Wiek IV naszej ery to być może najbardziej przełomowe stulecie w historii cywilizacji. Jeden człowiek żyjący wówczas nieco dłużej mógł być świadkiem gwałtownej transformacji religijnej, w wyniku której państwo i społeczeństwo rzymskie stały się zasadniczo chrześcijańskie. Choć zmiana bywała powierzchowna, okazała się nieodwracalna. To także epoka, w której okrzepły formy instytucjonalne Kościoła, a cywilizacja klasyczna stała się częścią dziedzictwa chrześcijańskiego. Złożyło się na to wiele czynników. Było w tym zapewne wiele bezwładności systemu – instytucje cesarstwa opierały się na fundamentach pogańskiej tradycji, nieco sentymentu – członkowie elity chrześcijańskiej spędzili najlepsze młode lata, ucząc się greki i łaciny na dziełach Homera i Wergiliusza, a pewnie i sporo pragmatyzmu – filozofia, literatura i retoryka były po prostu skutecznymi narzędziami także w rękach przywódców Kościołów.
Ciągłość pomiędzy cesarstwem „pogańskim” a chrześcijańskim jest dziś powszechnie uznawana. Warto jednak stawiać czoła pozornym oczywistościom i kwestionować zastany konsensus. Tak rozwija się nauka, także historyczna. W książce Ciemniejący wiek Catherine Nixey próbuje więc wywrócić stolik i ukazać chrześcijan nie jako kontynuatorów, ale jako niszczycieli cywilizacji klasycznej. To propozycja zasługująca na poważne potraktowanie. W fazie realizacji autorka ponosi jednak całkowitą klęskę. Przynajmniej z punktu widzenia historii akademickiej.
Ad fontes
Poznanie przeszłości rozpoczyna się od źródeł. Źródłem dla historyka jest wszystko, co niesie informację o rzeczywistości minionej. Zarówno edukacja uniwersytecka, jak i praktyka badawcza może być sprowadzona do coraz lepszego zrozumienia źródeł, a zwłaszcza ich ograniczeń. Oczywiście, by pisać o historii, nie trzeba być historykiem. Większość z nas wiedzę o przeszłości zdobywa pośrednio, z prac specjalistów. I nie ma w tym nic złego. Można nawet pisać o historii, zwłaszcza popularnie, opierając się tylko na ustaleniach innych. Nie możemy jednak tracić źródeł z pola widzenia.
Z lektury książki jasno wynika, że Nixey nie opiera się na samodzielnej lekturze źródeł. Korzysta z nich za pośrednictwem wybranych opracowań naukowych. Problem leży w tym, że nie używa tych prac, by swe źródła zrozumieć, lecz sięga po wyłuskane z opracowań cytaty, by ilustrować z góry założone tezy. Choćby z tego powodu jej książkę trzeba stanowczo odróżnić od literatury naukowej, a nawet rzetelnej popularyzacji. Dokumenty, z których cytuje jedynie co bardziej soczyste frazy, zostały pozbawione kontekstu, tak jakby dawały nam bezpośredni dostęp do minionych wydarzeń, a wiemy przecież, że nawet w dobie telewizyjnej relacji live przekaz zawsze jest zapośredniczony i warunkowany ograniczeniami technicznymi oraz świadomymi decyzjami podejmowanymi na różnych szczeblach.
W kilku rozdziałach podstawowym źródłem są dla Nixey wyrwane z kontekstu wypowiedzi pogańskich intelektualistów. Po pierwsze, jest ich zaledwie garstka. Po drugie, nie są oni głosem reprezentatywnym dla „pogańskiego” świata i świadczą jedynie za samych siebie. Nie można na podstawie cytatów z Celsusa (II w., rozdział trzeci), Galena (zm. początek III w., rozdział trzeci), Eunapiosa (zm. początek V w., rozdział szósty i piętnasty) czy Symmacha (zm. ok. 402 r., rozdział ósmy) budować wyobrażenia o ogólnym „pogańskim” poglądzie na chrześcijan i chrystianizację.
Spójrzmy na przypadek Celsusa. Jego tożsamość pozostaje zagadką, a próby powiązania go z innymi Celsusami nie przyniosły dotąd ostatecznych konkluzji. Nie zachowało się również jego dzieło pt. Prawdziwe słowo. Musiało być znane w kręgach chrześcijańskich dość powszechnie, skoro doczekało się odpowiedzi, zachowało się jednak jedynie w obszernych cytatach u Orygenesa (zm. 253 lub 254 r.), który sporządził jego odparcie w apologii Przeciw Celsusowi. Ów bliżej nieznany Celsus nie reprezentuje poglądów szerszego grona krytyków chrześcijaństwa w II w., ale przede wszystkim siebie samego (reprezentatywne dla tego czasu było raczej ignorowanie chrześcijan, a nie dyskusja z nimi). Choć jego krytyka jest celna i dosadna, świadczy też o dobrej znajomości tekstów i praktyk chrześcijańskich, zwróciła uwagę jedynie chrześcijan. Nixey przecenia więc znaczenie Celsusa i stawia sprawę przewrotnie: „Jednakże dziwnym zrządzeniem literackiego losu większość jego słów przetrwała. Przeszło osiemdziesiąt lat po wymierzonym w nową religię wybuchu Celsusa apologeta chrześcijaństwa Orygenes przeprowadził gwałtowny i przydługawy kontratak”. Słowa Celsusa przetrwały dzięki Orygenesowi (co Nixey przyznaje), który potraktował swojego adwersarza uczciwie i nie obawiał się przedstawienia jego argumentów. Autorka jednak albo nie wie, kim był Orygenes, albo celowo umniejsza jego znaczenie, kiedy jeden z najoryginalniejszych umysłów III w. (obok Plotyna pewnie najwybitniejszy) przedstawia jedynie jako „apologetę chrześcijaństwa”, a jego odpowiedź uznaje za „gwałtowną i przydługawą”.
Z braku wystarczającej liczby świadectw drugiej strony jesteśmy – chcąc nie chcąc – skazani na perspektywę chrześcijańską, poświadczoną nie tylko w licznych zachowanych tekstach, lecz przede wszystkim w pracach tych aktorów dziejowych, którzy byli dobrze poinformowani i sprawczy.
Źródła antyczne, które przetrwały, są bezcenne, jednak do przekazanych w nich opisów i interpretacji wydarzeń musimy podchodzić z największą ostrożnością. Zwłaszcza że cała literatura antyczna jest pełna retoryki, toposów i hiperboli. Szczególną czujność zachować należy przy analizie przekazów hagiograficznych. Nixey natomiast parafrazuje w rozdziale pierwszym Żywot Antoniego Atanazego z Aleksandrii, jakbyśmy mieli do czynienia ze współczesną biografią.
Zobaczmy na przykładzie, jak wygląda u Nixey żonglowanie cytatami bez znajomości kontekstu: „Bezlitosne ataki, do których dochodziło w tym okresie, nie były domeną jedynie fanatyków i szaleńców. Agresję wobec posągów służących »szalonym«, »nikczemnym« i »obłąkanym« poganom popierały najważniejsze osobistości Kościoła. Sam wielki święty Augustyn podczas zgromadzenia wiernych w Kartaginie stwierdził, że »wszelki pogański przesąd musi zostać unicestwiony, to tego Bóg chce, to Bóg nakazuje, to Bóg głosi!«”.
