Subskrybuj
Ilustracja: Kasia Kubacha
Ilustracja: Kasia Kubacha
Poetka, badaczka, tłumaczka i redaktorka. Na co dzień wykłada literaturę węgierską na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Autorka tomu Pieśni Myrmidonu (Dom Literatury w Łodzi, 2019). Nominowana do Nagrody Głównej MF Opowiadania w 2021...

Me4x0

Było kilka minut po 14, kiedy tuż przed oknami biura ds. produkcji krajobrazu przejechała na motorze kobieta w niebieskim kombinezonie.

Nikomu z nas nie wolno używać motorów ani patrzeć na kolor niebieski, więc wcisnęłam trójkątny guzik alarmu i szybko położyłam się na podłodze. Pracowałyśmy na pierwszej linii frontu, miałyśmy procedury. Pierwsza zasada: Dbaj o biel! Szycie przestrzeni wymaga odpowiedniej higieny oczu. Sufity i ściany naszych pracowni bieli się najrzadziej co 21 dni. Oko szyjącej musi pozostawać wolne od bodźców kolorystycznych. Pracujemy w białych strojach, obudowy monitorów i klawiatury muszą być białe, podobnie jak myszki, krzesła, kosze na śmieci, nożyczki i wykładzina. Druga zasada: Unikaj rozmów, nasłuchuj szumu wentylatorów! Nadmuch oczyszczają i dezynfekują co 17 dni. Co tydzień przechodzimy kontrolę płuc. Biedna Oh7xR zmarła kilka godzin po zaczerpnięciu powietrza zza okna. W raporcie posekcyjnym napisano, że przyczyną zgonu było zbyt duże stężenie tlenu. Od chwili przyjęcia do pracy w biurze żyłyśmy w pomieszczeniach ze sztuczną wentylacją, przygotowuje się dla nas specjalną mieszaninę azotu, tlenu i gazów szlachetnych uzupełnioną o czynnik B, pozwalający na dłuższe utrzymanie koncentracji. Oczywiście nikt nie poinformował nas, że czynnik B nie jest obojętny dla organizmu. Podobno płuca Oh7xR popękały po kilku sekundach, nie miała szans. Po jej śmierci inspektorzy ds. bezpieczeństwa pracy zakleili okna dodatkową warstwą taśmy, przymocowali też nowe czujniki pomiaru jakości powietrza i uruchomili system rejestrowania naszych zachowań. W kątach pracowni i nad blatami roboczymi umieszczono ultraczułe kamery, które śledziły każdy nasz ruch, a na ekranach wiszących nad każdym z długich stołów wyświetlał się aktualny stan szczelności budynku. Jeśli w prawym dolnym rogu pojawiało się pomarańczowe kółko, od razu przechodziłyśmy do ewakuacji. Ewakuacja składa się z trzech etapów. Zabezpieczasz hasłem plik z aktualnie przygotowywanym fragmentem przestrzeni, wysyłasz go do chmury i czekasz, aż system wygeneruje link z potwierdzeniem relokacji danych. Po otrzymaniu linku upewniasz się, że twoja wiadomość została doręczona. Kiedy dane są bezpieczne, biegniesz do wyjścia. Przed opuszczeniem pracowni upewnij się, że zgasiłaś światło.

