Jeśli wpiszemy do Google’a frazę „poeta John Deane”, wyszukiwarka dyskretnie dopytuje, czy nie zaszło nieporozumienie i czy na pewno przedmiotem naszego zainteresowania nie jest angielski poeta epoki baroku John Donne. Jeśli jednak zapewnimy ją, że nie doszło do pomyłki, zorientujemy się szybko, iż ten prawie nieznany w Polsce twórca to w świecie poezji irlandzkiej prawdziwy l’ homme orchestre: przede wszystkim autor kilkunastu tomików poetyckich i również wielu esejów oraz kilku powieści, założyciel organizacji Poetry Ireland, wydawnictwa Dedalus Press oraz ważnego pisma „The Poetry Ireland Review”. Jest też twórcą uhonorowanym licznymi laurami poetyckimi, nagrodami i wyróżnieniami.
Zapewne z chwilowej konfuzji przeglądarki internetowej niewiele wynika oprócz dość oczywistego faktu, że współczesny poeta irlandzki jest mniej znany niż autor Świętych sonetów. Jednak z wielkim Anglikiem sprzed czterech stuleci łączy go np. znaczenie, jakie dla obu poetów ma motyw wyspy. Jej fundamentalna rola w dziele Deane’a ma przede wszystkim podłoże autobiograficzne: poeta urodził się na wyspie Achill, na zachodnim skrawku Irlandii, gdzie ogromne fale Atlantyku co dzień rozbijają się o skaliste wybrzeże, a czasem wdzierają się w głąb lądu. Nic dziwnego, że wyspa – w sensie zarówno dosłownym, jak i metaforycznym – jest w jego poezji regularnie powracającym tematem; pojawia się np. w pięknym wierszu wyznaniu Ty z tomiku The Instruments of Art (2005):
Urodziłem się w morzu i ku morzu ciążę; jestem wyspą rzuconą
pośrodku tej ziemi, ciągniętą na wszystkie strony i podległą pływom;
moje zmysły to ruchome piaski, moja dusza – dryfujące
szczątki wraku. Jestem więźniem czasu, tyś, umiłowany,
wiecznością, prądem w moich głębinach,
moim brzegiem obiecanym. A kiedy się z tobą rozłączam,
zabierając swoje słowa na suche, ogładzone lądy, ciągnie mnie
ku tobie, słodka rozpaczy, podwodna burzo
(tłum. J. Hunia).
Wyspa staje się tu swego rodzaju obiektywnym korelatem sytuacji egzystencjalnej podmiotu, ale też obrazem kondycji ludzkiej per se. Subtelne intertekstualne echa przywołują zarówno wyznanie „niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” św. Augustyna, jak również ufne zapewnienie Johna Donne’a, że żaden człowiek nie jest wyspą. Donne pojawia się także w książce The Outlaw Christ, ciekawym zbiorze esejów na temat roli Chrystusa w twórczości wybranych poetów i myślicieli. Deane opisuje ewolucję tego „poety metafizycznego” od twórcy dowcipnych erotyków wykorzystujących cały arsenał barokowych środków stylistycznych aż do poważnego i poważanego dziekana katedry św. Pawła w Londynie, autora płomiennych homilii oraz przepojonych żarliwą pobożnością wierszy religijnych. Nie ulega więc wątpliwości, iż Donne jest dla Deane’a ważnym poetą, jednak jego miejsce na mapie anglojęzycznej poezji religijnej powinno zostać określone również przez stosunek do innych twórców.
