Dobrze pamiętam tę chwilę, kiedy, jako nieopierzony student, zajrzałem po raz pierwszy do tej niepozornej powieści, którą dała mi do przeczytania – z komentarzem „koniecznie!” – starsza i mądrzejsza koleżanka. Zajrzałem, przeczytałem pierwsze zdanie i już mnie nie było. Opowieść, którą czytałem po angielsku, wchłonęła mnie bez reszty tym jednym zdaniem, ostrym i dynamicznym, a do tego skierowanym wprost do mnie, bo angielskie „you”, nie bez podstaw, odczytałem jako drugą osobę liczby pojedynczej. A więc mówi się tu do mnie, do mnie się tu zwraca. I to jak! Zdanie zacytuję w przekładzie Magdaleny Słysz, wprowadzając widzianą tam wtedy przeze mnie pojedynczość: „Jeśli rzeczywiście interesuje cię ta historia, najpierw chcesz pewnie usłyszeć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasrane dzieciństwo, czym zajmowali się moi rodzice, zanim sobie mnie zafundowali, i wszystkie te bzdety jak z Dawida Copperfielda, ale – uprzedzam z góry – nie mam zamiaru się w to wdawać”. Tu ktoś do mnie mówi, nie pisze. Albo pisze, jakby mówił. Jednym zdaniem rozmontowuje świętą tradycję powieści rozwojowej w nonszalanckim geście, który jest wyrazem nie tyle znużenia literaturą, ile zniecierpliwienia czymś, co stało się już martwą konwencją. Zachwyciło mnie to odrzucenie obcej formy na rzecz bezpośredniości i świeżości, przy czym nikomu niczego nienarzucające: komu taka narracja nie w smak, może tu nie wchodzić – powieść zaczyna się bowiem od zdania warunkowego: słuchaj, jeśli chcesz. No i – wisienka na torcie – „bzdety jak z Dawida Copperfielda”. Choć cenię Dickensa, ta chojracka bezkompromisowość, z jaką narrator kasuje geniusza literatury, jednego z najpopularniejszych pisarzy wszech czasów, natychmiast uwiarygodniła mi jego narrację. Mylił się? Tym lepiej dla niego.
Ile opowieści ma równie spektakularne wejście? Czytając Buszującego w zbożu, czułem, że to bliska mi opowieść nie tyle o buncie, ile o odrzuceniu świata, który przyprawia o niesmak swoją obłudą, tępotą, bylejakością. Historia z gruntu tragiczna, bo skazana na przegraną. To, co poddaje krytyce, jest bowiem niczym innym jak tzw. dojrzałością, stanem lub etapem życia, w którym kompromis dominuje nad idealizmem, interes nad więzią, hipokryzja nad szczerością, a uświadomiona konieczność nad bezprzymiotnikową wolnością. Dojrzałość jest tu zaprzeczeniem albo wręcz zdradą młodości, której Holden, 16-letni narrator, bardzo nie chce opuścić, choć w końcu opuścić będzie musiał. Wie, że dla niego nie ma już ratunku, lecz może uda mu się uchronić przed dorosłością tych, którzy jeszcze w nią nie wkroczyli, a którzy są bezbronni, zagubieni, pozbawieni praw – myśli o ratowaniu bawiących się w polu nad przepaścią dzieci (stąd tytuł).
Lektura Salingera pobudzała we mnie wiarę w sens bezkompromisowości. Czy musimy – pytał – godzić się na świat, jaki dostajemy w spadku? W powieści odnajdywały się kolejne pokolenia, doceniające jej dywersyjny potencjał.
Czytali ją beatnicy, kontestujący po całości powojenny system, widząc w Holdenie zapowiedź „buntownika bez powodu”. Czytało ją pokolenie dzieci kwiatów, głoszące nieufność do wszystkich „po trzydziestce”. A niedawno z Lat Annie Ernaux dowiedziałem się, że także dla jej pokolenia była to ważna zbójecka lektura: „Podnietę do działania czerpało się (…) z pretensji rodziców oskarżających nas o wywołanie skandalu, ponieważ wprowadziliśmy na listę lektur Buszującego w zbożu”.
Wracałem do tej książki wielokrotnie. Był czas, kiedy gotów byłem uznać, że powieść Salingera należy do tych książek, które powinno się przeczytać w wieku młodzieńczym, bo potem nabyty konformizm nie pozwoli nam przejąć się jej demaskatorskim ferworem. Był czas irytujących mnie lektur, kiedy dążyłem do identyfikacji z bohaterem, a jednocześnie czułem się od niego „mądrzejszy”. Kolejne powroty do Buszującego w zbożu, zachowujące już wobec niego krytyczny dystans, wynagradzały jednak trud ponowionej lektury. Nie szukałem już w powieści manifestu ani tym bardziej odbicia własnych przekonań – książka stała się dla mnie wyzwaniem. Zaczęła niepokoić.
Mało kto zauważał, że powieść napisał ją młody człowiek, który miał za sobą traumatyczne doświadczenia na froncie II wojny, brał udział w desancie normandzkim i w wyzwalaniu obozu koncentracyjnego w Dachau. Jego Holden nie jest rewolucjonistą, którego niosłaby wizja przeobrażenia oblicza ziemi, jest człowiekiem zranionym, zmagającym się prawdopodobnie z atakami depresji.
Nie panuje nad odrazą do świata, która nim owładnęła, rzucając go na pastwę czarnego słońca. Stąd skrajność jego emocji: „nienawidzę”, „chce mi się rzygać”, „źle mi się robi”, „nie cierpię”, „mam dosyć”, „czuję odrazę”. To już nie tylko odmowa kontaktu ze światem, to niemożność nawiązania z nim jakiegokolwiek dialogu.
Choć Buszujący w zbożu ma niezwykłą siłę przyciągania, której trudno jest się oprzeć, nie jest powieścią niewinną. Dość późno to zauważyłem: mrok, który ogarnął ulice, budynki i mieszkańców Nowego Jorku, wniknął też w duszę głównego bohatera. Łatwo przeoczyć fragment, w którym jeden z przyjaciół Holdena zwraca uwagę na jego czapkę i rzuca, że pewnie będzie strzelał do jeleni, na co Holden odpala mu z głupia frant, że nie, że to czapka do polowania na ludzi: „Strzelam do nich”. Ja wiem, że to tylko słowa – Holden nie jest zdolny do przemocy. Za tymi słowami kryje się poczucie osaczenia, nieufność do innych, lęk przed wchodzeniem w relacje z ludźmi. A mimo to powieść stała się rzekomą inspiracją kilku skrytobójczych aktów, z których najgłośniejsze było zabójstwo Johna Lennona przez fana, uzbrojonego w rewolwer i egzemplarz Buszującego w zbożu. Zobrazowana przez Salingera niezgoda na daleki od doskonałości świat to nie tylko przejaw młodzieńczego idealizmu, którego owocem mogą być zarówno hippisowskie komuny, jak i terroryzm spod znaku Czerwonych Brygad. To także jedna z mrocznych stron naszego ducha, która jak trauma doświadczenia wojennego prowadzić może do cierpienia, szaleństwa, śmierci. Te dwie perspektywy, krytyczna diagnoza postawiona chorej społeczności i obraz straumatyzowanej psychiki nadwrażliwego młodego człowieka, są w powieści Salingera nierozłączne. Stąd jej wiarygodność, która nawet dziś doskwiera mi, pobudza i przyciąga.
Jerome David Salinger Buszujący w zbożu tłum. Magdalena Słysz, Albatros, Warszawa 2022, s. 304