– Wal w ten śnieg – mówię, gdy gubimy drogę. Myśli, że go podpuszczam, więc idę przodem. Szczyt, wskakuję na pniaczek, dla Sebcia brakuje miejsca, ale wystarczyłoby słowo. Proponuję zresztą, ja to wymyśliłem, on wcale nie jest ciekaw. W tamtym życiu musiałem być kotem. Dajcie mi dobrze nagrzany piec, a zapomnicie, że tu jestem. Może dwa życia wstecz, bo w poprzednim to chyba jednak krową albo kozą, z powodu tej trawy. Dajcie mi nieskoszone pole, łąkę, cztery litry wachy, usiądźcie i podziwiajcie. Ani trochę go nie interesuje to znikanie. Byłbym uwierzył, gdyby się skubaniec tak nie zarzekał. – Jak to nie? Stąd będziesz miał dobre zdjęcia. Gruba puchówka, kaptur z misiem, wysokie buty, rękawice, a wierci się i przytupuje. Co ja mam powiedzieć: bez rękawic, w przyciasnej kurtałce. Nie da się jej zapiąć do końca przez ten sweter z wysokim kołnierzem i szalik. Cieplej w szyję, ale ciśnie grdykę, ślina ledwo…
Autor zbioru opowiadań Floryda, nominowanego m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Gombrowicza. Publikował w „Dwutygodniku”, „Twórczości” i „Tygodniku Powszechnym”.