Subskrybuj
fot. Sophie Bassouls / Bridgeman / East News
Pisarz, eseista, autor m.in. powieści Nieludzka komedia (2009), Da capo (2010), NN (2012), zbioru opowiadań Sainte-Fabeau (2017) oraz rozprawy Błądzące słowa. Jacques Rancière i filozofia literatury (2017) i Niepoczytalne (2019). Wykładowca na polonistyce i kulturoznawstwie UJ.

Plus minus

Perec zrezygnował w Zniknięciach z używania jednej litery alfabetu. Wyeliminowanie „e” z tekstu liczącego sobie ponad 300 stron to poważna operacja. Od razu rodzi się pytanie, jaki jest cel tej ekwilibrystyki.

Georges Perec był pisarzem konceptualnym, lubiącym wymyślać różne „przymusy”. Znamy je z książek, które od lat publikuje wydawnictwo Lokator: od techniki przywoływania wspomnień (Pamiętam że), poprzez precyzyjną mechanikę opisu (Przestrzenie) i starannie zaplanowaną mistyfikację (Gabinet kolekcjonera), po zawrotnie skomplikowane algorytmy, jak te z Życia instrukcji obsługi, czyli powieści o dziesięciopiętrowej kamienicy, po której poruszamy się ruchem konika szachowego, podczas gdy inne zasady decydują o kształcie 380 historii zawartych w książce. Zniknięcia (La disparition, 1969) ukazały się niedługo po sukcesie Rzeczy, które przynosiły wczesną i bardzo oryginalną krytykę społeczeństwa konsumpcyjnego, oraz Człowieka, który śpi, będącego świadectwem pisarskiej maestrii (to centon, czyli powieść uszyta z cytatów). Pochodzą z okresu, w którym pisarz wstąpił do OuLiPo, czyli Pracowni Literatury Możliwej, założonej przez Raymonda Queneau eksperymentalnej grupy literackiej wymyślającej najdziwniejsze rygory, które generują tekst. Na tym tle Zniknięcia mogą wydawać się dość proste, jednak okazuje się, że jedno prawidło owocuje dziesiątkami komplikacji.

Jakie to prawidło? Otóż Perec zrezygnował z jednej litery alfabetu. Historia literatury zna tę formułę, zwaną lipogramem – z tym że jak dotąd obsługiwała ona mniejsze utwory, na ogół komiczne.

Wyeliminowanie „e” z tekstu liczącego sobie ponad 300 stron to poważna operacja. Od razu rodzi się pytanie, jaki jest cel tej ekwilibrystyki.

Najczęściej czyta się powieść w kluczu autobiograficznym. Perec urodził się w roku 1936 w Paryżu, w rodzinie polskich Żydów, którzy wyemigrowali do Francji w latach 20. Ojciec, żołnierz armii francuskiej, zmarł od postrzału w brzuch w roku 1940, a matka, trzy lata później aresztowana w łapance, trafiła do Auschwitz. Mały Georges uratował się dzięki konwojowi Czerwonego Krzyża i adopcji przez wujostwo. Jego świat pozostał jednak wybrakowany – dlatego postanowił mówić o nim okaleczonym językiem. Historia opowiedziana w książce skrywa zatem inną, nieopowiedzianą, a może niewypowiadalną. Koncept równocześnie zakrywa pustkę i odsłania ją poprzez ograniczenie, które kojarzy się z czystką. Na dodatek autobiograficzną opowieść pt. W otwiera dedykacja „pour E”, co odsyła tyleż do imienia ciotki Ester, strażniczki rodzinnej pamięci, co – jako homofon „eux”, czyli „oni” – do rodziców. A w domyśle: do całego narodu poddanego eksterminacji zgodnie z planem znacznie bardziej absurdalnym niż lipogramatyczna elizja.

W oryginale brak „e” (a dokładniej: pięciu wariantów litery oraz dwóch tzw. ligatur) powoduje trudności z wysłowieniem; tekst staje się omowny, niekiedy manieryczny. Odrzucona część słownika uniemożliwia wypowiedzenie podstawowych słów, w tym matka, ojciec, rodzice, ja (mère, père, parents, je). Tłumacze pomijali niekiedy inne litery (w przekładzie hiszpańskim „a”, w rosyjskim „o”), ale polscy translatorzy pozostali przy literze „e”, pomimo iż w naszym języku, jeśli idzie o frekwencję, ustępuje ona miejsca „a”, „i” oraz „o”. Próbowali zresztą różnych wariantów, z czego zdają sprawę w fascynującym posłowiu – znajdziemy tam rozdział (a właściwie „odcinek”) bez „a”, tudzież wariant bez „e” i „ę”. W tekście znać intensywną pracę z wyrazami bliskoznacznymi: czujemy, że „konował” pojawia się w zastępstwie „lekarza”,

„plus minus” zamiast „mniej więcej”, „inflamacja” w miejscu „zapalenia”, „dzień za dniem” przechodzi w „doba za dobą”, a „czort wie” w „czort znał”. Efekt jest taki, jakbyśmy słuchali kogoś, kto mówi z trudem albo z wahaniem – zupełnie odmienny od znanych języków posttraumatycznych, choćby od „poetyki ściśniętego gardła” (jak nazywano powojenną lirykę Różewicza).

Ale to tylko początek łamigłówek. Niekiedy wypadało raczej zgadywać, co Perec miał na myśli, niż przekładać dosłownie oryginał. Ponieważ „ę” jest osobną literą, podobnie trzeba potraktować „ą”, „ń”, „ć”, „ś” i ź”, co zmusiło do ingerencji w strukturę i dodania paru rozdziałów, a także np. rozmnożenia rodzeństwa protagonisty. Wyminąć należało formy bezosobowe (z końcówką „-łem”), przełożyć ukryte w powieści palindromy (frazy pozwalające się czytać od przodu i od tyłu), ułomne pangramy (zdania, w których występują wszystkie litery oprócz „e”), rozszyfrować parafrazy Borgesa (a raczej „Borgiasa”) i dziesiątków innych pisarzy. Dostajemy lipogramatyczne wersje słynnych wierszy Hugo, Mallarmégo i Rimbauda, a także trenów Kochanowskiego („Srogąś mi uczyniłaś pustkę…”), inwokacji do Pana Tadeusza („Litwo! Ojczyzno moja! Tyś jak zdrowia okaz”) czy wierszy Norwida („Pianino Chopina”). O skali tego wyzwania niech świadczy fakt, że w niniejszym tekście „e” pojawia się aż 436 razy.

Nie obcujemy jednak z zadaniem matematycznym; Zniknięcia posiadają wartką fabułę. Anton Voyl, cierpiący na bezsenność neurotyk, walczy z obsesyjną myślą, że czegoś w jego świecie brakuje. I nic dziwnego, nawet jego nazwisko jest wybrakowane (fr. voyelle to samogłoska)! W rozdziale siódmym Anton znika – a przy okazji znika również sam rozdział, zredukowany do pustej kartki. Przyjaciele Voyla rozpoczynają poszukiwania: studiują jego pamiętnik i korespondencję, a ponieważ podejrzewają samobójstwo lub porwanie, włączają do akcji dwóch policjantów. Ktokolwiek zbliża się do rozwikłania zagadki, ginie w tajemniczych okolicznościach, a Antona wciąż nie ma (a raczej „ni widu, ni słychu”). Ni to kryminał, ni to powieść przygodowa i saga rodzinna. Fabuła też pojawia się i znika, przechodzi płynnie w pastisze i trawestacje. Sama lektura staje się śledztwem w sprawie coraz rozleglejszego zanikania.

Jeden z bohaterów powie w finale: „Oto zbliża się do końca, do ostatnich słów, labiryntalny, intrygujący szlak, którym podążaliśmy lunatycznymi krokami”, ale nie znaczy to wcale, że zagadka zostaje rozwiązana. Bo też nie o to chodzi w tej przedziwnej powieści. Może raczej o ukazanie tego, że jesteśmy skazani na przybliżenia traumatycznej prawdy o przeszłości? Albo na błądzenie pośród poszlak, niekończące się odcyfrowywanie znaków? Czekając na przekład Les revenentes – monowokalnego lipogramu, w którym samogłoska „e” wypiera wszystkie pozostałe – możemy zagubić się w tym labiryncie i pobawić w mnożenie interpretacji, których liczba jest plus minus nieskończona.


Georges Perec Zniknięcia tłum. René Koelblen, Stanisław Waszak, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2022, s. 360

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości