Subskrybuj
Ilustracja: Maria Regucka
Autor zbioru opowiadań Floryda, nominowanego m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Gombrowicza. Publikował w „Dwutygodniku”, „Twórczości” i „Tygodniku Powszechnym”.

Przeprawa

Poszliśmy zobaczyć, jak znika most. Nawpadało mi śniegu za cholewki i najpierw skostniały stopy, potem od tego ziąbu rozbolały piszczele, a teraz co parę kroków, gdy drzemy pod górę, kapie z nosa. Nikt nie spodziewał się zimy. Cały październik w podkoszulkach, a zaraz po Święcie Zmarłych sypnęło.

– Wal w ten śnieg – mówię, gdy gubimy drogę.

Myśli, że go podpuszczam, więc idę przodem.

Szczyt, wskakuję na pniaczek, dla Sebcia brakuje miejsca, ale wystarczyłoby słowo. Proponuję zresztą, ja to wymyśliłem, on wcale nie jest ciekaw. W tamtym życiu musiałem być kotem. Dajcie mi dobrze nagrzany piec, a zapomnicie, że tu jestem. Może dwa życia wstecz, bo w poprzednim to chyba jednak krową albo kozą, z powodu tej trawy. Dajcie mi nieskoszone pole, łąkę, cztery litry wachy, usiądźcie i podziwiajcie.

Ani trochę go nie interesuje to znikanie. Byłbym uwierzył, gdyby się skubaniec tak nie zarzekał.

– Jak to nie? Stąd będziesz miał dobre zdjęcia.

Gruba puchówka, kaptur z misiem, wysokie buty, rękawice, a wierci się i przytupuje. Co ja mam powiedzieć: bez rękawic, w przyciasnej kurtałce. Nie da się jej zapiąć do końca przez ten sweter z wysokim kołnierzem i szalik. Cieplej w szyję, ale ciśnie grdykę, ślina ledwo przechodzi. Wzium, zamek w dół. Kot, po kocie koza albo na odwrót. A teraz tkwię na pniaczku, dłonie w rękawach, rękawy w kieszeniach i staram się nie roztelepać, bo jeszcze zejdzie lawina. W tym życiu robię za pomnik zmarzlaka. Nie wiem, kim będę w następnym, lecz na pewno, kurde, skombinuję porządną kurtkę.

Ręce przy sobie, dzisiaj obsługuje Sebcio. Obskakuje mnie i wyciąga z kieszeni co trzeba. W lewej nad kolanem mam flaszkę, w prawej kieliszki. Niepotrzebnie dwa, skoro przepijać i tak będziemy z jednej butelki. Ale się okazuje, że nici z popitki, bo Sebcio zgubił po drodze, pewnie leży gdzieś w śniegu. To jednak nie jest porządna kurtka, za płytkie kieszenie. Chce iść szukać, przytrzymuję go za kaptur. A w sklepie się wahaliśmy i prawie wzięliśmy orzechówkę zamiast czystej. Pierwszy jakoś wejdzie, dalej się zobaczy.

Najpierw mieli go wysadzać do filmu wojennego, bo na co komu stuletni, dawno nieużywany most kolejowy, który donikąd nie prowadzi. Byłem za, całemu miastu przydałaby się rozpierducha. Ludzie jednak protestowali i wtedy znalazł się taki magik, co zaproponował, że zniknie. Wtenczas każdy, tłumaczył, kto sobie tego nie umie wyobrazić, zobaczy, jak to jest, kiedy mostu nie ma. Zapowiedział to w filmiku: „Pszilece do wasiego raju i znikne most”. Luca Devi zna się na rzeczy. Dawno temu poradził sobie z Koloseum, wielką sekwoją i obozowiskiem bezdomnych. A potem sam, bez zapowiedzi, przepadł na dwadzieścia lat. To jego pierwszy numer po powrocie, gdziekolwiek się podziewał.

W sierpniu czytałem Sebastianowi o tym z telefonu, ale nie słuchał. Ktoś go sklepał po ryju, kiedy do mnie szedł. Zimna puszka piwa nie pomogła, spuchł pod okiem. Trzymał ją i trzymał.

– Otwórz – namawiałem. To było jego ulubione. – Będziesz pierwszy na świecie, który se odmroził łapę w środku lata.

