Look for the girl with the sun in her eyes
And she’s gone
(Lucy in the Sky with Diamonds)
Nigdzie nie jadę, pomyślałam dziś rano, stojąc przed lustrem i popijając tabletkę kranówką cieknącą z łódki dłoni. Pomyślałam raczej bez żalu – bałam się. Nagle. Choć przecież wcześniej cieszyłam się na to spotkanie. Rozmowy, opowieści, co u mnie, co u ciebie, poza tym, co widać na Fejsie.
Ciekawość, pierwszy stopień gdzieś tam.
W dodatku zamierzałam się podobać, a chłodne lustro pokazywało, co pokazywało. Szara cera i cienie pod oczami po krótkiej, upalnej nocy, porannym bólu głowy, przez który straciłam kształty i proporcje. Efekt napięć, nie inaczej.
Ale się jednak zebrałam.
*
Moje życie? Dziwne pytanie.
Jest jak film z ładnymi zdjęciami, za to scenariusz ma dość banalny. I z pewnością za długi – wszyscy w mojej rodzinie umierają w wieku prawie stu lat. Oprócz tych z nałogami: ci żyją znacznie krócej, ale to nie mój przypadek.
Codziennie w drodze do pracy mijam akademię muzyczną, adepci pilnie ćwiczą, najczęściej pianino lub skrzypce, czasem trąbka, od murów odbijają się dźwięki, jest rano, zazwyczaj chłodno lub zimno, bo lubię się ubrać za cienko (jasne, tak samo miałam w liceum), miasto wygląda jak wycięte z albumu: stylowe elewacje, kolory prawie jak w sepii, nie to co w tej naszej mieścinie, wszystko w jaskrawej zieleni, bladym różu, niebieskich pastelach (jak można pomalować tak Rynek?), a ja mam poczucie odrealnienia.
Jest za ładnie, za gładko, za czysto.
Poranki to tylko przykład.
Dom, praca, weekendy, wieczory. Zachody słońca z balkonu. Gwiazdy.
Oglądam świat trochę z boku, jak film, w którym gram jakąś rolę. Jestem niezłą aktorką, kino jest niezaangażowane, dźwięk dobry, obraz aż za ostry, efektów brak. Amant bardzo przystojny, ja też niczego sobie. Taki powolny romans.
Sama się w nim obsadziłam?
Być może.
*
Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Początek roku, nowa szkoła, msza na otwarcie.
Siedziałam na murku przed katedrą, bo nie chciało mi się wchodzić do środka. Byłam w granatowej sukience kupionej dwa, może trzy lata wcześniej, z dużym białym kołnierzem. Miałam skórzaną torebkę po matce, wiesz, taką góralską, w tłoczone kwiatki. I lakierki.
Ojciec kazał mi się tak ubrać.
Czułam się jak pensjonarka, dziewucha z przedmieścia wśród ludzi w stylowych ciuchach. Wtedy na topie były rozpinane spódnice do ziemi i obcisłe góry, a ja w przykrótkiej sukience, z za szerokimi kolanami wystawionymi na widok publiczny. Porażka już na wejściu.
I wtedy przyszłaś ty, w ciemnych spodniach i rozchełstanej koszuli narzuconej na biały T-shirt. Jak wcielenie wolności i buntu. Przemknęło mi przez głowę, że jesteś piękna.
Usiadłaś naprzeciwko i utkwiłaś we mnie spojrzenie. Na całą długą godzinę.
Pomyślałam, że bardzo bym chciała, żebyś była w jakiejś innej klasie. Byle nie w mojej.
I co?
Tymczasem dwadzieścia lat minęło jak letnia noc – jak ta: zobaczysz, zaraz się skończy.
Jak ten zjazd absolwentów, z którego się urwałyśmy. W parku lepsze powietrze.
Naprawdę chcesz słuchać o mnie?
*
Patrzę czasami w lustro i myślę, że jestem stara. Nie z twarzy – raczej z oczu. że lato już – jak?, gdzie?, kiedy? – się we mnie przełamało, nim się na dobre zaczęło.
Pamiętasz, skąd to?
