Z nowej książki poetyckiej Macieja Bobuli, zatytułowanej pustko (Wrocław 2022), wybieram wiersz raczej nietypowy. Na tle innych utworów z tego tomu – w których autor chętnie sięga po rozmaite chwyty literackie, zagęszczające tekst i komplikujące jego przesłanie – ten oparty jest na stosunkowo prostym rysunku. Rysunek ten jest jednak tak zgrabnie naszkicowany, że ma się ochotę zatrzymać przy nim i przyglądnąć się mu nieco uważniej.
Od razu muszę też zrobić zastrzeżenie: pustko to misternie spleciona sieć różnorakich powiązań, odsyłających na zewnątrz i do wewnątrz aluzji, międzytekstowych dopowiedzeń i doświetleń. Trudno z tej sieci wyrwać jeden element; część znaczeń przy takim zabiegu z konieczności zostaje utracona lub co najwyżej może zostać zasygnalizowana. Przywołany tutaj wiersz sąsiaduje w tomie z opisem sennego koszmaru, w którym „miliony ptaków spadało z nieba” i nie mogło się „podnieść / ze stanu spadania”, a jest to widok – jak czytamy – do którego „życie w ogóle (…) nie przygotowało” tego, kto śni (Take). Z kolei stronę wcześniej mamy wiersz zatytułowany tajemniczo O, gdzie znajdziemy bezpośrednią zapowiedź tego, o czym przeczytamy w Snach. Jego bohater wyznaje: „miałem śmierć kliniczną, obudziłem się w trakcie”, a także: „byłem pod narkozą, śniłem polskę przyjazną”. Pozwala nam to poznać okoliczności, w jakich pojawiła się wizja opisana w Snach, ale też „spojleruje” jej ostateczną wymowę. Czytając Sny, nie wiemy przecież zrazu, że mowa o Polsce; wizja idealnego społeczeństwa może mieć charakter uniwersalny. Dopiero zestawiwszy te trzy utwory i ich trzy tytuły – powtórzę: O, Take, Sny – widzimy, że tworzą one całość, tryptyk, którego rozbity na części tytuł jest aluzją do słynnej wypowiedzi Lecha Wałęsy („O take Polske walczyłem…”).
Pozwalam sobie więc nie tylko wyjąć coś z całej sieci, jaką stanowi tom, ale też z owego „polskiego” tryptyku. „Polskiego”, a zarazem także „narkotycznego” czy „szpitalnego”. Nie bez znaczenia jest bowiem fakt, że owa wyśniona „polska przyjazna” (poeta dość konsekwentnie używa małej litery w pisowni nazw własnych, dopiero w ostatnim wierszu tomu łamiąc tę regułę) pojawia się w wyobraźni bohatera w momencie zdrowotnego załamania i koniecznej hospitalizacji, a więc na granicy życia i śmierci. Mamy tu ewidentne przeciwstawienie: z obrazem zagłady ptaków – który można odczytywać jako zapowiedź zagłady świata jako takiego – zderzona zostaje utopijna wizja cierpliwej i serdecznej wspólnoty ludzkiej.
Wizja ta jest intrygująca, choć z pozoru stanowi proste odwrócenie dość powszedniego doświadczenia, kiedy to czekający w samochodowym korku niecierpliwią się i łatwo o wybuch złości (zwłaszcza gdy powód powstania owego zatoru okazuje się tak błahy, jak chęć ucięcia sobie pogawędki z mijanym znajomym). W idylli, którą opisuje Bobula, ludzie żyją chwilą, celebrując wspólne „teraz”, i mają właściwie nieograniczone pokłady cierpliwości, a zamiast dać sobie „po twarzy” dają sobie „po żelku”. Ciekawe, że poeta jakby celowo przedłuża ten opis („chyba że ktoś jeszcze będzie chciał ze sobą porozmawiać”), w ten sposób wypróbowując niejako cierpliwość nas, czytających. Ale jeszcze ciekawsze, że pozostawia w osobnym wersie zdanie: „przestaną ze sobą rozmawiać”, kategoryczne i mówiące o zerwaniu. Oczywiście, tak naprawdę to tylko część zdania i w kontekście całości składające się nań słowa mają zupełnie inny, dokładnie odwrotny sens. Znamienne jednak, że autor nie używa w tym miejscu sformułowań bardziej odpowiednich, bo mniej kategorycznych – „skończą rozmawiać”, „dokończą rozmowę” – lecz pozostaje przy antagonizującym „przestaną”. I znamienne także, że ostatnim słowem wspomnianego opisu jest słowo „gorzej” – znów: w całym kontekście zaprzeczone, a więc nie mające tak jednoznacznie negatywnego charakteru (choć wyznanie: „bez ciebie będzie mi już tylko gorzej”, wzięte dosłownie, mówi przecież, że wcale nie jest dobrze…). Umieszczenie słowa „gorzej” w wygłosie wersu i dyskretne zrymowanie z innym słowem, pojawiającym się w kolejnej strofie, ma – w moim odczuciu – je zaakcentować, a tym samym podkreślić niemożność urzeczywistnienia tego, co stanowi treść pięknego snu.
To zrymowane z „gorzej” słowo pojawia się w zdaniu, które pozostaje w sprzeczności z opisaną wizją: „od dziś kładziemy się spać o określonej porze” brzmi jak fragment regulaminu, który za nic ma naturalną różnorodność, odmienność przyzwyczajeń i charakterystyczny dla wspólnoty ludzi cierpliwych luźniejszy stosunek do upływającego czasu. Zdanie to wypowiada – wciąż we śnie bohatera – wspomniany już Lech Wałęsa. Ale, co ciekawe, Lech Wałęsa szczupły, a więc jakby z przeszłości, z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to stał się symbolem walki w obronie prześladowanych, a także zdolności do przekroczenia istniejących podziałów i porozumienia z ideowym przeciwnikiem. Niestety, we śnie okazuje się on raczej stróżem porządku opartego na posłuszeństwie, jedności nie spontanicznej, lecz wymuszonej. Biorąc pod uwagę całość tomu Bobuli, Wałęsa budzący bohatera ze snu o „polsce przyjaznej” to ktoś, kto porzucił ideały wolności i solidarności na rzecz budowania społeczności rozwarstwionej i konkurującej, w której każdy żyje „w jednoosobowej / wyimaginowej ojczyźnie” (cytat z wiersza pod znamiennym tytułem Czy staliśmy się już odrażający, brudni, źli?).
Wydaje się zatem, że światło zgasło, a wszystko, czym i w czym żyjemy jest „zupełnie bez sensu”, jest wiosłowaniem na mieliźnie (to także obraz pojawiający się w wierszu Czy staliśmy się…). Nową książkę Macieja Bobuli rzeczywiście da się przeczytać jako opowieść o różnorakich traumach, osobistych i społecznych, i świecie, który – zarówno w skali makro, jak mikro – znajduje się w przededniu katastrofy. Ale pustko zamyka intrygujące wyznanie: „Imperatyw, by pamiętać o świetle, / kiedy noc przed nami długa” (wiersz Hu Bo). Czy to aluzja do sławnego wiersza Johna Henry`ego Newmana, czy raczej do… Gry o tron? I gdzie w takim razie jest źródło owego światła? Trudno na te pytania odpowiedzieć. Wiersz Sny – i cały tryptyk O, Take, Sny – sugeruje, że jest nim ludzka wyobraźnia, która sięga poza to, co jest, i ożywia nadzieję, że wszystko może być inaczej. Także Polska może być inna, to, co ją niszczy, może zostać przezwyciężone. Jeśli o coś warto walczyć, to właśnie o takie sny – zdaje się mówić poeta.
Maciej Bobula
Sny
kilometrowa kolejka samochodów pokornie
jeden za drugim na siebie nie trąbią
czekają aż ludzie z pierwszych dwóch samochodów
przestaną ze sobą rozmawiać
uścisną sobie dłonie albo dadzą pożegnalny pocałunek
po czym wszyscy zgodnie pojadą dalej przed siebie
chyba że ktoś jeszcze będzie chciał ze sobą porozmawiać
albo się uścisnąć albo dać sobie po żelku
powiedzieć: bez ciebie będzie mi już tylko gorzej
w ten dzień pod narkozą przyśnił mi się szczupły lech wałęsa –
od dziś kładziemy się spać o określonej porze – powiedział
pstryknął palcami i mnie wybudził
czym zgasił moją wyśnioną polskę
zrobił to zupełnie bez sensu