Rozmawiam z Twoim wcieleniem muzycznym – nie tyle pisarką, ile artystką scen. Pamiętam, jak na początku kariery pisarskiej, kiedy publikowałaś felietony w „Przekroju”, ujawniłaś się jako miłośniczka smutnego rocka. Dzisiaj nagrywasz w konwencji rapowej. Czy szukasz i odnajdujesz dzisiaj to, co kiedyś pociągało Cię w innych brzmieniach?
Muszę przyznać, że dawno już nie próbowałam precyzować swojego gustu muzycznego. W ciągu 40 lat mojego życia jeździł on na pstrym koniu. Za długo żyję, by utożsamiać się z muzyką, której słucham, poza tym słucham teraz skrajnie różnych rzeczy, rzadko smutnych. Młodzi ludzie z niedoborem bólu istnienia szukają go gdzie popadnie. Też tak robiłam – nim doświadczyłam w życiu prawdziwego smutku, lubiłam nurzać się w otchłaniach smutnej muzyki. Między innymi zimnej fali, jakiegoś indie rocka. Ciekawe, czy to były ćwiczenia z człowieczeństwa, jakieś manewry hartujące przed przyszłymi cierpieniami. Na przykład moja przygoda z płytą Pornography The Cure czy AmnesiacRadiohead, których słuchałam po…