*

Podłoga pachniała ostrą chemią, kręciło mnie w nosie. Jeszcze nie wywietrzało po wczorajszej dezynfekcji. Przewróciłam się na plecy i patrzyłam w sufit. Wysoko nad nami cicho bzyczały rzędy oślepiająco białych jarzeniówek. Zerknęłam na Lx8k. Leżała tak jak ja i miała zamknięte oczy, jakby spała. Poszłam w jej ślady. Dobrze było poudawać, że odpoczywamy. Nie pamiętam, kiedy byłam na zewnątrz, pewnie minęło już kilka lat. Za każdy niewykorzystany spacer przysługiwały punkty, które można było wymienić na dodatkową godzinę snu albo telespotkanie. Obie z Lx8k byłyśmy specjalistkami od wydruków wielkoformatowych, nanosiłyśmy pojedyncze projekty, robione przez grupę A i B, na cały arkusz krajobrazu, scalałyśmy kontury i poprawiałyśmy kompozycję. Nie miałyśmy kiedy odpoczywać, bo tylko my zdałyśmy egzamin z pracy w monochromie, która polegała na projektowaniu z pamięci, w absolutnej bieli, wszystkich detali. Nigdy nie widziałyśmy gotowego efektu, zanim nie przewieziono śnieżnobiałych kilkusetmetrowych pasów przestrzeni do miejsca docelowego i zanim nie dopasowano ich do pozostałych fragmentów. Dopiero po napięciu i ustabilizowaniu na podporach, czyli kiedy było już za późno na wprowadzenie jakichkolwiek zmian, montażyści czekali, aż kolory, które nanosiłyśmy na materiał w pracowni, wybarwią się pod wpływem tlenu, i przesyłali nam zdjęcie gotowego pejzażu. Każdy kawałek płótna miał wszytą elastyczną nić, więc jeśli linia gór nie schodziła się równo z sąsiadującym fragmentem i różnica między warstwami nie przekraczała 13 milimetrów, można było podciągnąć pejzaż w górę. Czasami spedycja myliła kody i po zamontowaniu okazywało się, że między już zawieszonymi prostokątami kwitnącego rzepaku nieoczekiwanie pojawiał się fragment przedstawiający dziób statku. Pojedynczy prostokąt zaczyna tracić gęstość i barwę po upływie kilku godzin, więc biuro nieustannie doprodukowywało nowe części przestrzeni. Ciągle coś demontowano i zawieszano, zatem łatwo było zrobić błąd.

*

Po przeleżeniu, zgodnie z procedurą, pięciu minut uniosłam się na łokciu, żeby sprawdzić, czy na ekranach nie pojawił się jakiś komunikat, ale w prawym dolnym rogu migało miarowo zielone kółko. To oznaczało, że po drugiej stronie nikt nie zareagował na nasz sygnał. Może popsuł się przycisk alarmu? Na wszelki wypadek jeszcze raz wcisnęłam trójkątny guzik i wróciłam na podłogę. Kolejna kontrola za pięć minut. Lx8k leżała na wznak i zaplotła ręce na brzuchu, wyglądała na rozbawioną. A spodziewałam się, że będzie przerażona. Każdy kwadrans przestoju naraża biuro na straty. Dzisiaj od rana produkowałyśmy ostatni rząd jodeł. To jedno z najtrudniejszych zadań. Każdą igłę i wypukłość kory robi się osobno. Jodły miały być gotowe jako pierwsze, bo wieczorna zmiana wydrukowała już bazę do kosodrzewiny, rozpadlin skalnych i chmur. W pracowni obok od samego rana spedycja zwijała w rulony wyciągi narciarskie i poprawioną zieleń, żeby wszystko było gotowe dla nowego wodza. Nowo wybrany przywódca ma wiele przywilejów, a ten najważniejszy to prawo do zmiany pejzażu w państwie. Za półtorej godziny mieli podać wynik wyborów. Zwycięzca pokazywał się przed kamerami na tle swojego krajobrazu, więc musieliśmy być gotowi z montażem tuż przed ogłoszeniem. Oczywiście głosowano demokratycznie i w teorii losy kraju ważyły się do ostatniej chwili, jednak dziwnym trafem projekty zwycięskich kandydatów zawsze były przygotowane staranniej i z większą dbałością o wyszukane detale. W tym roku startowało dwóch mężczyzn. Góral i Flądra, tak o nich mówiliśmy. Nadawaliśmy kandydatom pseudonimy do siedmiu liter. Dzięki temu mieściły się w każdej tabeli i technicy nie musieli poszerzać kolumn. Góral chodził na telewiece opasany liną do wspinaczki, Flądra dowodził strefą od czterech kadencji, w tych wyborach po raz pierwszy miał poważnego kontrkandydata, chociaż robił to, co uwielbiali mieszkańcy strefy – narzekał na niedostateczną szczelność kapsuły i groził zaostrzeniem kar za nieprzestrzeganie regulaminu. Flądra okleił strefę plakatami z wizerunkami hostess-syren, policjantek, które zaprowadzą ostateczny porządek. Wiadomo, komu kibicowaliśmy. Kto nigdy nie szył przestrzeni, nie ma pojęcia, jak trudno planuje się w monochromie falujący żywioł, migotanie cętek światła i mieszanie się różnych odcieni błękitu naraz. Do tego jest potrzebna licencja W011, którą tylko my dwie umiałyśmy uruchamiać. Poza tym Flądra zapowiedział, że nasz kraj potrzebuje kilku kluczowych zmian. Owszem, jest dobrze tak, jak jest – ludzie żyją w stabilnych warunkach tlenowych, mamy zapewniony zapas wody pitnej, ale trzeba usunąć niewygodnych mieszkańców, którzy negują jego politykę rolną. Strefa tylko dla wybranych! – krzyczał i gestykulował, machając przed oczami widzów niebieskimi owocami, wyhodowanymi w nowych szklarniach, pod które wyrąbał resztki lasu. Błękitne ogórki podobno mniej wyjaławiały glebę i na dłużej dawały poczucie sytości. Góral nikomu nie groził, jego kampania oparta była tylko na jednym haśle: Opuść dom. Chciał powrotu do idei, jaka dała początek Ekoafirmo, z której sam pochodził, chciał przejścia na wspólne powietrze, zdjęcia hełmów i kombinezonów, likwidacji kapsuł mieszkalnych. Byłyśmy zajęte pracą przez kilkanaście godzin dziennie, mimo to przyłapywałam się na tym, że ciągle myślę o jego wizji. Kiedy byłam dzieckiem, a Flądra doszedł do władzy, zakazał samochodów, samolotów, pływania promem, spacerów bez masek filtrujących zanieczyszczenia oraz jedzenia tego, co pochodzi spoza szklarni państwowych. W drugiej kadencji stworzono strefę zamkniętą. Ogrodzono wysokim płotem wykupiony teren i zakryto wszystko fotowoltaiczną kopułą, pod którą nie było upałów, tornad ani ulew, bo przejęliśmy kontrolę nad klimatem, sami ustalaliśmy temperaturę powietrza w strefie. Rzecz jasna należało spełnić szereg warunków, by móc zamieszkać w bezpiecznym miejscu, jednak ludzie chętnie rezygnowali ze swoich rytuałów i przyzwyczajeń, byle tylko móc cieszyć się klimatem umiarkowanym. Tutaj nie groziło nam dzikie życie. Ale nie ma niczego za darmo. W izolowanej przestrzeni odporność ludzka błyskawicznie słabła, więc trzecią kadencję Flądra rozpoczął od