Nixey wykorzystuje ten cytat raz jeszcze – jako motto wprowadzenia. Nie zaczerpnęła tego zdania jednak bezpośrednio z Augustyna (zm. 430 r.). Przypis odsyła do książki Ramsaya MacMullena pt. Christianizing the Roman Empire. Nixey przepisuje cytat dokładnie w tej formie, w jakiej podaje go MacMullen, z przypisu tegoż biorąc również odwołanie 24, 6. Faktycznie cytat pochodzi z tego miejsca – z homilii Augustyna wygłoszonej 16 czerwca 401 r. Kontekst robi ogromną różnicę. Chodzi tutaj zarówno o kontekst samego kazania (którego najwyraźniej Nixey nie przeczytała w całości), jak i współczesnych badań (Nixey korzysta z książki MacMullena wydanej w 1984 r.). Augustyn mianowicie opowiada się w tym kazaniu przeciwko (!) zniszczeniu posągu Herkulesa. Sam tekst jest trudny w interpretacji, jest bowiem zapisem (na pewno zredagowanym) słów, które padły do konkretnych ludzi w konkretnym czasie i miejscu. Augustyn wyraźnie reaguje na emocje zgromadzenia na bieżąco. Nie jesteśmy w stanie odczytać wszystkich niuansów. Pewne rzeczy można jednak ustalić. Jakiś czas wcześniej tłum gorliwych chrześcijan zniszczył figurę Herkulesa w małym miasteczku Suffectana – wywołało to masakrę chrześcijan, w której zginąć miało 60 osób. Augustyn niepokoił się o podobny rozwój wydarzeń w Kartaginie. W kazaniu wspomina tłumy zgromadzone w kościele, które krzykiem domagały się działania. Słowa przytoczone przez Nixey padają w kontekście krzykliwych żądań zgromadzonych. Augustyn stosuje zabieg captatio benevolentiae, wpierw uznając w pełni racje tłumu (to fragment cytowany), ale za chwilę gasi emocje. Wzywa do opamiętania i pozwolenia, by działały władze: kościelne i państwowe. Opowiada się przeciwko kultowi pogańskiemu – to jasne – ale bez otwartej przemocy, co może sugerować wyrwany z kontekstu cytat.
Sprzeciwia się też oddolnemu niszczeniu rzeźb kultowych: „Większą zniewagą jest dla Herkulesa ogolona broda niż odcięta głowa” – jest to aluzja do działań prefekta (chrześcijanina), który przewrotnie nakazał usunąć z posągu brodę, kiedy kapłani Herkulesa prosili o zgodę na jej pozłocenie. Augustyn wzywa więc, by nie robić nerwowych ruchów i zostawić sprawę władzom.
Tym gorzej dla faktów
Jeśli nie źródła, to może przynajmniej dobre obeznanie we współczesnych badaniach ratuje pracę Nixey? Niestety, autorka korzysta z literatury przypadkowej lub nieaktualnej. Pisząc w rozdziale piętnastym o Szenutem, opacie tzw. Białego Klasztoru w środkowym Egipcie, postaci istotnej dla dziejów koptyjskiego chrześcijaństwa, ale szerzej nieznanej, Nixey cytuje czasem Davida Brakke’a i Bentleya Laytona – wybitnych znawców tematu, aby zaraz odwołać się do pracy Jacques’a Lacarrière’a z 1961 r. (w angielskim przekładzie z 1963 r.), podczas gdy dopiero w latach 90. XX w. Stephenowi Emmelowi udało się ustalić korpus pism Szenutego, a istotne prace nad funkcjonowaniem jego klasztoru powstały dopiero w XXI stuleciu. W podziękowaniach Nixey wspomina o wsparciu Davida Brakke’a, a nawet dziękuje Emmelowi „za wnikliwą korektę”, trudno mi jednak uwierzyć, że badacze ci mieli przed oczyma to, co otrzymali czytelnicy. Nixey nie ma najwyraźniej pojęcia, że w badaniach historycznych może mieć miejsce postęp. Obok prac współczesnych sięga bowiem po pozycje o wartości wyłącznie historycznej. Klasyczną książkę Edwarda Gibbona pt. Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego (z 1776 r.) cytuje bez zastrzeżeń – nie omieszkała też dodać, że Watykan umieścił ją na liście ksiąg zakazanych, co – jak się wydaje – ma dodać jej wywodom wiarygodności. Powołuje się nawet na pracę Henry’ego Dodwella De paucitate martyrum z 1684 r. I Dodwell, i Gibbon mają poczesne miejsce w historii historiografii, ale nie we współczesnej dyskusji nad męczennikami.
