było wytłumaczyć, jak on o tym życiu myślał. Nie tak jak o aspirynie i głowie, lecz o ich związku. No i o różnych innych związkach. Też nie o byle jakich… jak sąsiada z sąsiadką. Nie. O związku korzeni z liśćmi. Nieba z ziemią. Chwili z wiecznością. Czy choćby kurzu i deszczu, który ten kurz uklepuje…

Życie to nie deszcz ani kurz. I nie sąsiad z sąsiadką.

W takim razie co?

Kręcił tym niebem i ziemią, sąsiadem i sąsiadką, a miał taki dziwny zmysł, że mógł obracać tym, co widział, jak obrazkiem w komputerze. I kurz przesypywał się w deszcz, przez który sąsiad z sąsiadką szli do góry nogami.

Jednak to niczego nie zmieniało i niczego nie wyjaśniało.

Po co to wszystko? No, samo życie i on, Tadzik, w tym życiu? Albo taki wielbłąd. Czy małpa. Po co małpa? Żeby jeść banany? Przecież banany może jeść każdy. Chyba po coś innego… Ale po co

Myślał o małpie, bo była namalowana na masce jego samochodu. Wszyscy pytali: „Po co ci ta małpa na masce?” – a on nie potrafił odpowiedzieć, choć sam ją namalował. Pewnego razu obudził się, przyśniwszy małpę, i namalował taką, jaka mu się przyśniła.

– Dlaczego na samochodzie. Na masce? Tak właśnie ci się przyśniła? – dopytywała Dzina, kiedy się pobrali i wiózł ją na skraj miasta, gdzie wynajął kawalerkę, żeby nie mieszkać z rodzicami. – Jak mogła ci się przyśnić małpa na samochodzie?

A co miało mu się przyśnić? Samochód na małpie?

Tam, na skraju miasta, urodziła im się córeczka, której dali na imię Alesia.

Czemu urodziła się córeczka, a nie syn?… Nie żeby tak bardzo chciał syna, ale czemu? I dlaczego dali jej na imię Alesia, a nie Daria, jak sąsiedzi? Bo tak im przyszło do głowy? Ale dlaczego? To nie aspiryna…

Czasem plątał się w tych myślach i wtedy przestawał myśleć.

– Chodź, zamalujemy tę małpę. Sąsiedzi patrzą i się śmieją – od czasu do czasu czepiała się go żona, lecz on nie zamalował. Niech patrzą i się śmieją, co w tym złego?

– Jak się ona nazywa? – Dzina przywykła wreszcie do małpy. – Patrzymy się na nią codziennie i tylko małpa i małpa.

Nie wiedział, jak się nazywa. Imię małpy mu się nie przyśniło.

Kiedy Alesia trochę podrosła i zaczęła wymawiać pierwsze słowa, zobaczywszy małpę, pokazała na nią paluszkiem i powiedziała: „Dzina”.

– No i proszę – zaśmiała się żona. – Doczekałam się. Ale dlaczego Dzina?

To akurat Tadzik rozumiał. Reszty – nie.

Dlaczego żona się roześmiała, kiedy córka wzięła ją za małpę? Albo na odwrót, wszystko jedno.

Następnego lata Alesia stanęła na nóżki. Nie stawała, nie stawała, a tu raptem stanęła – i poszła! Pobiegła tak, że wybiegła na podwórko, kiedy wracał z pracy – prosto pod koła samochodu. Jechał szybko, bo w pracy go przetrzymali i spieszył się, żeby Dzina czegoś sobie nie pomyślała. Za każdym razem kiedy zostawał dłużej, coś tam sobie myślała. Spieszył się też, żeby jak najszybciej zobaczyć Alesię – i nie zauważył jej! Nie dostrzegł, bo oślepiło go wieczorne słońce odbijające się w cynkowej blasze dachu, i Alesia wybiegła nie z tej strony, z której siedział za kierownicą, i była w takiej trudno zauważalnej szarawożółtej sukience, w której się wcześniej bawiła, i ta sukienka zlewała się z piaskiem w piaskownicy, która również była nie z tej strony, a z tej strony była Dzina, żona, i Dzinę zauważył, jak mógł nie zauważyć, i popatrzył na nią, nie rozumiejąc, dlaczego tak rozpaczliwie podniosła ręce, i w tym momencie… w tym momencie kiedy obrazek przekręcił się w jego oczach jak w komputerze i kiedy zobaczył Alesię, ale ani on, ani żona, ani nikt na podwórku nie mógł już niczego zrobić, małpa skoczyła z maski samochodu i wyciągnęła córeczkę spod kół…

Tłumaczył Jarosław Anders

Autor jest stypendystą Programu Rezydencjalnego Międzynarodowej Sieci Miast Schronienia ICORN – w ramach którego gości obecnie w Instytucie Kultury Willa Decjusza w Krakowie

Artykuł pojawił się w numerze: Odczarowanie Jezusa