wybudowania kapsuł mieszkalnych i powołania brygad porządkowych, które dezynfekowały wspólne przestrzenie. Wtedy też rozprawił się z największym problemem wspólnoty – tęsknotą za podróżami. Wymyślił naklejanie krajobrazu. Raz las, raz pustynia. Większości to wystarczyło, przecież od dekad już nigdzie nie jeździliśmy, a oczy łatwo oszukać. Rozprawił się też z niesforną roślinnością, bo chciał wypełnić całą przestrzeń swoimi szklarniami. Po co łąka, skoro można ją zamontować i ma tylko kilka centymetrów grubości? Nie mógł patrzeć na dzieci bawiące się na przyszkolnych boiskach i spacerujących zakochanych, zatem zamknął szkoły i zalecił samokształcenie. Chcesz spacerów, płacisz snem. A przecież wszyscy chcieliśmy oszczędzać. Co prawda najpierw chodziło o planetę, a później o to, żebyśmy mniej kosztowali strefę. Chociaż nosiliśmy kombinezony i hełmy, codziennie odkażano korytarze łączące kapsuły, a place pomiędzy instytutami badawczymi posypywano zielonym proszkiem, który zapobiegał namnażaniu się grzybów i bakterii. Moja mama nie miała zaufania nawet do państwowej dezynfekcji. Kiedy zdobyła wystarczająco dużo punktów, żeby móc zabrać mnie na plac zabaw, najpierw sprawdzała, czy czytnik zanieczyszczeń ma pełną baterię, i pozwalała mi wspinać się na drabinki dopiero po drobiazgowej kontroli wszystkich sprzętów przeznaczonych dla dzieci. Pamiętam ją pochyloną nad każdym szczeblem, zaciskającą palce na aparacie do skanowania skażeń. Denerwowała się, że coś przeoczy. Długo czekałam na rozpoczęcie zabawy, przeto zajadałam nudę mikrowitaminami w kształcie bananów i ryb, które co rano kładziono razem ze zdezynfekowanym hełmem na wycieraczce przed wejściem do kapsuły. Mimo tego czekania wiszenie z głową w dół pod wielką fotowoltaiczną kopułą jest jednym z moich najlepszych wspomnień z dzieciństwa. Tylko czasami, kiedy mama prowadziła rozmowę przez telefon i była wyraźnie przejęta tokiem dyskusji, rozpuszczałam włosy. Tego nauczyła mnie babcia, która nigdy nie przejmowała się aktualnym stanem skażenia. Może była zbyt zatruta wspominaniem minionej młodości, by móc ubolewać nad poziomem toksyn w glebie? Kiedy się urodziłam, żyła już tylko tęsknotą za samą sobą. Za dziewczyną, której nie dało się przypilnować. Podobno umiała znikać na całe dnie i nikt nie wiedział, gdzie jej szukać. U nas takie wybryki nie byłyby możliwe, bo stale byliśmy obserwowani przez szklane oka kamer. Kiedy babcia urodziła mamę, nie zgłosiła dziecka do komisji urodzeń, tylko wywiozła ją daleko nad Wielkie Jeziora. Wróciły, kiedy mama miała rozpocząć studia. Wtedy już strefę otaczała kopuła i ludzie całymi dniami musieli czekać na wpuszczenie. Babcia wciąż jeszcze wierzyła, że to jest miejsce dla nich, więc zgłosiły się, ale kiedy rok później zrobiono spis ludności, a potem przydzielono każdemu jednoosobową kapsułę mieszkalną, była załamana. Sugerowano kontakt z córką tylko za pośrednictwem platform elektronicznych. Uznano, że ludziom nie wolno się spotykać, bo trudno przypilnować drobne oznaki czułości, czasami zasłaniali kamery, żeby móc się przytulić lub pocałować, nie mówiąc o matkach, które mają gen wytwarzania zbyt silnych relacji, a mieszkańcy strefy mieli być umiarkowani. Matki natomiast były pod tym względem tropikalne. Rozdzielono je. Mamę przydzielono do kapsuły dla studentek, a babcia zamieszkała w śnieżnobiałym jaju z wąskim łóżkiem, małym zlewem i blatem przykręconym do zwykłej aluminiowej szyny, na którym mieścił się tylko niewielki talerz. W kapsułach stale paliło się słabe światełko, wychodziło się raz na tydzień, żeby nie zużywać zbyt szybko z trudem odfiltrowywanego powietrza. Niezliczone przewody łączące płytki i warstwy pochłaniającej światło folii solarnej szumiały jak sztuczny wiatr. Dla mojej babci życie w strefie zamkniętej było nie do wytrzymania, nie znosiła podróbek. Może właśnie dlatego, na własne żądanie, została wydalona. Mama nie mogła jej tego wybaczyć. Oddychanie wspólnym, czyli dodatkowo skażonym, powietrzem skracało życie, były na to dowody, badania i wykresy, a nasza babcia najwyraźniej naukę miała za nic. Opuściła strefę dwadzieścia lat temu, na kilka dni przed moimi dziesiątymi urodzinami.