Ponieważ Nixey nie ma przygotowania historycznego i nie zna źródeł, to nawet jeśli czerpie z rzetelnej literatury naukowej, nie zawsze wyciąga z niej poprawne wnioski. I nie mówię tu o uproszczeniach interpretacyjnych, ale o kompletnym niezrozumieniu faktografii. Jednym z lejtmotywów książki jest teza o chrześcijańskiej odpowiedzialności za utratę większej części dziedzictwa antycznego, w tym literatury. Nixey obrazuje to następującym zestawieniem: „Augustyn komentarzami do psalmów zapisał ostatnią kopię O państwie Cycerona. Autobiograficzne dzieło Seneki zmieniono w kolejny egzemplarz Starego Testamentu. Dzieje Salustiusza zostały starte, aby pozyskać pergamin dla świętego Hieronima (…). Do naszych czasów przetrwał jeden procent literatury łacińskiej, dziewięćdziesiąt dziewięć – przepadło. Wiele można osiągnąć, posługując się tępym narzędziem obojętności i zwykłej głupoty”.
Czytelnik pozwoli, że przyjrzymy się tym twierdzeniom dokładniej. Kodeks z przełomu IV i V w., zawierający De re publica Cycerona został zapisany ponoć Augustynowymi komentarzami do psalmów w VII lub VIII w. w italskim klasztorze w Bobbio (obecnie w Bibliotece Watykańskiej). Augustyn zmarł w 430 r., a zatem nie miał z tym nic wspólnego. W przypadku Seneki chodzi chyba o kodeks z VII bądź VIII w., złożony z kart odzyskanych ze starszych kodeksów w opactwie w Lorsch (obecnie także w Watykanie). Karty z De amicitia oraz fragmentem De vita patris pochodzą z V / VI w. Nie jest to jednak dzieło autobiograficzne, lecz biografia Seneki Starszego (retora) pióra jego syna Seneki Młodszego (filozofa). Jest to jedyny zachowany fragment tego dzieła. Najmłodszy znany nam rękopis Dziejów Salustiusza (fragmenty w Watykanie, Berlinie i Orleanie) faktycznie został (znów w VII bądź VIII w.) zapisany w opactwie Fleury komentarzem do Księgi Izajasza autorstwa Hieronima. Książka z utworem Salustiusza powstała jednak w Italii w V w. n.e., a zatem kopia ta wyszła wedle wszelkiego prawdopodobieństwa spod ręki chrześcijanina. Po ukazaniu szczegółów dobrze widzimy, że klasyczne dzieła zostały skopiowane w późnym antyku, w cesarstwie chrześcijańskim, najpewniej przez chrześcijan (wczesny kodeks Cycerona może być tu wyjątkiem). Faktycznie we wczesnym średniowieczu inni chrześcijańscy autorzy nadpisali na nich inne teksty, jednak warto zaznaczyć, że wiele palimpsestów ma dla odmiany pod spodem teksty chrześcijańskie. Powodem powtórnego użycia była bez wątpienia potrzeba skopiowania tekstów uznanych za bardziej pożądane w danym momencie (a w klasztorach często były to dzieła teologiczne bądź egzegetyczne), ale znamy również wiele palimpsestów, gdzie wykorzystano rękopisy biblijne. Jeden z tzw. czterech wielkich kodeksów biblijnych – Kodeks Efrema – jest właśnie palimpsestem. Na V-wiecznym tekście biblijnym (Stary i Nowy Testament) nadpisano w XII w. teksty Efrema Syryjczyka. Tak zwany Kodeks Nitryjski został z kolei złożony z kilku innych kodeksów. Polemiczny tekst w języku syriackim nadpisano na Iliadzie Homera, Elementach Euklidesa i Ewangelii św. Łukasza. A są to jedynie bardziej znane przykłady. Do powtórnego użycia wykorzystywano często po prostu księgi niekompletne lub częściowo zniszczone niezależnie od ich treści. Chrześcijanie, choć cenili materialną postać Biblii, bynajmniej nie uważali za niestosowne wykorzystać zniszczony rękopis raz jeszcze czy nawet wyrzucić zniszczony papirus biblijny na śmietnik (biblijne papirusy z Oksyrynchos pochodzą właśnie z antycznego śmietnika).
Trzeba też pamiętać, że w pomroce dziejów przepadły nie tylko dzieła pogańskiego antyku, ale i teksty chrześcijańskie. I to nie tylko te uznane z czasem za heretyckie i otwarcie zwalczane, lecz również istotne i traktowane z szacunkiem.
Pod koniec IV w. Hieronim ze Strydonu napisał dziełko O znakomitych mężach (przekład polski: Władysław Szołdrski), zbiór notek biograficznych o uznanych autorach chrześcijańskich. Każdej niemal notatce towarzyszył wykaz dzieł danego autora. Po ich przejrzeniu okazuje się, że nie tylko wiele wymienionych tam utworów przepadło, ale mamy tam nawet autorów, z których twórczości nie zachowało się zupełnie nic. Nie jest też wyjątkiem zachowanie ważnego dzieła chrześcijańskiego w jednym tylko rękopisie – czyli de facto zachowanie przypadkowe, pokazujące brak zainteresowania danym tekstem w średniowieczu. Przepadek dziedzictwa literackiego antyku był więc procesem skomplikowanym, na który złożyły się zmiany gustów czytelniczych, ograniczenie piśmienności, spadek urbanizacji, przemiany technologiczne, a bardzo często przypadki dziejowe. Sam fakt chrystianizacji Imperium miał na ten proces wpływ niewielki.
Wieczne teraz
Źródła i faktografia są dla historii fundamentalne, jednak same w sobie nie umożliwiają zrozumienia. Kluczowa jest interpretacja. W nowoczesnych badaniach historycznych podstawowe jest założenie, że sposób ludzkiego myślenia zmienia się w czasie. Konceptualizacje pojęć, wartości indywidualne i normy społeczne różnią nas od naszych przodków. Zadaniem historyka jest zaś zinterpretować minione mentalności wedle kryteriów im właściwych.
Potoczne myślenie o historii, złą publicystykę i złą historiografię cechuje natomiast postawa, którą można nazwać indywidualistycznym prezentyzmem. Rozumiem przez to przekonanie o absolutnym charakterze bieżących przekonań jednostki czy grupy społecznej, które nie dopuszcza zasadności innych konceptualizacji rzeczywistości. Taka postawa często objawia się skłonnością do sądów nad przeszłością. Nixey imputuje starożytnym myślenie w kategoriach, które były im obce. Następnie dziwi się, że nie byli w stanie sprostać podzielanym przez nią systemowi i hierarchii wartości. Boleje np. nad brakiem chrześcijańskiej tolerancji rozumianej tak jak we współczesnych liberalnych demokracjach: „Chrześcijaństwo mogło wprawdzie okazać się religią tolerancyjną, ale nie było szczególnie predestynowane do obrania tej ścieżki. Część wyznawców Chrystusa wyrażała nadzieję, że tolerancja, a nawet ekumenizm są możliwe. Nadzieje te jednak okazały się płonne. Dla tych, którzy nie chcieli być tolerancyjni, monoteizm stanowił potężną broń”.
Nixey używa kategorii, które – nawet jeśli znane antycznym – rozumiane były inaczej. Jej przekonanie, że zwolennicy tradycyjnej religii skłonni byli do jakiejś większej tolerancji, jest również zupełnie błędne. Tak sprawę ujmuje znawczyni epoki Ewa Wipszycka w książce Kościół w świecie późnego antyku: „Tolerancja nie powinna być traktowana jako kategoria ponadczasowa, bezwzględne dobro, zasada obowiązująca wszystkie społeczności. Są epoki tolerancyjne i są epoki nietolerancji, które nie wstydziły się gwałtów, byle w dobrej sprawie. Okres późnej starożytności nie odznaczał się tolerancją, po obu stronach: i chrześcijańskiej, i pogańskiej (…). Naszą rzeczą bowiem jest poznać i zrozumieć przeszłość, a nie stawiać ją przed trybunałem. Historia nie zna bowiem praw, do których ów umieszczony poza czasem trybunał mógłby się odwołać”.