Wieczorem wskoczyłem za nim do busa, nie chciałem, żeby wracał sam. Coś się zepsuło. Drzwi harmonijkowe otwierały się podczas jazdy, do środka wpadały gorące podmuchy, a kierowca gubił z oczu drogę. Od staruszki po drugiej stronie zajeżdżało octem jabłkowym. Nosiła rozklapane adidasy i koszulkę z nadrukiem: myśliwiec wznosił się do nieba, chociaż śmigło było nieruchome. Przysiadła bokiem, ściskała nogami bańkę na mleko, jakby tam chlupała brudna bomba domowej roboty, z gnoju i siary, naszpikowana odłamkami kurzych kości, którą babka zdetonuje na wirażu przy kapliczce, bo się jej sprzykrzyły cztery pory roku.

Za każdym trzaśnięciem drzwi wlatywało trochę komarów, piasku i liści. Chciało się pić. Brzegiem koszulki obtarłem Sebastianowi rozwaloną wargę. W pępku uzbierały mi się paprochy. To później.

Stara w końcu wysiadła. Chwyciła blaszankę w obie ręce i zeszła po stopniach noga za nogą. Drzwi zamknęły się za nią i już do końca działały jak trzeba.

– Jest dobrze, dobrze, bardzo dobrze – powiedziałem.

Rozpierał mnie nagły przypływ energii. Ten prąd, co porusza palcami, kiedy włożysz dłoń do rwącej rzeki. Jechalibyśmy dalej, nawet gdyby brakło paliwa.

Drugiego kieliszka prawie nie czuję, zaraz po nim trzeci. Wpada do żołądka jak urwane serce dzwonu. Coś takiego naprawdę się zdarzyło blisko stąd. Chrypię, przez chwilę jest mi cieplej.

Piję za zdolniachą. Przyjęli go na studia z fotografii, i to dla wybrańców, bo kandydatów było mnóstwo. A taki był wystrachany, kiedym go przydybał na boisku, jak robi mi ukradkiem zdjęcia. Kosiłem trawę swoim traktorkiem. Wykręcałem koła i kółeczka, a on czekał, aż będę tyłem, i cykał. Stanąłem niby coś poprawić, podszedłem i pytam, co jest. Chciał kasować przy mnie, ale powiedziałem, żeby zostawił i zamiast tego dał mi jedno piwo z lemoniadą. Trzymał je w otwartym plecaku. Popijał w cieniu na ławce obok kontenerów, a ja się tam ślizgałem jak jajko na patelni. Usiadłem obok i kazałem mu przewijać, zrobiłem się ciekaw, jak wyszedłem na tych zdjęciach. Niestety, nie miał więcej lemoniadki, zaoferował, że poleci po jeszcze, lecz była sobota, prawie szesnasta, za nic by nie zdążył.

– Podjedziemy razem – powiedziałem. – Zdziwisz się, ile można z tego traktorka wycisnąć.

Pot jeszcze na mnie nie obeschł, więc włożyłem podkoszulek, żeby się nie brzydził chwycić. Byłoby głupio, gdyby mi tak zaraz spadł przy byle szarpnięciu albo górce. Jeszcześmy nawet nie poznali swoich imion.

Wiercę się na pniaczku niczym śruba wkręcana palcami. Szybko ulatuje to ciepło z wódki. Sebcio wyciąga z futerału lornetkę po dziadku i patrzy, co się dzieje tam w dole, po drugiej stronie mostu.

– Miałeś rację – mówi – ogromna beczka z okienkiem, pewnie będzie grzane wino, są też inne stoiska. Balony. Prażone orzechy. Jest Kazio, rozpala pod rusztem.

– Tego wuja bez lornetki widać.

– Sporo ludzi. Wjeżdża ambulans.

Wóz strażacki stał już wcześniej, mijaliśmy go, reszcie nie było czasu się przyglądać. Wcisnęliśmy ochronie, że za mostem spadł nam dron.

– Nagrywamy filmik dla burmistrza. Zaraz wrócimy, cały sprzęt zostawiamy tutaj, rzućcie na niego okiem, chłopaki, co? – Wszędzie leżało tyle gramotów, że po prostu wskazałem kciukiem za siebie.