Spotykałyśmy się z babcią raz na dwa tygodnie w wirtualnych pokojach dla rodzin. Wtedy jeszcze rozmowy z exilami nie były zabronione. Za każdym razem zmieniała tło, żebym mogła zobaczyć, jak wygląda świat poza kopułą. Nie była tam sama, za jej plecami przechodzili ludzie bez kombinezonów, z rozwianymi włosami, którzy kucali na ziemi i palili ogniska. Niektórzy głaskali zwierzęta, siedząc przerażająco blisko siebie. Mama, widząc tyle zagrożeń bakteryjnych naraz, prosiła, by babcia natychmiast włączała sztuczne tło. Za to ja żyłam dla tych pojedynczych minut, kiedy ekran transmitował pustkowia lub rzekę. Wiedziałam, że babcia robi to dla mnie. Chociaż musiała zastępować krajobraz sztucznym obrazkiem, przemycała do mojej wyobraźni pragnienie bezdroży. Z czasem mama przestała brać udział w naszych spotkaniach, wykręcała się swoimi sprawami. Babcia, zgodnie z jej zaleceniem, po przywitaniu się od razu włączała animację chmur i zaczynała wspominać. Jedno wspomnienie na jedno spotkanie. Opowiadała mi o wszystkim, czego miałam nigdy nie poznać – o jedzeniu śliwek prosto z drzewa, o soku cieknącym po ręce aż do łokcia, o jeżdżeniu po ciemku na rowerze, o wiosłowaniu i śpiewaniu na całe gardło smutnych piosenek. Kochałam te wspomnienia, chociaż co chwilę pytałam o znaczenie pojedynczych słów. Babcia wszystko mi rysowała – osy, które można znaleźć w słodkim miąższu, ludzi stykających się ustami i mycie marchwi wodą z ogrodowego węża. Miała wtedy rumieńce, a piksele tworzące jej twarz świeciły jak małe żarówki umieszczone wzdłuż ścian, wskazujące drogę do wyjścia. Podczas ostatniej rozmowy prawie nic nie mówiła, chciała, żebym jeszcze raz opowiedziała jej o moim udziale w konkursie do pracowni projektowania przestrzeni. Kiedy skończyłam, pokiwała tylko głową i oddaliła się od ekranu, po czym weszła do wody, która płynęła za nią. Widziałam powolne ruchy jej opalonych rąk. Zanurzały się łagodnie w toni, by znowu zagarnąć nową porcję metalicznej cieczy. Zrozumiałam. Tyle tysięcy drobin naraz było nie do podrobienia, nawet z licencją. Od tamtej chwili ścigałam się z ideałem rzeki. W końcu minął czas telerozmowy. Zanim monitor wyświetlił informację o końcu transmisji, głowa babci była już daleko na horyzoncie, toczyła się po tafli jak srebrna kuleczka.