Inny przykład osobliwego prezentyzmu Nixey to absolutyzowanie zasady prymatu prawa stanowionego. W książce raz po raz ponawia zarzuty o nieprzestrzeganie przez chrześcijan rzymskiej legislacji, co pozwala przedstawić jej ofiary prześladowań przede wszystkim jako krnąbrnych antypaństwowców, którzy „metaforycznie i dosłownie spotwarzali rzymskie prawo”.
Gdyby autorka wiedziała nieco więcej o sposobie stanowienia i egzekwowania prawa w Imperium Rzymskim, pewnie powściągnęłaby swój legalizm – legislacja rzymska nie podlegała procedurom demokratycznym, a trójpodział władzy długo jeszcze nikomu nie przyszedł do głowy.
Wracając znów do źródeł: swe analizy postępowania rzymskich sędziów Nixey przeprowadza na dialogach z akt męczeńskich, a nawet z poezji – bez zawahania przytacza wypowiedzi protagonistów z poematów Prudencjusza (zm. po 405 r.), piszącego sto lat po prześladowaniach – tak jakby były to stenogramy.
Reductio ad Hitlerum
Wiele o pracy Nixey mówią nam sposób prowadzenia narracji oraz zabiegi retoryczne, do których się ucieka. Jej opowieść ma pobudzić nie tyle umysł, ile wyobraźnię i emocje czytelnika. Deklaruje to wprost: „Starałam się oddać uczucia, jakich doświadczamy, stając przed antyczną świątynią; zapach panujący w jej wnętrzu; przyjemność, jaką sprawia widok popołudniowego światła przenikającego przez kłęby pary w starożytnych termach”. Takie podejście samo w sobie jest w książce popularnej jak najbardziej właściwe. Jednak autorka, odmalowując słowami sceny z przeszłości, szczodrze używa przy tym nacechowanych przymiotników: „Zaraz po wejściu do sanktuarium mężczyźni wyjęli broń i jednym silnym uderzeniem zadali cios w potylicę Ateny, tak silny, że głowa spadła na posadzkę. Nos bogini się złamał, gładkie niegdyś policzki pokruszyły, zostały tylko oczy, spoglądające z oszpeconej twarzy”. Oraz: „Miłośnicy sztuki [pogańscy intelektualiści – P.P.] z przerażeniem obserwowali, jak ludzie zbyt tępi [tj. chrześcijanie – P.P.], aby docenić arcydzieła – a z pewnością zbyt głupi, żeby je odtworzyć – rozbijali najwspanialsze prace rzeźbiarzy”.
Żadna narracja historyczna nie jest wolna od wartościowania. Nie zawsze musi być ono wyrażane w zdaniach wprost oceniających. Przejawia się choćby w selekcji faktów, przypisywaniu im różnej doniosłości, wreszcie w używaniu słownictwa nacechowanego emocjonalnie – dodatnio lub ujemnie. U Nixey negatywne waloryzowanie chrześcijaństwa funkcjonuje we wszystkich tych wymiarach. Jest to cecha charakterystyczna zaangażowanej publicystyki, która nie dba o balans argumentów, ale walczy o zwycięstwo słusznej sprawy.
Ciekawym zabiegiem retorycznym jest poprzedzanie imion części postaci historycznych przymiotnikiem „święty”. Co prawda dzieje się to niekonsekwentnie, lecz często. Jest to zabieg spotykany, obecnie zresztą już coraz rzadziej, tylko w literaturze konfesyjnej. Nixey stosuje taką atrybucję oczywiście przewrotnie, choć nie pisze o tym nigdzie wprost. Chce wyraźnie zaznaczyć, że szwarccharaktery jej opowieści to właśnie święci czczeni w Kościołach, co ma pośrednio uderzać w same Kościoły, wynoszące takie kreatury na ołtarze. Chwyt ten ma swoje uzasadnienie polemiczne, ale wskazuje wyraźnie, że książka Nixey jest w gruncie rzeczy bieżąca publicystyką w historycznym kostiumie. Skądinąd trudno znaleźć w jej postępowaniu konsekwencję. Nie odnotowuje (choć nie musi), że kult przynależy nie do postaci, tylko do danej tradycji kościelnej. Mamy więc np. św. Szenutego, który jest czczony w przedchalcedońskich Kościołach wschodnich, lecz już nie w prawosławnych czy tych związanych z Rzymem.