Łyknąłem sobie na rozgrzewkę jeszcze w domu, zanim kupiliśmy tę flaszkę, nachrupałem się landrynek i nic nie było czuć. Czasem trafiałem językiem na okruch gdzieś za zębem. Cytrynka, zielone jabłuszko. Fajna sprawa zobaczyć magiczną sztuczkę, jednak wolałem podglądnąć od tyłu, gdzie ten cwaniak chowa królika. Do kolejnej najbliższej przeprawy trzeba by dymać kawał drogi, a tu zaraz na drugim brzegu wspięliśmy się na dziko.

Pilnujcie, kurde, chłopaki!

Coś tam wołali. Ruchy, ruchy. Nie oglądaj się za siebie, bo ci z przodu ktoś przyjebie. Tyle zdążył ojciec mnie nauczyć.

Szturam Sebcia kolanem w plecy, moja kolej. Jego przecież i tak to nie interesuje. Schylam się, zarzuca mi na szyję pasek, pachnie skórą. Przytrzymuje dla mnie szkiełka, żeby mi łapy nie zmarzły. Widzę namiot, głośniki, są też dwa dźwigi. Policyjne motorówki tną wodę tam i  z  powrotem. Ludki w żółtych kaskach i kamizelkach odblaskowych łażą po przęsłach, coś tam jest przymocowane. Nie muszę Sebcia instruować, sam zgaduje, gdzie chcę spojrzeć, i kieruje lornetką. Stoi niżej, unosi ręce, głową ociera się o  mój mostek. Gdybym był wieżą kościoła, to on olbrzymem. Słuchaj, jak spadające serce gruchocze mnie od środka. Wszędzie reflektory: na ziemi, słupach i wysięgnikach, na drzewach ogołoconych z gałęzi i na dwóch barkach, które kołyszą się blisko brzegu. I nagle mętnieje mi przed oczami. Zapominam, że stoję na pniaczku, z przestrachu robię krok w tył, upadam. Całe szczęście jest śnieg. Świeżym prószy z nieba, to te płatki weszły mi w pole widzenia. Nigdy nie ma gwarancji, raz na tysiąc trafi się lewa wódka. Wstaję sam, chociaż Sebcio wyciąga rękę.

Ostatnio więcej się boję, na co mu o tym wiedzieć.

Jeszcze parę niedziel, tylko bez takich atrakcji, i go nie będzie.

Wymyślił, że przed wyjazdem wkręci mnie na swoje miejsce. U fotografa w rynku miał pół etatu na umowę, reszta pod stołem.

– Zdjęcia do dokumentów to łatwizna, nauczysz się – zachwalał.

Światło, ustawienie klienta, wybór formatu, retusz, druk i przycinka. Nie zrezygnowałbym z koszenia, ale przychodziłem. Siadał za kurtyną na stołku bez oparcia, a ja kładłem dłonie na jego twarzy i namyślałem się, zanim zacząłem. Jeśli robiłem coś źle, łapał mnie za przedramiona i kierował.

– Czekaj – mówię – upadnę znowu, a ty rób zdjęcia, kiedy zacznę lecieć.

Właściwie nie mam ochoty, co mi strzeliło? Hyc na pniaczek, patrzę za siebie, jest tam głęboki ślad po mnie, będzie boleć.

– Jeżeli coś zmieniać, to przed trzydziestką – powiedział wtedy Sebcio. Cwaniaczek, został mu rok.

– No to przepuściłem ostatnią okazję pięć lat temu.

– Chodzi mi o to, że potem może być trudniej. Już coś się wybrało.

– Wybierania też se nie przypominam.

Coś tam ustawia w swoim aparacie. Na ziemi może i trudno złapać mi pion, za to z pniaczka wyrastam prosto jak młode drzewko. Razem z nim mam ze dwa trzydzieści. Wcale się nie chcę wywracać, jeszcze bym ciut urósł.

Nic z tego. Zapomniałem karty – mówi.

– Dawaj telefonem.

– Za słabe światło.

No i dobrze. Wygląda na zawiedzionego, a przecież to nie ja mam sklerozę. Chowa sprzęt do torby, kłaniam się, ściąga z mojej szyi lornetkę, jakby mi odbierał medal na olimpiadzie, bo doszło do pomyłki i nic, kurde, nie wygrałem.
Jestem z tych, co na stadionach to koszą trawę.