*

Śledziłam wzrokiem migający dwukropek na zegarze. Minęło pięć minut. Czas na kontrolę sygnału. Trójkątny guzik nie podświetlał się już na zielono, czyli zawieszono funkcję informowania o stanie pracowni, więc przystąpiłam do etapu drugiego. Pokazałam Lx8k na migi, że chcę przejść do panelu. Skinęła głową. Szłyśmy powoli na czworakach, kładąc dłonie i kolana na śnieżnobiałej tafli podłogi. Materiał, z którego zrobiono nasze kombinezony, miał tylko dwie warstwy. Co chwilę zatrzymywałyśmy się, żeby sprawdzić, czy resztki środków czystości nie rozpuszczają nam ubrań, ale nie zauważyłyśmy żadnych śladów reakcji chemicznej. Miałam nadzieję, że nasz ruch zarejestruje ktoś pełniący dyżur przy monitorach. Musieli widzieć, że położyłyśmy się pod stołami, że nie pobieramy prądu do maszyn nanoszących niewidzialny barwnik. Dałam Lx8k znak, że spróbuję uruchomić połączenie. Uklękłam przy blacie głównym, jednak ledwo sięgałam do przycisków. Udało mi się wymacać największy. Kontrolka zaczęła migać na niebiesko. Spojrzałam na Lx8k, uśmiechała się i uniosła kciuk do góry. Na wielkim monitorze pojawiła się nasza pracownia i czubek mojej głowy, a to oznaczało, że poprawnie uruchomiłam procedurę awaryjnego przekazywania dźwięku i obrazu. W napięciu czekałyśmy, aż dyspozytor odbierze połączenie i wyda polecenia, lecz po drugiej stronie nikt nie dawał znaku życia. Ścierpły mi już kolana, źle się klęczało na tej gładkiej tafli. Niech stracę, pomyślałam, i wstałam. Czarny ekran pokazywał tylko moją twarz przesłoniętą szklanym kloszem, przeciętą na czole wyraźną pionową zmarszczką. Ciekawe, czy to u nas rodzinne. Twarzy babci nie pamiętam zbyt dobrze, minęło wiele lat. Twarzy mamy właściwie też nie, ale ludzie starzeją się chyba w podobny sposób. Każda linia kobiet i mężczyzn ma swój kod ciała. Może skóra na naszych czołach za nic miała politykę i regulamin i bez względu na to, czy żyjemy pod gołym czy fotowoltaicznym niebem, marszczy się tak samo.

*

Lx8k zrobiła palcem kółko w powietrzu. Ponowiłam połączenie. Pulsujący rytm sygnału znowu ożywił nadzieję, że ktoś wreszcie odbierze, jednak po minucie ekran się wygasił. Próbowałyśmy kilka razy. Nie było kolejnego etapu procedury alarmowania, więc zgasiłyśmy główne światła, zjadłyśmy tabletkę odżywczą, którą, zgodnie z planem, przyniosłyśmy rano do pracowni, i poszłyśmy spać. Ale jak tu zasnąć? Przez moją głowę przetaczały się lawiny myśli, jakby ktoś uwolnił naraz wszystkie kolorowe kulki upchnięte gdzieś w środku mózgu. Kulki zderzały się ze sobą z wielką prędkością, rozpadając w kolorowy pył. Nie mogłam na niczym skupić uwagi. Już zaczęłam myśleć, że może któraś z nas miała awansować i chcieli się upewnić, jak sobie dajemy radę w warunkach ekstremalnych, gdy nagle Lx8k spytała:

– Myślisz, że to prawda, iż powietrze na zewnątrz mogłoby nas zabić?

Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Byłam przekonana, że ktoś tak perfekcyjnie spójny z ideą strefy jak ona nigdy nie ma wątpliwości. Zawsze pierwsza w pracy, przygotowana i czujna. W dodatku bez rodziny. Należała do kategorii 0,1, czyli o śladowym stopniu widzialności biologicznej. Zwyczajnie opłacała się wspólnocie, nie narażała jej na koszty, zgłosiła kilka pomysłów udoskonalenia pracowni, udzielała się w zarządzie grupy projektowej, a tu proszę.

– Przecież nikt nie każe ci wychodzić bez hełmu – powiedziałam, żeby nie było, że daję się wciągnąć w jakiś bunt.

Mogli nas podsłuchiwać i nagrywać, a za takie coś nadawałybyśmy się do natychmiastowego zwolnienia.

– Ja bym wyszła – rzuciła lekko i uśmiechnęła się.

Patrzyłam na nią, jak obraca się na bok i podpiera ręką. Bawiła się zamkiem od kombinezonu i w tej chwili nie wyglądała na kogoś, kto jest komukolwiek podporządkowany.

– Myślisz, że Oh7xR żyje? – spytałam zaczepnym tonem bojąc się, że zna odpowiedź.

Wydęła usta, jakby to było oczywiste. Ale nie wiedziałam, co właściwie było takie jasne. Lx8k patrzyła na mnie intensywnie, jakby zastanawiała się, czy wolno jej zadać bardzo osobiste pytanie.

– Śmiało – zachęciłam ją. – Ilu masz po drugiej stronie?

Mogłabym opowiedzieć jej o tym, że kiedyś monter wysłał mi zdjęcie lasu, który przymocowywał kilka metrów od granic kopuły, i nad płótnem widać było wystającą gałąź. Prawdziwą. Pewnie jej nie zauważył, bo był odpowiedzialny za szybką instalację, a nie obserwację, co widać na zdjęciu. Mogłabym jej opowiedzieć, jak w wieku piętnastu lat przeszłam na zerowe zużycie prądu i myłam się tylko w zimnej wodzie, żeby móc wystartować w konkursie dla młodej kadry i w nagrodę rozpocząć pracę przy produkcji krajobrazu. Ale o babci nie chciałam rozmawiać. Zajmowała to miejsce w moim sercu, do którego sama nie miałam dostępu.

– A chcesz posłuchać o moich exilach? – zapytała cicho, widząc, że zablokowałam się na jakąkolwiek rozmowę.

Przytaknęłam. Mówiła długo. Najpierw o ojcu, który – podobnie jak moja mama – należał do pierwszego pokolenia. Zaczął jak cała generacja 01 – od redukowania przedmiotów i oszczędzania wody, potem nie korzystał z niczego, czego sam nie wytworzył i nie wyhodował. Jako jeden z pierwszych przestał produkować śmieci. Oczywiście od początku był zapisany do Ekoafirmo, a potem do Ekosamurajów i przez pewien czas był kierownikiem jednej z sekcji, a gdy pojawiła się strefa, przeniósł się z ciekawości, jednak nigdy nie był preppersem, nie chciał bunkrów, odcinania się od ludzkości, egotycznego przekonania, że tylko wąska grupa uprzywilejowanych zasługuje na czyste powietrze i zdrowe jedzenie. Mówiła o tym, jak tata pracował w zespole, który podjął decyzję o zainstalowaniu pierwszej płachty solarnej i rezygnacji z chemii. I o tym, jak zareagował, kiedy zapanował terror hermeticus, kiedy Flądra wymazał imiona oraz nazwiska mieszkańców, by zmienić je na sztucznie wygenerowane szeregi liter i cyfr. Tata Lx8k spakował wszystkie rzeczy, które posiadał, do małego plecaka, wziął na ręce śpiącego syna i szedł tak długo przed siebie, aż doszedł do krańca kopuły. Podobno nikt go nie zatrzymywał.

Musiała coś pomylić, bo czytałam w raporcie, że nie można wyjść bez eskorty.

– A ty i mama?

Lx8k pokręciła głową.

– Mama nie chciała iść z nimi, czuła się dobrze w czystej przestrzeni, miała słabość do nieskazitelnych podłóg i ustalonego planu dnia. Zresztą sama wiesz. Jedzenie, spokój, porządek, cisza, o nic nie musisz się martwić. Ja też nie chciałam zmian, zawsze liczył się tylko bieżący projekt.

Jak dobrze to znałam. Kiedy mama tłumaczyła mi, dlaczego nie chciała iść razem z babcią, sugerowała, że po drugiej stronie kopuły nie da się przeżyć. „To jest śmierć na zamówienie – mówiła. – Wszystko tam jest skażone. Przeżyły tylko zwierzęta roślinożerne, więc jeśli zamierzasz przetrwać, nie jedz mięsa nabitego ołowiem i glinem”. Nie zauważyłam, żeby podczas telerozmów z babcią ludzie poza strefą wyglądali na zatrutych czy zmizerowanych, lecz milczałam. Chyba nie miałam stuprocentowego zaufania do ekranów.

*

Byłyśmy tak zmęczone nieudanymi próbami reanimowania systemu alarmowego, że obie szybko zasnęłyśmy. Obudził mnie huk, okrzyki i brawa. Po spaniu na podłodze wszystko mnie bolało. Podniosłam się powoli. Lx8k też miała otwarte oczy. Za oknem pracowni szli ludzie ubrani na niebiesko. Bardzo blisko siebie, jakby nie istniały mikroby, jakbyśmy nigdy wcześniej nie żyli w strefie. Ekrany nad naszymi stołami były włączone i wyświetlały napis: Wygrała bezpieczna przyszłość! Lx8k nagle pociągnęła mnie za rękę. Drzwi ustąpiły po lekkim pchnięciu, nie musiałyśmy skanować odcisków palców. Wysoko na sztucznym niebie świeciły złote punkciki żarówek, a przed nami rozciągał się plac defilad. W tym roku po raz pierwszy ustawiono dwie mównice, bo wynik miał się ważyć do końca. Przy pierwszej z nich stał Flądra i poprawiał krawat, przy drugiej Góral przeglądał jakieś wydruki, pewnie tekst przemowy. Tłum na placu skandował: Wynik, wynik! Wreszcie ktoś podszedł do Górala, ten podskoczył i włączył mikrofon. Przez chwilę zbierał słowa, był wyraźnie wzruszony. Wreszcie zabrał głos, podziękował za zwycięskie głosy, ogłosił, że to koniec hermeticonu, i zapewnił, że w najbliższych miesiącach chce połączyć rozdzielone rodziny, a już dzisiaj każdy może zgłosić się do rozbiórki kopuły. Na przemian wzruszał się i silił na powagę. Nagle przerwał mu Flądra, który z diabelskim uśmiechem pomachał do ludzi i podniósł w górę obie ręce.

– Victoria! – zawołał kilka razy. Wybory wyborami, ale strefa należała do niego, a już na pewno wszystkie ekrany w kraju.

Zaniemówiłam. Chciałam upewnić się, czy dobrze rozumiem, że obaj byli przekonani o swojej wygranej, ale Lx8k nie było obok. Dostrzegłam ją tuż za trybuną, pochylała się nad jednym z naszych wydruków. Nigdy nie widziałyśmy gotowego koloru, więc nie zdziwiło mnie, że Lx8k przyglądała się z uwagą szczegółom. Wreszcie sięgnęła ręką do krajobrazu i zaczęła coś wyciągać. Myślałam, że to nić mocująca lub jakiś element konstrukcji, ale to był żółty kwiat na długiej łodyżce. Wyprostowała plecy, zdjęła hełm i ostrożnie powąchała roślinę. Tłum zamarł, wszyscy na nią patrzyli. Odwróciła głowę w stronę placu i zawołała:

– Pachnie, pachnie słodko!

Flądra, widząc, że na jego oczach złamano pierwszy punkt regulaminu, zbiegł z trybuny i zaczął iść żwawo między ludźmi. Pewnie chciał wezwać brygadę porządkową. Nie dotarł jednak zbyt daleko, bo otoczyli go ludzie. Rozluźniłam mocowanie pod brodą, też chciałam pozbyć się szklanego klosza. Rzuciłam nim, jakby to była zabawka. Toczył się niezdarnie. Wysuwana osłona na szczękę wytracała prędkość. Ludzie stojący wokół poszli w moje ślady. Hełmy turlały się z różnych stron. Tor ich ruchu zadziwiał, trudno było o precyzję, lecz było ich tak wiele, że w końcu któryś musiał strącić ostatnią figurę.

Artykuł pojawił się w numerze: Nassim N. Taleb: Jak zwodzi nas przypadek