Kupiłam sobie tę książkę, niewielki zbiór opowiadań, po tym jak się dostałam na studia. Pojechałam wtedy nad morze. Do tej samej wioski, w której byłyśmy razem po trzeciej klasie. Niezapomniany obóz, właściwie pole namiotowe.
Chłopy – zabawna nazwa dla miejscowości. Kto takie wymyśla?
Czasami jeżdżę tam z rodziną. Na tydzień, na dłużej się nie da – zawsze wieje, jest przejmująco zimno, dziecko łapie katar i tyle z wypoczynku. Korzyść taka, że nawdycha się jodu.
I te plaże. Przestrzeń. Widoki. Latarnia morska w pobliżu.
Zawsze w trakcie wysyłam znajomym filmiki, na których ptaki latają do tyłu, nie mogąc przełamać oporu wiatru. Mewy i albatrosy z wielkimi skrzydłami, nie żadne tam wróble, gołębie. I fale bijące o molo. Nie było go chyba jeszcze w czasach naszych dawnych wakacji.
I kutrów wyciągniętych na plażę też nie pamiętam. Niebieskich, żółtych, czerwonych. Czy wtedy naprawdę wszystko było tak szare jak w moich wspomnieniach?
Teraz widoki jak z obrazka. Nasycone kolory.
Nie wiem tylko, gdzie jest to pole namiotowe. Pewnie zostało zabudowane nowymi domami. Nie szukałam go zresztą. Ale czasem jestem ciekawa.
Tamtego lata po maturze kupiłam więc zbiór opowiadań, a wśród nich Panny z Wilka. To był używany egzemplarz, wyszperany na przydrożnym straganie, zagubiony w stertach papieru. Jedyna ciekawa rzecz, jaką można było tam znaleźć, wśród romansów i kryminałów. Bardzo chciałam nadrobić wszystkie zaległości, pominięte lektury, klasykę porzucaną w połowie. Byłam pełna entuzjazmu – czułam, że polonistyka to jest to. Ale nie była. Prawie zabiła we mnie radość czytania. Najbardziej lubiłam gramatykę opisową, i historyczną także. Język staro-cerkiewno-słowiański. Łacinę – do dzisiaj pamiętam wiersze, te z liceum i te z lektoratu. Catullus V, takie tam.
Śmieszną mam teraz pensję. Dobrze, że mąż przy kasie.
A do kryminałów nic nie mam – mówię, by była jasność. Od kilku lat czytam tylko je. I książki dla dzieci, pewnie. Dla Małej i dla siebie.
Tak, lato się we mnie przełamało. Jak wafelek. Jak rzeka Jangcy, w trzech miejscach. Gadam już trochę od rzeczy. Albo nadal.
Za dużo wina, wybacz.
*
Więc patrzę czasami w lustro i myślę, że czas łagodnie obszedł się z moją twarzą. Jest nieźle, przynajmniej na razie. Palić przestałam na studiach, a kiedy poszłam do pierwszej pracy, zaczęłam kupować dobre kremy. Chciałam jak najdłużej być ładna, spowolnić upływ lat, zatrzeć ślady.
Uroda: myślę, że kiedyś – niedługo? – trudno będzie się zmierzyć z tą stratą. Zawsze uważałam, że to mój jedyny kapitał, główny atut. Mój ojciec tak mawiał: jesteś ładna, to najważniejsze – i tego nie zmarnuj. To cię ustawi w życiu. Bo co innego?
Uwierzyłam i korzystałam.
A trzy przełomy lata?
Najpierw przestałam panować nad strukturą czasu, porządkowanego wcześniej przez szkołę, roczniki, klasy. Później się rozlał, jakby wystąpił z brzegów. Szeroką strugą zagarniał tygodnie, miesiące. Dwa grudnie w jednym roku? Trzy maje? Bardzo proszę.
Potem urodziłam dziecko i znowu zaczęłam ogarniać chronologie, mierzone latami jej życia: pierwszy rok, drugi, niedawno zaczął się kolejny. A wszystkie rozmyte, blade, cienkie jak półprocentowe mleko.
Opowiem ci potem, jeśli nie zapomnę, o dniu jej narodzin.
I śmierć ojca, następny przełom. Dobry chłopak był i mało pił, powiedziała o nim matka po pogrzebie, a wszyscy wbili wzrok w ziemię. Jakikolwiek by jednak był, poczułam się jak sierota. Dziwne, prawda? Z trzecim krzyżykiem na karku, ale zawsze. Półsierota właściwie, tyle że z matką nigdy nie miałam ciepłego kontaktu.
Wesoła z niej teraz wdówka.
A ojciec czasami potrafił.
Trzeci przełom? Do niedawna myślałam, że teraz, że nic mnie nie czeka nowego. A w tej chwili sama już nie wiem.
Masz uda jak poduszka. Zawsze miałaś. Ortopedyczna co prawda, ale lepsze to niż twarda ławka. Lubiłam kłaść na nich głowę w sytuacjach takich jak ta. Bo ja nie udawałam, że piję te wina po szkole, wiesz. Ja je piłam naprawdę. Prawdopodobnie za dwie, przyznaj. Zwykle na pusty żołądek. I za dwie źle się czułam potem.
Szkoda, że dzisiaj także niewiele zjadłam. Byłabym w lepszej formie. Za to mniej bym gadała. No i jutro znów będzie szansa stać się Alicją w Krainie Czarów – te moje migreny z aurą i iluzjami postrzegania ciała. Pamiętasz? Alicja pije z butelki ze słowami „wypij mnie” na etykiecie i się kurczy. Potem zjada ciastko z napisem „zjedz mnie” i rośnie. I tak parę razy. Mam podobnie, tylko bez magii – jak dziś rano.
A jeszcze ławka pachnie świeżą farbą.
Jutro będę się martwić. A teraz popatrzę na niebo z diamentami. Poczuję się znowu mała. Jak wtedy gdy stawałam wieczorem na balkonie i chciałam zostać pilotem.
Potem się okazało, że mam lęk wysokości.
*
Kiedy zrobiłam coś nie tak, sadzali mnie na lodówce. Pamiętasz? Lubiłam wymyślać takie opowieści. Było w nich trochę prawdy – raz mniej, a raz więcej, zależało od wersji. Też nie umiałam mówić wprost o pewnych rzeczach. Ty milczałaś, ja fantazjowałam.
Wymiar kary był zmienny: do godziny, okrągłej, bez względu na to, o której start. Stawiali talerz z bezami na stole obok. Jedzenie za karę, w nagrodę, jedzenie jako próba – kto to odróżni?
Bezy raz były białe, a innym razem różowe. Czasem formowane wyciskaczem do kremów w finezyjne kształty, częściej pacnięte niedbale. Tak czy inaczej: mój przysmak, choć wtedy wchodziło mi wszystko – prawie jak tobie potem szkolne przedmioty.
A moje przewinienia były raczej niewielkie. Naprawdę drobiazgi: kiedyś zjadłam na raz wszystkie kukułki z paczki, tego typu kaliber. Wtedy ojciec powiedział, że za karę złapie tyle kukułek – ptaków – ile było cukierków, i będę je jadła – z dziobami, piórami, nogami.
Od pokoleń tak jemy, dodał. Dlatego wyrastamy na ludzi.
A że żadnej nie złapał – wierzyłam w każde słowo – posadził mnie na lodówce. Tak to się zaczęło.
Gdy byłam nastolatką – to już cała prawda – spędzaliśmy razem długie godziny w garażu, gdzie był jedyny odtwarzacz. Ojciec uczył mnie słuchać rocka, jazzu i czuć bluesa. Jedliśmy paluszki. Ray Charles do dzisiaj śmierdzi mi benzyną, Beatlesi powodują słoną suchość w ustach.
Tak dzięki ojcu prawie zostałam synestetką.
A może zaśpiewamy? Skoro jesteśmy pijane, ja pierwszy raz od lat.
Te popołudnia w parku, jak wtedy w trzeciej klasie, gdy czytałam ci w krzakach Mistrza i Małgorzatę, a ty drżałaś, że twoja matka przyłapie nas razem, w dodatku na wagarach, choć przecież pracowała w odległej części miasta – pamiętasz je? W zamian za kolejne rozdziały śpiewałaś wybrane kawałki, angielskie teksty miałaś wykute na blachę – nic zresztą wtedy z nich nie rozumiałam. A twój głos był zaskakująco wysoki i jasny, lekki jak deser, pucharek z owocami.
Poza tym i tak ciągle nucisz Lucy in the Sky… Której wciąż nie rozumiem i chyba tak ma być.
*
„Dojrzałość” – to słowo powinno być zakazane. Człowiek nie arbuz. Choć z wiekiem coraz trudniej utrzymać dawne kształty. To nie iluzja, a szkoda.
Ciągle do tego wracam, wiem. I często o tym myślę. Też tak masz?
Właściwie nie musisz odpowiadać, bo dobrze wiem, co powiesz: życie zaczyna się wtedy, kiedy ci się podoba, po trzydziestce, czterdziestce i tak dalej. Przecież jesteś królową – tak wyglądałaś kiedyś i wciąż to w tobie widzę. Nawet jeśli to gra, to bardzo udana: twoja pewność siebie była jak parasol, pod którym się chowałam.
I zawsze wiedziałaś, co zrobić, a czego unikać, żeby dobrze wypaść. Byłaś jak pani dobrze zarządzanej planety. Takiej niewielkiej, coś jak z Małego Księcia. Jest w tej książce taki obrazek: król w gronostajach siedzi na tronie, patrzy w dal. U jego stóp rozciąga się planeta trzysta ileś tam. Nie znosiłam tej bajki, powiastki, zwał jak zwał – zewsząd sypano cytatami stamtąd, o oswajaniu, narysuj mi baranka. No i król chyba nie był za fajny, więc wybacz porównanie.
Ale wydawał tylko rozsądne rozkazy.
Za to nie umiałaś się bawić. Nie całkiem, choć się starałaś – za mało było w tobie beztroski, za dużo powagi. Nieadekwatnej, smutnej. Nastolatka, a jakby stara.
Mówisz, że wciąż udawałaś. Czyli pewnie słabo cię znałam, szkoda.
Przepraszam, ale to twoje słowa.
Zresztą – kto wtedy był sobą, niech pierwszy rzuci puszką pepsi.
Jak dziecko masz te dłonie. Za to paznokcie czerwone.
Kiedy się ze mną witałaś, spojrzałam na nie i przemknęło mi przez myśl, że już cię wcale nie znam. Zachciało mi się płakać, nawet ze dwie łzy otarłam. Nigdy się nie malowałaś.
Ładny lakier. Soczysty kolor. Słoneczny. Lato na rękach, lato w głowie, lato za pasem. Babie lato. To jeszcze nie teraz, prawda? To przed jesienią.
A kolor mojej sukienki w dziennym świetle przypomina arbuza. Barwę miąższu. Kupiłam ją specjalnie na tę okazję. Buty miałam do niej zielone, na wysokim obcasie, ale zostały w domu.
Chyba zdejmę te trampki.
*
Zawsze czekałam na początek roku szkolnego. W liceum. W podstawówce siedziałam latem u dziadków na wsi i było fajnie. Kiedy zaczynały żółknąć liście akacji, wpadałam w marazm. Zaraz potem przyjeżdżali po mnie starzy
A licealne wakacje pełne były niepokoju. Tęsknoty?
Tak – tęskniłam za ludźmi ze szkoły. Papierosami w bramie, wagarami w pizzerii, popołudniami w parku. Za twoim rozsądkiem właśnie. Prostymi rozwiązaniami problemów, które miałam. Lekkim lekceważeniem diet, ciuchów i makijaży. Nonszalanckim podejściem do mody i niewymuszonym stylem. I za paroma innymi rzeczami.
Zazwyczaj gdzieś wyjeżdżałaś, rzadko wpadałaś do mnie, a do ciebie nie bardzo się dało. Czułam się obserwowana. Raczej życzliwie, z dystansu, ale nie było to miłe. Moja matka miała gdzieś moich znajomych, więc zainteresowanie twojej wydawało mi się nienaturalne.
I to, że tak cię pilnuje, też.
No i te wszystkie uchwytne różnice w sposobie życia. Książki, które u ciebie stały chyba nawet w komórce z butami i wzdłuż schodów na strych versus nasza domowa graciarnia. Sześćdziesiąt pięć książek na regale w dużym pokoju – miałam je porachowane. Myślałam, że to dużo. I wszędzie stosy gratów. A u ciebie od linijki, sterylnie – to mnie onieśmielało.
Przypomniało mi się w pociągu, którym tutaj jechałam, coś zabawnego: mój ojciec wymyślał brzydkie wyrazy. Najczęściej były kombinacją istniejących słów, zwykle dwóch, trzech.
Nie podpowiadam, nawet nie próbuj zgadnąć.
I dużo powiedzonek ukuł – podkreślających ciężar istnienia. Weszły do mojego języka, choć nie codziennego: czułam, że te emocje nie pasują do młodej dziewczyny. Rzadko ich używałam, ale dość swobodnie, i dopiero na studiach ktoś mi zwrócił uwagę, że dziwnie mówię. Skąd jesteś? – padło przy okazji, a mina pytającego wskazywała na spodziewaną odpowiedź.
Przy tobie tak nie mówiłam. Wstydziłam się. Dbałam o wizerunek, coś w tym stylu. O to, co widziałam codziennie w twoich oczach. I wiedziałam, że to zobowiązuje.
*
Nigdy nie byłam ekspertką od miłości, wiesz. żadnej. Seks ze mną to ciężka praca.
Ale zauważyłam, że albo zachwyca cię druga osoba, albo uwielbiasz zachwyt, który widzisz w jej oczach, kiedy na ciebie patrzy.
I obie opcje są w porządku, tak uważam.
*
Jak dobrze, że nie widziałaś mnie w ciąży. I już nie będzie okazji.
Antyksiężniczka z bajki, prawie sto kilo pączka. Nie mogłam przestać podjadać i puchłam. W dodatku hormony zrobiły ze mnie potwora. A może po prostu czułam, co nadciąga. Nieodwracalność – to trochę przerażające.
Nie płakałam, nie rozczulałam się z byle powodu, za to wciąż byłam zła.
Obrażona. Mąż czytał mi na głos książki i żartował, że jestem jak Moria. Nie święta: raczej jak Khazad- -dûm. Czyli Hobbit, tam i z powrotem, i dalej – jego ulubione powieści – ma nawet, z dawnych czasów, tatuaż z run. Coś o przyjaźni.
Tamtej myśli o Morii właściwie nie rozwinął. Bardziej to czuję, niż wiem, uciął.
Ja za to dobrze wiedziałam, że nigdy stamtąd nie wrócę.
Z dni po urodzeniu Małej pamiętam bezbronność. Biały szpital, żółtą lamperię – tło, w które chciałam się wtopić. I widok na ogród botaniczny, z wybuchającym po krótkiej zimie życiem.
A u mnie zapach lizolu, dziecko w przezroczystym plastiku.
Początki były dziwne: nie umiałam jej karmić, nie umiałam przewijać, ciągle wsłuchiwałam się w oddech. Bałam się, że przestanie oddychać, że umrze mi z głodu, że się odwodni. Nie miałam siły się podnieść, ale ciągle sprawdzałam, czy żyje.
Potem dowiedziałam się o zespole nagłej śmierci łóżeczkowej. Sprawdzałam jeszcze częściej, o ile to możliwe.
Po pojawieniu się dziecka życie, które znasz, przepada na długo. Na zawsze?
Ale i tak masz świadomość, że to najmilsza istota, jaką kiedykolwiek spotkasz. Cokolwiek by ci zabrała. To wszystko jest słodko-gorzkie.
Właściwie wciąż nie umiem o tym mówić.
*
Męża poznałam w Króliczych oczach. Taka knajpa w Krakowie, chyba jeszcze istnieje.
To dobry chłopak. Co mówi o nim moja matka, to się pewnie domyślasz. Tym razem ma rację. Zresztą – to bez znaczenia.
Pamiętam, jak kiedyś rzygałam, wisząc głową nad plastikową miską, w czasach jeszcze przed dzieckiem. On siedział na łóżku, w nogach, trzymając mnie za stopę, jadł bułkę z serem. Przełknął ostatni kęs i wziął się za sprzątanie. Żaden mięsień w twarzy mu nie drgnął.
Obrzydliwe? Ja uważam, że ładne.
Choć mnie nie byłoby stać na coś takiego. O nie.
Czy go kocham po tylu latach? Jasne, że tak.
A zresztą – czym jest miłość? Nic nie mów, żartowałam. To pytanie z kategorii tych z początku tego wieczoru, o szczęście.
*
Pamiętam tamten wyjazd do Chłopów, o którym mówiłyśmy wcześniej. Nie tylko wieczór na plaży i twoją opowieść o tym, że szkło robi się z piasku – nie mogłam w to zresztą uwierzyć. Także dyskotekę, której didżej był fanem Red Hot Chili Peppers, więc wszyscy podpieraliśmy ściany. A potem nocną kąpiel, przebłyskami.
Pamiętam też, że zwiałaś, zanim cokolwiek się stało. Nie rozumiałam dlaczego. Ani nawet do końca tego, co mogło się tam wydarzyć.
Szkoda, wiesz. Wielka, że nie wysłowię – właśnie to do mnie dotarło.
Nie wracałyśmy do tego potem. Zaraz zresztą był wyjazd do domu, a od września nie rozmawiałyśmy. Zaczęłam chodzić z chłopakiem i urwał nam się kontakt.
Właściwie to nasza pierwsza od tamtego czasu rozmowa.
Nieodwracalność: czasami o tym myślę.
To smutne jest, prawda? Czy nie jest? Jak potoczyłoby się wszystko, gdybym podjęła jakieś decyzje po drodze, a zrezygnowała z innych. Albo ty gdybyś podjęła. Choćby wtedy. Wyłączyła matkę-strażniczkę w głowie i tę całą twoją powagę, włączyła inne rzeczy.
Wiem, teraz na ciebie zwalam, że nic się nigdy nie stało, choć mogło być inaczej. Biję się w piersi.
Biłabym się, ale są trochę spuchnięte – niedawno przestałam karmić.
Gubię się w tym wieczorze jak dziecko w hipermarkecie.
Tymczasem jest już pewnie środek nocy, nie wieczór.
*
Wiesz, ja chyba przestałam być dzieckiem dopiero, jak urodziłam własne.
I traktowałam wtedy tę naszą relację w kategoriach przyjaźni: szczerej, prawdziwej, nawet trochę dziecięcej. Tak właśnie o tym myślałam, tak to się nazywało. Tak my to nazywałyśmy: „Zależy mi na tobie” powtarzane sto razy, może tysiąc. Miesięcznie? Tygodniowo? Dziennie? W myślach i na głos? Jak zaklęcie – teraz to wiem.
A przyjaźń – pochłaniałam w podstawówce hurtowo książki dla panien i dziewcząt – to też rodzaj miłości. Ania kochała Dianę, czyż nie? A wyszła za Gilberta.
Wszystko mi się stopiło wtedy w magmę, splątało w kłęby uczuć, których nie umiałam nazwać.
Może byłam za mało bystra?
Ale ty na pewno nie byłaś – mogłaś pociągnąć dalej, dokończyć alfabet, skoro powiedziałaś „a”, zaintonowałaś melodię, którą miałyśmy na ustach przez trzy lata. Bo to ty przecież zaczęłaś. Podeszłaś do mnie wtedy, pierwszego dnia, przedstawiłyśmy się sobie i zażartowałaś, że mamy dziwne imiona i ciuchy inne niż wszyscy, więc musimy trzymać się razem. A ja od razu wiedziałam, że tak ma być. Skoro ty tak powiedziałaś.
Naciągane, wiem – i tak byśmy się przecież poznały. Ta sama klasa. I może nawet wylądowałybyśmy w jednej ławce.
Zresztą – teraz to już przecież nieważne.
*
Księżyc w pełni, przyćmiewa gwiazdy. Nici z diamentów – a ty dalej to nucisz. Prawdę mówiąc, wolę szmaragdy: popatrz na mój pierścionek. Należał do jego babci. Tak głosi oficjalna wersja, w którą udaję, że wierzę – pewnie kupił u jubilera. Nie dociekam.
Nie będę mogła spać. Pełnia mi zwykle przeszkadza. Zresztą – i tak przecież nie śpię. Noc, impreza skończona, a nie chce się wracać do domu.
Nie wracajmy.
Ani nawet nie chce się sprawdzić, która godzina.
Ładnie tu jest, w tym parku. Prawie tak samo jak kiedyś. Tylko rabaty nie były wtedy takie zadbane. Dwa kwiatki na krzyż, głównie bratki. I stokrotki, ale to raczej na trawie. Rzadko koszonej. A teraz – patrz, jakie bogactwo. Nawet nie jestem w stanie większości z tych roślin nazwać.
W świetle dnia wygląda to pewnie jeszcze ładniej. Zwłaszcza jeśli działa fontanna. Choć wątpię – nigdy nie widziałam w niej wody, nawet za starych czasów.
I nie ma naszej dawnej czytelni w krzakach. Była tam, gdzie stoi ta ławka. Wykarczowali część, łyso trochę.
A poza tym chyba bez zmian.
Bez pachnie.
Aha, i tam, gdzie górka, jest teraz duży plac zabaw. Nowoczesny. Bo wcześniej była tylko piaskownica, do której psy się załatwiały. Czasem przychodzę do parku, gdy przyjeżdżam do matki z Małą, ale tu się nie zapuszczamy. Trzymamy się tamtej części: huśtawki, zjeżdżalnie, budka z lodami.
Kiedyś może zaproponuję jej wspólne turlanie się. Powiem, że w czasach szkolnych mama wraz z koleżankami staczała się z górki na czas. Albo uciekała przed ekshibicjonistami, przewracała się i turlała. Bliskie prawdy.
Nie widziałam żadnego od lat. Nie że tutaj – w ogóle. A może po prostu tacy kolesie nie obnażają się przed paniami w naszym wieku.
Pamiętam, jak kiedyś się wściekłaś, bo jeden za nami łaził, i rzuciłaś w niego szklaną butelką. Trafiłaś, zawył jak zwierzę. Oczywiście zwiałyśmy stamtąd, a potem, bo nas ruszyło sumienie, wróciłyśmy sprawdzić, czy gdzieś tu nie leży, martwy. Nie było śladu ciała, krwi na trawie też nie znalazłyśmy, rozsiadłyśmy się więc na ławce, a ten wyskakuje zza krzaków i znowu do nas startuje. Wściekły, wygraża pięściami i krzyczy, że pozabija.
W życiu się tak nie bałam. Miałyśmy takie tempo ucieczki, że udało się wyhamować dopiero na Rynku. A później przez kwadrans sapałyśmy pod ratuszem na ławce, zanim zaczęłyśmy się śmiać.
I jeszcze zwyzywał nas od małych lesb.
Wiesz, że chyba nie znałam wtedy tego słowa? Słyszałam o gejach – facetach, z Dynastii czy innych ówczesnych źródeł wiedzy o świecie, a o kobietach wcale. W każdym razie tamtego wieczoru szukałam w słowniku wyrazów obcych. I przeczytałam zwięzłe zdanie o stosunkach miłosnych między kobietami i o wiadomej wyspie. Wprawiło mnie to, pamiętam, w dziwny stan. Między wstydem albo zakłopotaniem i ekscytacją, a może euforią.
Potem nocą otwartych oczu obracałam to słowo w dłoniach.
Nie odniosłam go jednak do siebie. Nawet chyba nie próbowałam. Ani do ciebie. Chociaż przecież miałam przeczucie, że ty wiesz o tym więcej – bo wiedziałaś. Nawet miałam ochotę zapytać, ale się powstrzymałam.
Trzeba było Pannę Nikt wtedy czytać. Zamiast o Poncjuszu Piłacie. Ty byłaś od wybierania naszych parkowych lektur.
Chyba stała u ciebie na półce.
Wiesz, że nigdy nie pociągała mnie żadna kobieta?
Nigdy więcej.
Prezentowana proza jest fragmentem powieści, nad którą pracuje autorka