W weekendy wpadały śluby. Szef brał za dużo zleceń, nie mógł być wszędzie, więc odpalał coś za zastępstwo. Grosze w porównaniu z tym, co sam zgarniał, dlatego Sebcio zaczął rozdawać numer prosto do siebie. Raz mnie ze sobą zabrał jako pomocnika. Nie miałem co tam robić, dałem się namówić chłopakom z zespołu na kreskę. Młodzi byli ociężali. Widzieliśmy ich przez przednią szybę furgonetki: palili papierosy obok schodów do świetlicy. Nie zdążyliby odskoczyć. Dotknąłem wypukłych pozłacanych liter na akordeonie faceta, który nawciągał się jak odkurzacz. Zaciskał i rozluźniał pięści. Gdyby zaczął teraz grać, rozerwałby instrument.

– Co znaczy weltmeister? – zapytałem.

– To po niemiecku. Weltmeister. – Strasznie go to bawiło.

– Wiem, że po niemiecku, ale co znaczy?

– Mistrz świata.

– A w czym?

Młodzi pomachali do nas, koniec przerwy. Kierowca wrzucił bieg, spuścił i zaciągnął ręczny. Kupa śmiechu.

Z dołu coś dudni i brzęczy. Ktoś nawija do mikrofonu, ale odległość i górki psują głos.

– Rozumiesz coś? – pytam.

Wzrusza ramionami. Byłbym uwierzył, że nic go nie obchodzi znikanie, gdyby nie to, że jego brat spadł z tego mostu i został kaleką.

Dostaję kieliszek, taki, że się przelewa. Chętnie bym usłyszał, gdzie i kiedy ten mądrala nauczył się tak równo pić.

Mało powiedziane, że kaleką. To było dawno.

I tak za nim nie przepadał.

Opijamy sukces.

– To tylko dwuletni kurs – mówi.

– Ale na uczelni.

– Użyczają miejsca.

Ten to się potrafi cieszyć. Zajęcia będą codziennie, więc się przeprowadza. Daleko mi do niego. Swoim traktorkiem musiałbym jechać ponad dobę, żeby go odwiedzić. Nie wróci tu, bo i po co. Luca Devi już przymierza pelerynę, największa atrakcja w historii tej dziury zaraz się wydarzy. Następna dopiero po końcu świata. Może w jakiś weekend. Zostanie pniaczek i ja na nim. Nie będzie góry i dołu, dnia ani nocy. A mieliśmy na wiosnę znowu zagrać w kosza u mnie za stodołą. Sam ze sobą to mogę nawet w zimie, ale powodzenia ze znalezieniem partnera. Pierwsze co, jak starzy umarli, jedno po drugim, to zrobiłem betonową wylewkę i przykręciłem tablicę. Wcześniej nie było mowy. Na treningi też nie miał kto mnie wozić. Powinienem kupić motorower i samemu dojeżdżać te trzydzieści kilometrów. A jedynie sobie wyobrażałem, że to robię. To mi przyszło później, jak już nie było potrzebne.

Przestało sypać, echo rozwala muzykę z dołu na kawałki i skleja z powrotem nie tam, gdzie by pasowało. Coś mi trzepocze w oku. Mała ćma pod powieką. Przykucam na pniaczku, pięści wciskam pod pachy i zerkam na Sebcia, czy zauważa, że ja tu zamarzam. Dotąd narzucał tempo, a teraz się modli do pełnego kieliszka. Spluwam gęstym w śnieg, blisko jego buta.

– Lubisz ciepłą? – pytam.

Zwilża usta.
– Wychodzi na to, że nigdzie nie pojadę. Zabraknie mi na czesne i resztę.

– Miałeś brać pożyczkę.

– Już nie dostanę.

– Nie mów, że cię wyjebał z roboty.

– Ktoś wygadał, że mu podbieram klientów. Używałem jego sprzętu. I wstrzymał mi wypłatę. Nie jadę.

Nagle robi mi się tak, jakbym zgarnął i pochował w kieszeniach wszystkie naraz te światła w dole.

Wsadziłem łapę aż po łokieć do wielkiego pudła landrynek.