Nixey swoje argumenty układa nieraz w nieprawdopodobne ciągi skojarzeń: „Później zainteresowanie pismami żydowskimi spadło. W przepełnionych agresją kazaniach wygłaszanych przez nowe pokolenie nietolerancyjnych duchownych chrześcijańskich Żydzi nie jawili się jako naród posiadający cenną starożytną wiedzę, tylko jako poganie, znienawidzeni wrogowie Kościoła. Kilka lat wcześniej kaznodzieja Jan Chryzostom stwierdził: »nie tylko domem nierządu jest synagoga (…), lecz także jaskinią łotrów i legowiskiem dzikich bestii (…), siedzibą demonów (…)«. Pisma świętego Chryzostoma będą w przyszłości z entuzjazmem drukowane w nazistowskich Niemczech”.
Rozszyfrujmy ten strumień świadomości. W akapicie poprzedzającym cytowany fragment Nixey opowiada o powstaniu Septuaginty w Aleksandrii za panowania Ptolemeusza II (III w. p.n.e., Nixey referuje legendę z tzw. Listu Arysteasza). „Później” oznacza przeskok o jakieś 600 lat (zakładam, że do IV w.). Autorka bez zawahania przeciwstawia tolerancyjnego Ptolemeusza II „nietolerancyjnym” duchownym chrześcijańskim, nie zauważając, że są to kategorie nieprzystawalne. Następnie mamy „kilka lat wcześniej” – nie za bardzo jednak wiadomo, do którego punktu w czasie „wcześniej” się odnosi (może do czasów Cyryla Aleksandryjskiego, którego autorka wspomina dwa akapity wyżej?). W każdym razie przytacza Jana Chryzostoma. Autorka nie mówi nam, że tym razem jesteśmy w Antiochii. Dodam (co znajdziemy w końcowym przypisie), że wyrwane z kontekstu cytaty pochodzą z jednej z mów o judaizantach i Żydach wygłoszonych w 387 r. (mamy świetny przekład na język polski z komentarzem Jana Iluka). A potem już prędkie przejście do niemieckich nazistów. Klasyczne reductio ad Hitlerum rodem z prymitywnej partyjnej agitki. Powyższy ciąg skojarzeń jest może najbardziej jaskrawym przykładem, ale nie brak w książce podobnych. Nad związki przyczynowo-skutkowe Nixey przedkłada emocjonalne asocjacje.
*
Jeśli traktować tę książkę poważnie, to jako przykład popularnej recepcji historii starożytnej albo jako przejaw argumentacji historycznej we współczesnym sporze światopoglądowym. Jasne jest dla mnie, że książka Catherine Nixey nie próbuje opisywać rzeczywistości późnoantycznej, chce za to piętnować chrześcijaństwo i Kościół w wieku XXI. Jako taka mówi coś o współczesności, jednak nadal nic o przeszłości.
Szczęśliwie polscy czytelnicy zainteresowani debatą merytoryczną dysponują na krajowym rynku bardzo dobrymi książkami traktującymi o zagadnieniach chrystianizacji, relacjach chrześcijan z państwem rzymskim oraz sytuacji pogan w późnym antyku. Polscy badacze późnej starożytności należą do światowej czołówki. Szczególnie wyróżniłbym tu wspomnianą już książkę Ewy Wipszyckiej Kościół w świecie późnego antyku (wyd. II uaktualnione, Warszawa 2017) – przystępne, wyważone i niezwykle kompetentne wprowadzenie w zagadnienia, o których Nixey nie ma pojęcia.
Catherine Nixey Ciemniejący wiek. O niszczeniu świata klasycznego przez chrześcijan tłum. Jakub Jedliński, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023, s. 414