Boska hojność
Pierwszym z nich jest George Herbert, obok Donne’a najwybitniejszy poeta religijny XVII stulecia. To właśnie odkrycie dzieła Herberta przekonało Deane’a o możliwości uprawiania poezji religijnej wolnej od artystycznie przewidywalnej i emocjonalnie banalnej dewocji. I to właśnie z wiersza Herberta Deane zapożyczył frazę „Give Dust a Tongue” („obdarzyć językiem proch” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka), będącą tytułem oryginalnej autobiografii poety; jest to jednocześnie znakomity wstęp do jego twórczości. Deane relacjonuje poszczególne etapy swojego życia w porządku chronologicznym, a większości wydarzeń towarzyszy liryczny komentarz. Książka ta przypomina słynny Bildungsroman innego Irlandczyka, a mianowicie Portret artysty z czasów młodości Jamesa Joyce’a. Również tu śledzimy losy bohatera od wczesnego dzieciństwa oraz jesteśmy świadkami jego duchowego i intelektualnego rozwoju. Inaczej jednak niż u autora Ulissesa, autobiografia Deane’a nie odtwarza paralelnych procesów dorastania autora ani ewolucji języka; prozę irlandzkiego twórcy od samego początku cechuje niezwykła subtelność, a poszczególne wyrazy są starannie dobierane w trosce o to, aby „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Deane zaczyna od opisu radosnego, choć ubogiego dzieciństwa na wyspie Achill, kreśli czułe portrety krewnych i rodziców, następnie opisuje naukę w prowadzonym przez jezuitów internacie (zwłaszcza rozmowy młodego chłopca z nauczycielami przywodzą na myśl konfrontacje małego Stefana Dedalusa z jego preceptorami). W dalszej części Deane wyjaśnia powody, dla których podjął pochopną, jak się później okazało, decyzję o wstąpieniu do nowicjatu w Kilshane, a następnie seminarium duchownego w Kimmage Manor, szczerze opisuje narastające rozterki duchowe i wątpliwości, rosnący opór wobec dusznej atmosfery podszytego doloryzmem i dogmatyczną arogancją katolicyzmu, aż po zrozumienie, że musi opuścić seminarium. Warto przy tym dramatycznym momencie jego biografii na chwilę się zatrzymać.
Od wczesnego dzieciństwa Deane był poddany oddziaływaniu charakterystycznego dla tamtego okresu surowego i ponurego katolicyzmu; wpajano mu obraz Boga jako srogiego władcy, którego trzeba nieustannie prosić o wybaczenie, Boga, który chętnie karze, niechętnie natomiast wybacza. Celną metaforę tego typu pobożności znajdujemy w utworze Pokuta. Wiersz opisuje wspinaczkę na górę Croagh Patrick, na którą irlandzcy katolicy decydowali się w nadziei na odpuszczenie grzechów:
Na dole stawiają, niczym podpisy, swoje buty;
na górze czeka ich Bóg. Z mozołem wspinają się
pochyłością, po której z sykiem prześlizgują się
zacinające deszcze i wiatry. Taszczą ze sobą
ułamki swojego życia, błahe
naruszenia prawa, drobne wykroczenia
i żałosne grzeszki. Lecz ta spotężniała góra
nic sobie nie robi z ich pochodu, z tego pospolitego
handelku łupkiem, opylania jej pomniejszych kamyków.
Kiedy schodzą, z bąblami na stopach i obtartymi
grzechami, ich wina pozostaje niezmazana, a ta czarna
góra panuje nad nimi na tle ciemności
(tłum. J. Hunia).
Częsty w literaturze religijnej motyw wędrówki, pielgrzymki lub wspinaczki zostaje tu wykorzystany do nakreślenia obrazu Boga jako niewzruszonej i niewybaczającej potęgi, która – niczym złowrogi cień – prześladuje świadomość penitenta.
Opisując swoje losy, Deane jednocześnie szkicuje trajektorię narastającego sprzeciwu wobec takiego rozumienia wiary. Młody seminarzysta zaczyna powoli uświadamiać sobie, że formacja umysłowa, w której jest od dzieciństwa zanurzony, nie tylko nie dopuszcza innych punktów widzenia, ale wyklucza również możliwość kwestionowania jej od wewnątrz, kładąc nacisk na absolutne posłuszeństwo (co Deane określa jako unquestioned and unquestioning belief, czyli przeciwieństwo formuły św. Augustyna o wierze poszukującej zrozumienia). Jego protest budzi duszna atmosfera ówczesnego katolicyzmu, a także jego soteriologiczny egoizm, czyli rozumienie zbawienia przede wszystkim jako gromadzenia duchowych skarbów dla siebie, odwróciwszy się najpierw od grzesznego świata. Decyzja opuszczenia seminarium z kolei wywołuje w nim poczucie winy oraz przekonanie, że zawiódł wszystkich, włącznie z Bogiem. Nie może jednak dłużej trwać w atmosferze klaustrofobicznej dewocji, dla której świat jest przede wszystkim siedliskiem niebezpiecznych pokus. Dla niego świat stworzony jest raczej dowodem nieskończonej miłości Boga.
Jednak miłość tym razem przybrała ludzką postać, a następny rozdział omawianej książki to poruszająca opowieść o kilku latach kruchego szczęścia w małżeństwie. Po odejściu z seminarium Deane poznał Barbarę Sheridan, którą poślubił w 1973 r. Wkrótce okazało się, że jego żona cierpi na agresywną odmianę tocznia, który ujawnił się po urodzeniu córki Laury. Pomimo szybko podjętego leczenia Barbara zmarła w 1980 r. w wieku 37 lat. Dramatyczna relacja o cierpieniu i śmierci najbliższej osoby zajmuje jedynie jeden krótki akapit. Choć czytelnik domyśla się, jak ogromne musiało być cierpienie poety w tamtym okresie, jego głos pozostaje spokojny i niemal pozbawiony emocji, daje się jedynie wyczuć w nim pewną melancholię. Resztę rozdziału zajmuje intymna elegia Zima w Meath. Deane wie, że jedynie wiersz może próbować zmierzyć się z tajemnicą niezawinionego cierpienia bez popadania w banalną przewidywalność konwencjonalnych form wyrażania żałoby. Cykl ten różni się od większości jego utworów ze względu na formalną i metryczną nieregularność, dominację krótkich wersów, brak określonego metrum oraz częste użycie pauzy i ciszy, jak gdyby poecie co chwila rwał się głos ze wzruszenia. Czasem pojedyncze słowo zawisa między strofami:
o świcie
na szybie pojawiają się
imiona zmarłych
piękne
w mrozie nie do odczytania
oddech
im szkodzi
i znikają
(tłum. A. Hołobut).
Jeden z ostatnich rozdziałów wyłamuje się z konwencji autobiografii po to, aby umożliwić autorowi oddanie hołdu Herbertowi jako swojemu mistrzowi. Irlandzki poeta, niczym Podróżnik w Czasie z powieści Wellsa, udaje się swoją toyotą do XVII-wiecznego Bemerton, gdzie zostaje serdecznie przyjęty przez George’a Herberta oraz jego małżonkę Jane. Deane zwierza się ze swoich duchowych rozterek i wątpliwości, a następnie, wzmocniony słowami otuchy oraz wspólną modlitwą, wraca do współczesności. Niezależnie od tego, czy czytelnika przekonuje takie rozwiązanie fabularne, owa podróż w czasie pokazuje kluczową rolę Herberta dla religijności Deane’a. Zwłaszcza utwór Miłość można uznać za swego rodzaju centrum duchowo- -artystyczne wiary poety. Wiersz ten jest dla niego bardzo ważny, gdyż ukazuje możliwość przejścia od pojmowania wiary jako systemu nakazów i zakazów, a Boga jako tyranicznego władcy wymagającego bezwzględnego posłuszeństwa, do religii opartej na wzajemnej miłości Stwórcy i stworzenia. Utwór ukazuje skruszonego grzesznika, obsesyjnie rozmyślającego nad własną ułomnością, którego opór zostaje stopniowo przezwyciężony przez spersonifikowaną miłość. Grzesznik nie przestaje być grzesznikiem, lecz zaczyna rozumieć, że boska hojność jest darem, który należy zaakceptować pomimo własnej niedoskonałości: „»Oto czeka posiłek«, rzekła, »siądź za stołem«. / Siadłszy więc, jeść począłem” (tłum. S. Barańczak). Takie rozumienie relacji Boga i człowieka, podkreślające absolutny wymiar Bożej miłości, ma dla Deane’a fundamentalne znaczenie.
Pochwała zwierząt i roślin
Innym bliskim mu twórcą jest wiktoriański poeta Gerard Manley Hopkins. Rzeczywiście, zbieżności są uderzające; obejmują np. sakramentalne rozumienie roli przyrody, wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa w świecie, pragnienie uchwycenia za pomocą słowa niepowtarzalnej indywidualności każdej formy i stosowanie rozwiązań poetyckich nawiązujących do poezji staroangielskiej. Podobnie jak u Hopkinsa, poezja Deane’a ukazuje olśniewające piękno przyrody jako dar, a jednocześnie drogowskaz, który patrzącego ma zachęcić do poszukiwania nieprzemijającego źródła tego piękna. Wiersze Irlandczyka często przybierają podobną strukturę co wiersze Hopkinsa, zwłaszcza cykl ekstatycznych sonetów napisanych przez wiktoriańskiego jezuitę podczas jego studiów teologicznych w Walii. Pierwszą część utworu wypełnia liryczny opis danego stworzenia lub miejsca, który jest jednocześnie próbą uchwycenia jego unikatowego inscape, a w drugiej części poeta zakotwicza przedmiot opisu w kontekście teologicznym. Obaj dochodzą do podobnych wniosków: relatywne piękno stworzenia ma uświadomić patrzącemu absolutne piękno Stworzyciela. Jak pisze Hopkins w wierszu Pstre piękno: „On wciąż początek daje, Ten, czyje piękno jest wieczne: / Jemu niech będą dzięki” (tłum. S. Barańczak). Poza tym u obu poetów estetyczne zderzenie z cudownością przyrody może być potraktowane jako sui generis sakrament umożliwiający wyzwalanie się od ograniczeń i uzurpacji własnego ego. W wierszu o wymownym tytule Upominek odnajdujemy intertekstualne echa sonetu Hopkinsa I ważek wartkie wrzenia oraz opis doświadczenia tytułowego daru zbawiennej epifanii, jaką oferuje patrzącemu wspaniałość przyrody: „Czaiłeś się i taiłeś, z dala / od sakramentu i hostii, zgaszony / drążeniem własnego ja. Żałosny. Błagaj / o łaskę w tym świętym widzeniu, niech wstrząs / tym, co piękne, na chwilę nada / inny bieg wsobnym myślom” (tłum. A. Hołobut).
Częściej niż u Hopkinsa znajdziemy w twórczości Deane’a olśniewające (i nieco onieśmielające) katalogi nazw roślin i zwierząt. Mają one podkreślić to, że każde stworzenie zasługuje na naszą onomastyczną (mówiąc ściśle – fitonimiczną i zoonimiczną) uwagę. Deane wziął sobie do serca pouczenie Hopkinsa: „wszelka rzecz tego świata czyni to jedynie / wydziela z siebie wnętrze swe, tkwiąc w nim jak w domu; / Trwa sama w sobie – i swe ja rzuca nam do nóg, / Krzycząc Po tom powstała: by być tym, co czynię w sobie” (tłum. S. Barańczak). Aby to „wydzielanie z siebie” mogło wyraźnie wybrzmieć, potrzebne są skierowane na daną rzecz czułość oraz uwaga, które winny również obejmować znajomość jej właściwego imienia. W ten sposób nadanie odpowiedniej nazwy czemuś staje się gestem wyodrębnienia niepowtarzalnej indywidualności rzeczy oraz hymnem pochwalnym na cześć jej istnienia. Ta pasja wyliczania, nazywania i opisywania wypływa z pragnienia afirmowania rzeczywistości. Deane – podobnie jak Gerard Hopkins i Czesław Miłosz – odczuwa potrzebę „pochwalania rzeczy, dlatego że są”. Dodajmy na marginesie, że te entuzjastyczne litanie stworzeń wszelakich pokazują, iż obca jest irlandzkiemu poecie postmodernistyczna podejrzliwość zrywająca mosty wiodące od języka do świata; dla niego język to klucz otwierający przed nami wspaniałość rzeczywistości, a nie jałowa logorea znaków oddzielonych od świata przepaścią nie do pokonania. Wierzy on, że odpowiednio dobrane słowa mogą być echem Słowa i mogą do niego prowadzić.
W autobiografii Give Dust a Tongue poeta przyznaje, że przez wiele lat odczuwał niechęć wobec poezji, którą przezwyciężyło dopiero odkrycie wierszy wiktoriańskiego jezuity: „(…) Hopkins przełamał mój opór i to właśnie ten wielki smok przyczajony w bramie, Katastrofa statku »Deutschland« [nawiązanie do wstępu do pierwszego wydania poezji Hopkinsa, w którym wiktoriański poeta Robert Bridges opisuje w ten sposób długą odę Hopkinsa ze względu na jej wyjątkową nieprzejrzystość, radząc czytelnikowi ominąć tego »smoka« i przejść do lektury bardziej przystępnych wierszy – przyp. P.M.], w końcu wprowadził poezję do mojego serca i duszy”. Deane nazywa wręcz odkrycie poezji Hopkinsa momentem poetyckiego nawrócenia, w którym niechętny poezji Szaweł zamienia się w Pawła. Przyznaje jednak, że w jego przypadku droga do serca wiodła raczej przez ucho, a nie umysł, jako że w większym stopniu niż enigmatyczne nieraz znaczenie zachwyciła go muzyka poezji Hopkinsa.
Teologia ryzykownych tematów
Zapewne żaden współczesny twórca poezji na Zielonej Wyspie nie może uwolnić się od wpływu najwybitniejszego poety irlandzkiego II poł. XX w., czyli Seamusa Heaneya. Nie inaczej jest w przypadku Deane’a; nie odnajdziemy jednak w jego postawie żadnego śladu słynnego „lęku przed wpływem”, lecz uczucie wdzięczności i świadomość powinowactwa. Jeśli chodzi o sferę wyborów czysto artystycznych, chyba najbardziej z autorem Śmierci naturalisty łączy go motyw powrotu do dzieciństwa; u obu poetów zdarzenia sprzed lat okazują się mieć charakter doświadczeń źródłowych, które rzutują na ich dalsze losy. Podobnie jak u Heaneya, w dziele Deane’a znajdujemy wiersze, w których autor przenosi się w wyobraźni do czasów dzieciństwa. Niekiedy są to krótkie scenki rodzajowe lub czułe portrety przyjaciół i rodziny, najczęściej jednak wspomnienie opatrzone jest refleksyjnym komentarzem, w którym dorosły mężczyzna dostrzega w wypadkach sprzed lat niejasne wówczas zapowiedzi późniejszych losów i decyzji. Kolejna paralela to oparcie poezji na częstym użyciu rzeczowników „twardych”, jednosylabowych, wywodzących się etymologicznie z języka poezji staroangielskiej i określających konkretne przedmioty i czynności. Dotyczy to zwłaszcza początkowej fazy twórczości obu poetów.
Ostatnim, nieco dalszym, artystycznym krewnym Deana jest ksiądz poeta Roland Stuart Thomas. Z Walijczykiem łączy Deane’a przede wszystkim sam fakt pisania poezji religijnej, co skazuje ich obu na banicję na pustawe rubieże życia literackiego. Obaj uznają, że warto tę cenę zapłacić w zamian za możliwość stworzenia w poezji przestrzeni, w której można zadać pytania o to, co najważniejsze. Być może jednak bardziej rzucają się w oczy różnice. Wydaje się, że Thomas częściej traktuje wiersz jako pole nieskrępowanej eksploracji filozoficzno-teologicznej, które powinno pozostać wolne od wszelkich nacisków ortodoksji; w niektórych wierszach Deane’a z kolei można dostrzec to, co język angielski określa jako agenda – chęć uzasadnienia prawdziwości określonego punktu widzenia lub prawdy wiary. Thomas otwiera się w wierszu na możliwość błądzenia bez znalezienia odpowiedzi, podczas gdy utwory Deane wykazują wyraźniejsze poczucie kierunku. Walijczyk nie stroni od ironii rozumianej jako możliwość odseparowania głosu podmiotu wiersza od głosu jego twórcy. W rezultacie podmiot liryczny jego utworów niejednokrotnie dryfuje na pozycje agnostyczne lub nawet ateistyczne, Deane z kolei przemawia prawie zawsze na serio i we własnym imieniu. Różni ich też podejście do poetyckiej materii wiersza. Tonacja utworów Thomasa jest zazwyczaj bardziej wstrzemięźliwa i ascetyczna, poeta oszczędnie operuje metaforą oraz środkami stylistycznymi (z wyjątkiem ulubionej przerzutni), Deane z kolei spontanicznie wpada w ton ekstatyczny i inkantacyjny, chętnie wykorzystując tzw. uporządkowanie naddane, czyli tę cechę mowy wiązanej, która w najbardziej wyraźny sposób odróżnia ją od prozy.
Deane najbardziej przypomina walijskiego księdza poetę, kiedy świadomie ogranicza wachlarz środków stylistycznych oraz podejmuje teologicznie ryzykowne tematy. Na przykład w rozważaniach na temat natury Chrystusa w wierszu Chrystus, z miejskim lisem możemy usłyszeć tak charakterystyczne dla Thomasa staccato i wyczuć niepokój ciemnych strof jego poezji. W tym utworze Deane nie przywiązuje większej wagi do wąskich formuł tradycyjnych dogmatów chrystologicznych z pierwszych wieków chrześcijaństwa i chętnie zapuszcza się na obszary, na których oficjalne nauczanie Kościoła umieszcza ostrzegawczy napis – hic sunt leones. Można tu wyczuć tak charakterystyczną dla Thomasa chęć wstrząśnięcia ortodoksją:
Od zawsze czekał na nasze pokłony,
prosty, niedorzeczny
niecwany, nielisi, nachalny – co tam chcesz,
człowiek-Bóg, Bóg-człowiek, Chrystus – ale czekał.
Nie przymierzając w dredach, dziewczęcy, z bródką
o modnym sznycie, niewieścimi
palcami wskazuje na doskonałe
serce spętane łańcuchem cierni;
jego zamknięte kształtne wargi
podmawiają nas do bólu
(tłum. A. Hołobut).
Z Walijczykiem łączy Deane’a jednak przekonanie o konieczności przyjęcia postawy bezkompromisowego pacyfizmu oraz bardzo krytyczny stosunek do współczesnej cywilizacji zachodniej, jej ślepej miłości do technologicznych wynalazków, bezlitosnej eksploatacji natury i obsesji na punkcie bogactwa.
Filozoficzni towarzysze
O ile w przypadku wpływów czysto artystycznych można wymienić cały szereg autorów, którym Deane coś zawdzięcza, o tyle na płaszczyźnie inspiracji o charakterze filozoficzno-teologicznym wyróżnić trzeba przede wszystkim jednego myśliciela – Teilharda de Chardina. Deane opisuje chwilę zetknięcia się z jego myślą jako moment epifanicznego olśnienia. Przywiązany do idei wiary poszukującej zrozumienia poeta odkrywa możliwość zupełnie nowego ujęcia relacji transcendencji i immanencji, która wcześniej leżała całkowicie poza horyzontem rozumienia świata młodego seminarzysty.
Nie ma tu potrzeby dorzucania kolejnej cegiełki do ogromnego gmachu komentarzy, jakimi obrosło dzieło francuskiego jezuity. Pozwolę sobie jednak na garść osobistych uwag. Ta fascynacja myślą de Chardina jest dla mnie jednocześnie zrozumiała i niezrozumiała. Jest zrozumiała w kategoriach emocjonalnych: oto umęczony doktrynalną sztywnością katolicyzmu młody człowiek o artystycznej wrażliwości nie tylko spotyka wreszcie myśl, która nie pragnie odwrócić się od materii, ale widzi w niej najdoskonalszy wyraz Bożej obecności w kosmosie, a przy okazji próbuje wejść w sojusz ze współczesną nauką, zamiast wdawać się w niepotrzebne potyczki z nią. De Chardin nie chce wtłoczyć Chrystusa w zaśniedziałe ramy kościelnej doktryny, lecz postrzega Go jako dynamiczną obecność nieustannie kształtującą losy wszechświata przez cały okres jego trwania. Jednocześnie optymistycznie wierzy, że świat zmierzający ku coraz bardziej złożonym formom organizacji dąży do wypełnienia Bożego planu, biegnie ku wyciągniętym ramionom „kosmicznego Chrystusa”. Nietrudno zrozumieć, dlaczego ta niezwykle optymistyczna, dynamiczna, wielobarwna wizja tak bardzo urzekła Deane’a. Dodajmy, iż do dzisiaj poeta pozostaje wierny temu momentowi olśnienia, a kościelny sceptycyzm (by użyć eufemizmu) wobec myśli autora Fenomenu człowieka określa w The Outlaw Christ jako „skandaliczne zaniechanie Kościoła, by otworzyć się na nowe idee, zaakceptować to, co naukowo oczywiste, i rozwinąć chrześcijańską myśl wzdłuż szlaków wytyczonych przez ewolucję”.
Jednocześnie ten entuzjazm jest zadziwiający, gdyż – na co wskazywały rzesze krytyków de Chardina – zbyt łatwo przechodzi do porządku dziennego nad ogromem cierpienia w świecie, prześlizguje się po nim z niepokojącą niefrasobliwością, uznając, iż ból jednostek to cena, jaką trzeba zapłacić za proces ewolucyjnego zbliżania się stworzenia do punktu Omega. Dziwi to, że Deane, który w swojej twórczości z taką uwagą pochyla się nad mysterium iniquitatis, tajemnicą zła, tak łatwo zgadza się na warunki uczestnictwa w takiej transakcji.
Przykłady wyczulenia poety na problem powszechności niewinnego cierpienia można znaleźć w każdym tomiku jego poezji. Czasami cierpienie to dotyka go w dramatycznie bezpośredni sposób. Przywołana wcześniej elegia Zima w Meath jest żałobną medytacją nad przedwczesną śmiercią jego żony, niestety, choroba naznaczyła również życie jednej z córek poety. W trzeciej części wiersza Chrystus, z miejskim lisem czytamy:
Usłyszałem córkę, jak krzyczy
z bólu na szpitalnym łóżku,
wzrok wbiła tam, gdzie stałem
porażony cierpieniem;
wykrochmalona pościel, nocne lampki i potyczki
głuche westchnienia bólu,
tunele korytarzy, na końcu których ciało
opiera się sine o kość
(tłum. A. Hołobut).
Deane nie pozostaje też obojętny na ogrom cierpienia w świecie zwierzęcym. W wierszu To Market, to Market (Na targ, na targ), który opisuje zaganianie krów do ubojni, poeta pyta wprost: „A co z nieodkupionym cierpieniem? A co z cierpieniem bez odkupienia?”. Gdyby jednak szukać odpowiedzi na to pozornie retoryczne pytanie w eseistyce samego poety, można by przywołać następujący fragment: „Wiemy, że bez śmierci nie może rozpocząć się nowe życie, a ewolucja opiera się na śmierci. Nie należy zatem traktować śmierci jako procesu rozpadu materii, lecz jako przekształcanie jej w energię”. Zbyt gładkie to formuły, zbyt gładkie i rozmijające się zupełnie z duchem chrześcijaństwa, które głosi przecież zasadniczą nieśmiertelność każdej jednostki (o czym pięknie pisze Hopkins w wierszu Że przyroda jest heraklitejskim ogniem i o pociesze Zmartwychwstania). Tak czy inaczej, sprzeczności pozostają.
Ważną postacią jest dla Deane’a również Simone Weil, której poświęcił jeden z rozdziałów The Outlaw Christ. Poeta docenia przede wszystkim niezwykłą odwagę francuskiej filozofki, jej bezkompromisową wierność wyznawanym ideałom oraz ogromną przenikliwość. Odrzuca jednak jej nadmierny radykalizm, program „dekreacji”, a więc przekonanie, że jednostkowe „ja” jest niejako zabraniem życiowej przestrzeni Bogu i powołaniem człowieka jest stopniowe wygaszenie „ja” poprzez naśladowanie kenotycznego samoogołocenia Chrystusa na krzyżu. Dla Deane’a modelem stosunków między Bogiem i człowiekiem jest gest zaproszenia na ucztę opisany w przywołanym wcześniej wierszu Herberta, dla Simone Weil jest to gest zwrócenia Bogu daru bycia, jakim nas obdarzył. Tak różne obrazy relacji między Bogiem i człowiekiem są oczywiście nie do pogodzenia. Wiersz Skandal można chyba odczytać jako polemikę z przesadnym ascetyzmem francuskiej myślicielki, zwłaszcza że odnajdujemy w nim pojęcie grawitacji w znaczeniu, jakie nadała mu Simone Weil: „Jedno, co pewne, to / nakazy grawitacji / wyrywanie się duszy do lotu” (tłum. J. Hunia). Nie ulega jednak wątpliwości, że ta niezwykła postać go fascynuje i wiele jej zawdzięcza.
***
John F. Deane jest w Polsce poetą mało znanym. Na szczęście opublikowany niedawno przez Wydawnictwo Znak wybór jego wierszy pt. Kości słonych wód ma szansę zmienić ten stan rzeczy. Pracę obu tłumaczy należy ocenić bardzo wysoko, a posłowie Justyna Huni może służyć jako znakomity wstęp do lektury wierszy irlandzkiego poety. Miejmy nadzieję, że niebawem jego dzieło znajdzie miejsce na półkach polskich miłośników poezji obok tomików innych mistrzów mowy wiązanej z Zielonej Wyspy.
John F. Deane Kości słonych wód. Wiersze wybrane tłum. Justyn Hunia, Agata Hołobut, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022