Wtedy, co mu spuścili wpierdol, powiedziałem: zostań, wybierz se pokój, a on udał, że nie słyszy.

– Może coś masz odłożone i pożyczyłbyś? – pyta.

– Zimę jadę na oparach, nie ma co kosić. Do odśnieżania rzadko mnie biorą. No i musi być śnieg, z tym nigdy nie wiadomo.

Zwykle o tej porze montowałem już pług do traktorka. W tym roku mi się nie chciało. Jak dla mnie może zasypać po kominy.

– Jasne, tak myślałem. Musiałem zapytać.

– Idź teraz do tańszej szkoły. Albo tak żebyś mógł dojeżdżać i wracać, nie będziesz potrzebował na mieszkanie.

– Pewnie.

Wypija, kuca i przegryza śniegiem.

Trze mokrą dłonią o spodnie.

Kucamy w szarówce jak dwa zwierzęta, dwa przyczajone stwory, którym się pomieszało we łbach od kolorowych świateł i hałasów w miejscu, gdzie zwykle nikt się nie pałęta. Mógłby nas kto teraz ustrzelić i nawet byśmy nie wiedzieli.

Wybierz se pokój. Urządzisz w nim ciemnię.

Wyciera oczy rękawem.

– Możemy wracać – proponuję – nie zależy mi aż tak na tym znikaniu.

Zależy, tylko marznę.

– Chętnie zobaczę – odpowiada.

Znowu przysiadam i się kulę. Reflektory szperają po niebie. Nic nie łapię z tego, co ktoś tam w dole zapowiada. Słychać coś jak rozciągnięte, spowolnione techno. Most jest, gdzie był. Niech no już zniknie, a po nim niechby tak znikli ludzie, kosiłbym, jak by mi się spodobało. Nic bym nie zarobił, lecz też nikogo nie pytał. Chyba psów przy budach. Widok się rozmywa od dymu i oparów ze stoisk z żarciem i piciem i ze zmętniałymi w tej mgle światełkami udaje to odległą galaktykę. W górę rzeki płynie barka, bilety po stówie. Żadnej ulgi. Gdzieś tam jest życie.

– Źle mnie traktował – odpowiedział niedawno Sebcio, kiedy go spytałem, o co w sumie chodziło z bratem. Koniec tematu. Nigdy nie zajrzał do pokoju, w którym kaleka przeleżał resztę życia.

– Już mi nie wchodzi tak sama – odmawiam, gdy podaje kieliszek. Orientuję się, że przestałem liczyć kolejki. Po nic mi to było, dla własnej wiedzy. Żebym jutro mógł powiedzieć: „zasłużyłem sobie” albo „nie zasłużyłem sobie”.

– Spróbuj przegryźć śniegiem.

– Coś ty, i tak ledwo ruszam palcami z zimna.

Nabiera garść i podtyka mi pod usta. Biały migotliwy kopczyk. Jem prosto z ręki.

Długo kosiłem w tym roku. Tu, w samym mieście, trawniki, górkę za starym szpitalem, park. Tyle wsi wokół. W prawie każdej jak nie przedszkole, to boisko, a przynajmniej cmentarz. Stadion, gospody, pobocza. Pies bez ślepiów. Rękawice, spodnie ściachane trawą, grad i drzemka w baraku. Raz wystrzygłem w trawie swoje imię: Andrzej. Wolałbym tak zostawić i odejść, zamiast usuwać litera po literze. Z góry musiało to nieźle wyglądać, jednak nie było komu patrzeć.

Język i wargi mam zdrętwiałe. W złej kolejności to zrobiłem, przegryzki już nie ma, a kieliszek wciąż pełny stoi przy nodze na pniaczku.

Niespodziewanie dostajemy światłem po oczach. Mało powiedziane. Reflektory poszły prosto na nas i prześwietliły na wylot. Nie widzę tego, w ogóle nie widzę, wciskam twarz w zgięcie łokcia, między biceps a przedramię. Zlewa mnie pot.

Wstaję.

Zostaliśmy przyłapani po zakazanej stronie. Co teraz? Macham wolną ręką.

– My są ludzie, przybywamy w pokoju!

Nikt się nie śmieje.

Ale i nikt po nas nie idzie. Żadnych helikopterów ani policji. Mogę tak stać rozświetlony i krzyczeć do tych w dole, a nikt nie zwróci uwagi. Myślę, że cały śnieg się stopił, a woda paruje. Rozpinam kurtkę, ściągam szalik. I myślę, że wytrzeźwiałem.

Kot, koza i tak w kółko.

Zapomnicie na amen.

Szukam wolną ręką Sebcia. Zaciskam powieki, żeby mi oczy nie wypłynęły. Jest ciszej niż wcześniej.

Zrywam czapkę, jeszcze moment i wyskoczę z butów. Potem spodnie, bluza, bokserki, policzę do trzech i gdy drzewa staną w ogniu, sturlam się goły do rzeki.

Sebcio ciągnie mnie za ramię.

– Już – mówi.

Na razie czekam, nie patrzę.

Dwie kosiarki ręczne, z koszem na trawę i bez, elektryczna i spalinowa po jednej. Podkaszarki szkoda liczyć. Najcenniejszy jest traktorek z osprzętem. Zamiatarka ze zbiornikiem, odśnieżarka wirnikowa, piaskarka, spychacz, przyczepka. Więcej bym dostał za niego wiosną albo w lecie, i muszę pchnąć szybko, ale wszystko dobrze utrzymane, naprawiałem na czas. Wystarczy na ten kurs dla Sebcia, a jak coś zostanie, to poszukam kurtki.

W piwnicy kurzą się słoiki, kiedyś to przecież trzeba zjeść. Nie potrzebuję dużo, jedynie co parę lat wyrównuję wylewkę, zmieniam tablicę, maluję nowe linie, i kiedy jest gotowe, rozpędzam się, kozłując brudną pomarańczową piłkę. Wybicie, lot i wsad. Jakbym pakował do kosza własną głowę.

Najchętniej nigdy bym się nie puszczał obręczy.

Muzyka się urywa, teraz słychać szum i świergot, przybywa go jak piany w szklance piwa, to ludzie krzyczą, gwiżdżą i klaszczą. Światła zataczają kręgi, szukają Bóg wie czego na niebie. Sebcio stoi na krawędzi zbocza, trzyma lornetkę. Most zniknął. Schodzę z pniaczka.

– Daj zerknąć – mówię i przykładam do oczu szkiełka, wypatruję luster, zasłon albo rusztowań, ale jest tylko ciemna rzeka.

Spisał się ten Luca Devi. Chodzi po scenie w srebrnym płaszczu. Nic nie łączy dwóch brzegów. Po tamtej stronie jasno, przewalają się tłumy, nie zazdroszczę tym, co będą sprzątać. Jeśli nam się poszczęści, to wracając, znajdziemy zgubiony pieniądz wdeptany w ziemię.

Długo czekamy i nic się nie dzieje. Wyciągam ze śniegu butelki i kieliszki. Pierwszy raz dzisiaj polewam. Chwytam Sebcia za chudą twarz. Potrafiłbym ustawić do zdjęcia do paszportu.

Dzisiaj nie musi wiedzieć.

Wypija naraz i się krzywi. A ja dopiero gdy wychylam, przypominam sobie, że wódka już mi nie wchodzi. Nie chcę pluć, zamiast przełknąć, trzymam alkohol w ustach, pali język i dziąsła.

Most zniknął i nie wraca. Pierwsi, którzy się odważą przejść, wpadną w wodę.

– Chyba trzeba będzie wracać dookoła – zażartowałbym, gdybym mógł mówić. Oddycham przez nos, mam wydęte policzki.

I nagle to nie ja, ale Sebcio zwraca, co wypił. Puszcza trzy serie, zostaje już tak pochylony, dłonie na kolanach, i dyszy, jakby dopiero co tu wybiegł ze złą wieścią.

Reflektory gasną. Straż pożarna włącza syrenę. Ludzie się rozstępują przed wozem. Gdzieś tam jest.

Chciałbym to, kurde, zobaczyć.

Pod kieszenią kurtki wyczuwam coś twardego. Poszerzam palcem dziurę w materiale i spomiędzy dwóch warstw wygrzebuję landrynkę. Oddaję ją załzawionemu Sebciowi, a on przyjmuje z uśmiechem.

Mnie nie trzeba, w ustach czuję już tylko wodę.

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości