Najdroższy Babo!
Pamiętasz, jak ajatollah Chomejni wydał fatwę z wyrokiem śmierci na pisarza Salmana Rushdiego? Było to 14 lutego 1989 r., nieco ponad 30 lat temu (tekst został ukończony w grudniu 2019 r. – przyp. red.). Możesz nie pamiętać tego tak dobrze jak ja, gdyż wydarzenie to stało się jedną z moich obsesji; powracałam do niego wielokrotnie przez wszystkie te lata. Po ukazaniu się Szatańskich wersetów w 1988 r. niektórzy muzułmanie potępili powieść jako bluźnierczą. Mieszkałam wtedy w Iranie i z wielką uwagą śledziłam wiadomości o fatwie wydanej krótko później. Znajomi i krewni żyjący za granicą, w tym mój brat Mohammad, starali się dostarczać nam najświeższych wieści ze świata, jak pewnie sobie przypominasz. Jeszcze przed skazaniem Rushdiego na śmierć jego książka wywołała protesty w społecznościach muzułmańskich na całym świecie, zwłaszcza w Indiach i Pakistanie. Fatwa jeszcze bardziej podsyciła ten płomień oburzenia. Jednocześnie swój wyraźny sprzeciw wyraziło wielu obywateli państw demokratycznych, przede wszystkim pisarzy, którzy widzieli w niej śmiertelne zagrożenie dla swobody wypowiedzi.
Szczególnie bolesne dla Rushdiego musiały być liczne zamachy na jego orędowników, w tym dwóch laureatów Nagrody Nobla z literatury krytykujących Chomejniego: nigeryjskiego dramaturga Wolego Soyinkę oraz Nadżiba Mahfuza, płodnego powieściopisarza egipskiego. Soyince grożono śmiercią, a Mahfuz został dźgnięty nożem w szyję przez islamskiego fundamentalistę. William Nygaard, norweski wydawca Szatańskich wersetów, doznał poważnych ran, trzykrotnie postrzelony. Pisarz Aziz Nesin, tłumaczący powieść na język turecki, był najpewniej celem podpalacza, który podłożył ogień pod hotel w Sivas; pożar pochłonął 37 ofiar. Autor japońskiego przekładu został zamordowany. Podczas protestów w Mumbaju zginęło 12 osób, zaś w Wielkiej Brytanii organizowano palenie książek. Sam Rushdie musiał zejść do podziemia, otoczony całodobową ochroną policji [12 sierpnia 2022 r. Salman Rushdie został zaatakowany przez nożownika podczas publicznego wykładu w Nowym Jorku. Mężczyzna wtargnął na scenę, gdzie pisarz przygotowywał się do wygłoszenia wykładu, i kilkukrotnie dźgnął go w brzuch i szyję. Na skutek ataku Rushdie bezpowrotnie stracił wzrok w lewym oku i tymczasowo władzę w lewej ręce. Po kilku miesiącach rehabilitacji wrócił do pisania – przyp. tłum.].
Zdaniem ajatollaha Chomejniego pisarz zasłużył sobie na śmierć, gdyż jego powieść szydziła z proroka Mahometa oraz islamu. Pamiętam wieczór krótko po wydaniu fatwy. Przyszli do nas znajomi i rozgorzała żarliwa dyskusja na ten temat. Wpadłeś jedynie odwiedzić wnuki, ale szybko dałeś się wciągnąć w debatę toczącą się w salonie. Opierałeś się o ścianę i przysłuchiwałeś naszym argumentom, by znienacka oznajmić:
– Ten wasz Rushdie to niezły figlarz! Nawet tytuł musiał brzmieć dla ajatollaha jak zniewaga.
Zauważyłeś, że owe „szatańskie wersety” odnoszą się do krótkiego apokryficznego ustępu z Koranu, ukazującego proroka w niekorzystnym świetle. Napotkawszy opór najzamożniejszych kupców Mekki wobec nowej wiary, Mahomet miał jakoby przyjąć trzy wyznawane tam bóstwa pogańskie.
O wersetach wspomina dwóch muzułmańskich uczonych: Al-Waqidi (747–823 n.e.) oraz At-Tabari (839–923 n.e.), lecz wiarygodność ich relacji, jak się potem dowiedziałam, podważyli późniejsi egzegeci Koranu.
Babo, pamiętam, jak w tym straszliwym okresie zawsze próbowałeś mnie uspokajać. Choć równie mocno nienawidziłeś islamskiego reżimu oraz tego, jak obchodził się z krajem i narodem, zawsze podkreślałeś, że w ciągu dwóch i pół tysiąca lat swojego istnienia Iran przetrzymał wiele innych kataklizmów i tragedii. Żałuję, że nie słuchałam Cię, kiedy próbowałeś mi wyjaśnić, dlaczego arogancją jest nobilitowanie własnego cierpienia, owo przekonanie o jego wyjątkowości na tle historii świata czy tego kraju – naszego kraju. Wiedziałam, że masz rację, ale wciąż nie mogłam się z tym pogodzić. Nawet gdyby taki edykt wydano gdziekolwiek indziej niż w mojej ojczyźnie, wzięłabym to do siebie, przyjęła z bólem. Ponieważ jednak wydał go ajatollah Chomejni, w Iranie, sprawa ta była dla mnie jeszcze bardziej osobista, a ból – bardziej dojmujący.
Ta powieść piętnuje zachodni materializm
Nie sądzę, byś kiedykolwiek miał okazję przeczytać Szatańskie wersety. Ja zabrałam się za powieść Rushdiego około roku po wydaniu fatwy; możliwość tę zawdzięczałam Shivie, mojej serdecznej i dzielnej przyjaciółce z Londynu, której udało się przemycić książkę do Teheranu. Podczas lektury świetnie się bawiłam, ceniąc sobie dziecięcą figlarność, z jaką Rushdie układa słowa, dmucha je niby bańki mydlane, patrząc, jak fruną we wszystkie strony. Motyw przewodni Szatańskich wersetów najlepiej wyraził w samej książce poeta Baal: „Jaką jesteś ideą? Taką, która idzie na kompromisy, układa się, dostosowuje do społeczeństwa, usiłuje znaleźć niszę, przetrwać; czy jesteś ideą krnąbrną, upartą i durną, która sztywna jak wycior woli się złamać niż zakołysać na wietrze? – Taką, która niemal na pewno w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto zostanie rozbita na kawałeczki; ale za setnym razem zmieni świat” (tłum. J. Kozłowski).
Spodobałaby Ci się ta książka, Baba dżan. Zamiast krzepiących banałów wyraża ona idee, które kwestionują i naruszają zastany porządek; których celem jest odmienić świat – co czyni niebezpiecznym nie tylko przelewanie ich na papier, ale i czytanie. I właśnie dlatego książka ta i jej podobne są solą w oku tyranów. Z tego samego powodu każde wielkie dzieło stanowi zagrożenie. Wyobraźni nie sposób spętać ani narzucić jej wojskowego rygoru; jest wolna i kapryśna, nie daje się zredukować do jedynej słusznej ideologii.
Mamy w niej też fantasmagoryczne postaci, pędzące swoje życia i znoszące cierpienia w magiczno-realistycznym świecie wykreowanym przez Rushdiego. Autor miał pewnie sporo uciechy z tworzenia dwóch protagonistów Szatańskich wersetów, obydwu będących hinduskimi aktorami i muzułmanami: Dżibrila Fariśtę, gwiazdę Bollywoodu, oraz Saladyna Ćamćę, który porzuca swoją hinduską tożsamość i podejmuje pracę jako aktor głosowy w Anglii. Powieść otwiera scena wysadzenia ich samolotu przez porywaczy nad kanałem La Manche. Bohaterowie cudem wychodzą z tej katastrofy cało, zachodzi w nich jednak osobliwa przemiana. Dżibril staje się archaniołem Gabrielem, co zdradza objawy schizofrenii (stąd też poniekąd jego transmutacja), Saladynowi zaś wyrastają rogi i kopyta. Przeobrażony w diabła, zostaje aresztowany przez policję, która znęca się nad nim, uznając go za nielegalnego imigranta.
Szkoda, że nie przeczytałeś tej książki, bo wtedy dostrzegłbyś to, co umykało ajatollahowi, kiedy zdecydował się potępić powieść Rushdiego jako antymuzułmańską: owe problematyczne fragmenty to w istocie halucynacje i marzenia senne Dżibrila, a nie opinie samego autora. W onirycznych sekwencjach Dżibrila pojawia się kupiec Mahund, będący aluzją do Mahometa, a prostytutki z domu publicznego w mieście zwanym Dżahilijja przyjmują imiona żon proroka, by reklamować swój przybytek. Dżahilijja, słowo oznaczające w języku arabskim ignorancję i ciemnotę, używane jest także w odniesieniu do przedmuzułmańskiego okresu w historii Arabii, kiedy ludzie nie dostąpili jeszcze łaski boskiej ani nie byli świadomi istnienia proroka. Baba dżan, Rushdiemu zarzucano bluźnierstwo za to, jak przedstawił Mahometa, lecz wystarczy wyzbyć się uprzedzeń i spojrzeć na te sceny obiektywnie, a jasne staje się, że to nie on, autor, lecz stworzona przezeń postać, zapijaczony, pogrążony w schizofrenii Dżibril, postrzega proroka w ten sposób. Nie wspominając już o tym, że Mahund nie jest żadnym niegodziwcem – jest po prostu zbyt ludzki i, jak każdy człowiek, bywa omylny. Pod tym względem przypomina on, jak zauważyli niektórzy krytycy, postać Jezusa z filmu Ostatnie kuszenie Chrystusa w reżyserii Martina Scorsese.
Baba dżan, chciałam zwrócić Twoją uwagę na to, że Szatańskie wersety ukazują miejsce będące wytworem umysłu szaleńca, gdzie nie istnieją wiara, etyka i wiedza; gdzie nikt nie jest tym, za kogo się podaje, ale jedynie jego odbiciem w krzywym zwierciadle; miejsce, gdzie nie liczą się hart ducha ani moralność; gdzie imion dobrych ludzi używa się do ukrywania nikczemności władców, a żony proroka zostają zdegradowane do roli chwytu reklamowego. Wszystko jest tam parodią, złowrogim cieniem prawdziwego świata. Tematem Szatańskich wersetów jest nie islam, lecz „migracja, przemiana, rozszczepiona jaźń, miłość, śmierć, Londyn i Mumbaj”, jak stwierdza sam Rushdie. Podkreśla on, że: „To powieść piętnująca zachodni materializm. Jej ton jest komiczny”.
Książka ta, zamiast ganić muzułmanów za ich wiarę, jest w istocie krytyką nie tylko zachodniego materializmu i komercjalizmu, ale i duchownych uważających się za następców proroka – ludzi pokroju ajatollaha Chomejniego. Pewne podobieństwo do niego wykazuje jedna z postaci występujących na kartach powieści, ów „brodaty imam w turbanie”, przebywający na emigracji w Londynie. Do ojczyzny wraca dopiero, gdy wybucha w niej rewolucja przeciw zachodniemu systemowi, niesiony na grzbiecie uskrzydlonego Dżibrila. Wszak sam Rushdie stwierdził swego czasu: „Potężna kasta duchownych przejęła kontrolę nad islamem. To oni stanowią współczesną Policję Myśli”.
Cudem Mahometa była jego poezja
Wiesz, Babo, rozmyślałam nad tym, jak ukształtowało mnie dorastanie w świeckiej, liberalnej rodzinie muzułmańskiej. W Twoim spojrzeniu na religię była miłość i tolerancja; uczyniłeś wiarę swego rodzaju poetycką wizją. Pamiętam, jak powiedziałeś mi – wspominasz też o tym w zaadresowanym do mnie pamiętniku – o swoim młodzieńczym buncie przeciwko religijnemu fanatyzmowi, któremu ulegli niektórzy z Twoich krewnych, zwłaszcza wujek próbujący sprowadzić Cię na drogę prawowierności. Nadal mam jego list do Ciebie. Napisałeś mu, że nie wierzysz w to, jakoby z miliardów ludzi na Ziemi tylko garstka wybrańców należących do jego wspólnoty wyznaniowej miała dostąpić zbawienia.
Dla Ciebie, dodałeś, religia była miłością; w odpowiedzi wujek oskarżył Cię o skryte sympatyzowanie z sufimi, ową „sektą apostatów”.
Obecnie sufi są prześladowani przez islamski reżim, represjonowani za swoją wiarę w możliwość indywidualnego obcowania z Bogiem, bez uciekania się do pośredników. Kapliczki sufich zburzono, a ich samych aresztowano i poddano torturom, niekiedy zamęczając na śmierć.
Przypominam sobie, jak powiedziałeś mi, z nutą zachwytu w głosie, że wszyscy prorocy dokonywali cudów, by dowieść prawdziwości swojego posłannictwa bożego, a cudem Mahometa było Słowo: Koran. Zapadło mi w pamięć Twoje wyjaśnienie, że czasach, kiedy Arabowie chełpili się pięknem i kunsztem swojej poezji, cudowność Koranu przejawiała się w jego artystycznej wyższości.
– A wiesz, że Mahomet był niepiśmienny? Bóg obdarzył go wiedzą poprzez poezję – powiedziałeś mi wtedy. Pamiętasz to, Babo? Od tego czasu stałam się boleśnie świadoma istnienia innych wersji islamu. Jak każdą religię, można go interpretować na wiele sposobów, czego przykładem jest chociażby ajatollah Chomejni. Miałam nieodparte wrażenie, że w moim rodzimym Iranie religia poniekąd padła ofiarą manipulacji, wykorzystana do podpierania władzy państwa jako ideologia polityczna.
Nie zamierzam prowadzić długich wywodów, zwłaszcza w liście do Ciebie, dlaczego Szatańskie wersety nie są antymuzułmańskie; książka broni się sama. Zgadzam się z Haroldem Bloomem, że wykracza ona poza „kwestie polityczne i religijne”, a jej celem „nie jest ani wysławianie, ani dezawuowanie islamu bądź jego proroka, lecz przedstawienie urokliwej historii i nadanie pięknu osobliwego blasku”. Najważniejsze to stanąć w obronie prawa tej książki do istnienia, będącego fundamentem demokracji. Nie trzeba Cię przekonywać, że fikcja literacka jest właśnie tym – fikcją – i tak należy ją traktować. Zapuszczamy się w niebezpieczne rewiry, gdzie zaciera się granica pomiędzy wytworami wyobraźni a rzeczywistością; zaczynamy używać fikcji jak oręża do walki o własne cele – czy to polityczne, religijne, czy osobiste. Totalitaryzm burzy zaporę dzielącą fikcję od rzeczywistości, co pozwala mu narzucać własne narracje i mitologie swoim obywatelom; wypowiadać się i działać w ich imieniu. Mentalność ta wyrasta na gruncie państw autorytarnych, ale potrafi zapuszczać korzenie również w demokracjach.
Sprawa Rushdiego w Teheranie
Wydanie fatwy zbiegło się z moim powrotem do nauczania, po siedmiu latach od dnia, kiedy wydalono mnie z Uniwersytetu Teherańskiego za odmowę noszenia obowiązkowej chusty. Jak dobrze wiesz, przed rewolucją islamską na uczelniach nie było segregacji płciowej, a kobiety mogły swobodnie decydować o swoim ubiorze. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem Islamskiej Republiki. Uniwersytety, podobnie zresztą jak całe społeczeństwo, odstępowały niekiedy od surowych zasad, lecz nigdy na długo. Mój powrót do środowiska akademickiego zbiegł się z jednym z tych względnie liberalnych okresów; poza tym zdecydowałam się uczyć na najbardziej otwartej uczelni w Iranie.
Nigdy nie zapomnę, jak bardzo ucieszyła Cię moja decyzja. Szczególnie zapadły mi w pamięć Twoje słowa, że reżimy takie jak Islamska Republika zmuszają nas do odcięcia się od świata i innych ludzi, więc musimy wykazać się pomysłowością w odbudowywaniu tych zerwanych więzi. Jednym z najlepszych sposobów na to, Twoim zdaniem, było nauczanie. Gdy poskarżyłam Ci się na władze uczelni i organizacje islamskie, uniemożliwiające mi utrzymywanie szczerych i otwartych relacji z moimi studentkami, odparłeś z niezachwianą pewnością, niemal radością, że na pewno uda mi się obejść zakazy biurokratów.
– Osoby takie jak ty są od nich znacznie bardziej inteligentne i zaradne. Znajdziesz jakiś sposób, by wyprowadzić ich w pole – powiedziałeś. Nie wiem, czy to pamiętasz, ale dodałeś też: – Kto wie, może nawet będziesz miała przy tym ubaw.
Jedno tylko słowo dobrze oddaje uśmiech, jaki w tamtej chwili zagościł na Twojej twarzy: był figlarny.
Nauczanie od zawsze było dla mnie radosnym i wyzwalającym zajęciem, powrót do Iranu ostudził jednak moją radość. Pomimo obietnicy większej tolerancji niemal każdego tygodnia byłam wzywana na dywanik dziekana Wydziału Literatury i Języków, wysłuchując jego reprymend za kolejne wykroczenia: niewłaściwe noszenie chusty, omawianie na zajęciach tematów zakazanych, zbytnie spoufalanie się ze studentkami, sprowadzanie na teren uczelni nieodpowiednich prelegentek. W takich warunkach nie było mowy o poruszaniu „sprawy Rushdiego” ani w salach zajęciowych, ani w jakiejkolwiek innej przestrzeni publicznej.
Nie chcąc poddać się frustracji i gniewowi, w swoim pamiętniku próbowałam osadzić fatwę w szerszym kontekście historycznym. Jej korzenie prześledziłam aż do 380 r. p.n.e., kiedy to Platon spisał swój dialog Państwo. To w nim po raz pierwszy pojawia się król filozof, skazujący poetę na wygnanie. Dzieło to, jak się zdaje, jest pierwszym pisemnym przykładem odwiecznego konfliktu pomiędzy ludźmi u władzy a tymi, którzy nie wahają się mówić im prawdy.
W społeczeństwie idealnym nie ma miejsca na poezję?
Pierwszy raz przeczytałam Państwo na trzecim roku studiów na Uniwersytecie Oklahomy. Baba dżan, może to drobiazg, ale muszę Ci o czymś opowiedzieć. Niemal za każdym razem, gdy mówię komuś, gdzie studiowałam, słyszę to samo, pełne niedowierzania pytanie: „Jakim cudem trafiłaś do Oklahomy? Młoda Iranka studiująca literaturę angielską na Uniwersytecie Oklahomy? Niebywałe!”. I wtedy wyjaśniam, że poślubiłam kogoś, kto tam uczęszczał. Na Wydziale Literatury nie było innych cudzoziemców, nie przeszkadzało mi to jednak czerpać przyjemności z zajęć.
Wracając do Platona, pierwszy raz czytałam go na seminarium „Tło historyczne i społeczne renesansu” prowadzonym przez profesora Jamesa Yocha. Od samego początku lektura Państwa doprowadzała mnie do pasji, choć przyznaję, że moja reakcja była nieco przesadna. Najbardziej rozzłościł mnie werdykt Platona, wygłoszony ustami Sokratesa, że w społeczeństwie idealnym nie ma miejsca dla poety homeryckiego, zwykłego „naśladowcy trzeciego z rzędu”. Jak państwo ma przetrwać, dopytywałam w duchu, bez ciekawości i empatii, dwóch ludzkich cech wyrastających na niwie wyobraźni? Bez niej przestałaby istnieć nie tylko literatura, ale i nauka. Platon ganił poetów, choć sam miał, jak na ironię, doskonałe wyczucie stylu literackiego i talent do układania obrazowych metafor.
Profesora Yocha rozbawiła moja reakcja, a pozostałe osoby z grupy nie pojmowały, dlaczego tak się tym przejmuję. Poza jedną: Danem. On również uważał Państwo Platona za dzieło warte uwagi, ale kategorycznie odmawiał racji moim niesfornym, żarliwym obiekcjom. Dan nie mógł zdzierżyć tylko jednej rzeczy: niesforności. Porządek ponad wszystko inne, taką miał dewizę. Każdy element jego wizerunku był nienaganny: od zapiętej na ostatni guzik sztruksowej koszuli po schludną fryzurę. Godzinami polemizowaliśmy przy kawie; pomimo różnicy zdań na temat Państwa wytworzyła się między nami pewna więź, podtrzymywana głównie dzięki jego stoickiemu spokojowi – na moje płomienne argumenty nigdy nie reagował gniewem. Dan uwielbiał Platona. Bardziej podziwiał chyba tylko pisarkę Ayn Rand, której postaci – ludzie o ponadprzeciętnych zdolnościach – były zdaniem Dana niezbędne do utrzymania narodu w zdrowiu i dobrobycie („zdrowe”, takie właśnie było dla niego społeczeństwo idealne).
Pewnego wieczoru zasiedziałam się do późna nad przedstawioną w Państwie rozprawą Sokratesa o „szlachetnym kłamstwie”. Platon opowiada się za „dobrze urządzonym państwem”, z królem-filozofem na szczycie hierarchii. Pamiętasz zapewne, że Sokrates, aby zachować spokój społeczny, zasugerował rozpowszechnianie wśród nieoświeconych mas szlachetnego kłamstwa, jako swego rodzaju „lekarstwa”, mającego ułatwić zwykłym obywatelom trzymanie się swoich ról, a filozofom – rządzenie państwem. Fałsz ten głosi, że państwoma strukturę hierarchiczną. Na szczycie znajdują się strażnicy-filozofowie – w ich dusze Bóg wmieszał złoto, czyniąc ich „zdolnymi do rządów” (tłum. W. Witwicki). Drudzy w hierarchii są pomocnicy, czy też wojownicy, o duszach ze srebrem. A na samym dole mamy rolników oraz rzemieślników, naznaczonych żelazem i brązem.
Baba dżan, wówczas olśniło mnie, dlaczego sokratejskie państwo jest tak wrogo nastawione do poetów i poetek, bajarzy i bajarek. W stworzonej przez filozofa hierarchii nie ma dla nich miejsca, gdyż folgują oni „temu, co jest poza rozumem w duszy”, obcują z jej „lichym pierwiastkiem”. Nie są praktyczni, nie potrafią rządzić ani wpajać ludziom cnót. Co gorsza, ich opowieści mogą „zaszczepić” u młodzieży „lekkie rozgrzeszenie dla wad charakteru”. Zdaniem Platona poeci homeryccy sieją zamęt, a ich utwory „im bardziej są poetyczne, tym mniej się nadają do słuchania dla dzieci i ludzi dojrzałych, którzy powinni być wolni i więcej się niewoli bać niżeli śmierci”. Brzmi znajomo?
Platońska krytyka poetów wydała mi się śmiechu warta, więc na kolejne seminarium przyszłam uzbrojona w kontrargumenty. Dan nie zabierał głosu w trakcie dyskusji, po zajęciach zaprosił mnie jednak na kawę do Ernie’s Diner, popularnego baru na kampusie. Siedzieliśmy naprzeciw siebie w loży obitej pomarańczową skórą, jedząc pączki i popijając kawę. Dan przedstawił swoje spojrzenie na szlachetne kłamstwo, zarzucając mi zbyt powierzchowne pojmowanie tej misternej idei. Jego zdaniem inaczej nie dałoby się zapanować nad niesfornym społeczeństwem. Sokratejska idea dobrze urządzonego państwa przemawiała do niego, a on sam za słuszną uważał hierarchiczną strukturę z królem filozofem u szczytu.
Ja byłam innego zdania. Dzielenie obywateli na trzy klasy wymienione przez Sokratesa było dla mnie czystą fikcją. Przede wszystkim już samo określenie „szlachetne kłamstwo” sugeruje, że mamy do czynienia z pewną fikcją, i ma ono nader elitarystyczny wydźwięk, w najgorszym znaczeniu tego słowa. Dan zaczął rozprawiać o tym, jak to pospólstwu potrzeba przewodnictwa i mądrości wielkich ludzi, bez których w społeczeństwie zapanowałby chaos. Odróżnić należy, ciągnął, złe kłamstwo od szlachetnego, rozpowiadanego przez mędrców. Gdybym ze zrozumieniem przeczytała Platona, wiedziałabym, że fałsz ten jest dla społeczeństwa niczym lekarstwo – podaje się go ludziom dla ich dobra. Każda władza, przekonywał, nawet demokratyczna, wywodzi się z jakiejś mitologii, ze szlachetnego kłamstwa w takim czy innym wydaniu. Było coś niepokojącego w tym, z jakim spokojem Dan usprawiedliwiał tę ideę, podpierając swoje argumenty cytatami z powieści Ayn Rand. Równie niepokojące było to, że dawałam się pochłonąć Państwu – a także samej Ayn Rand, choć drwiłam z jej prozy; stworzone przez nią postaci mnie odstręczały, a zarazem fascynowały.
Czy ajatollah czytał Platona?
Nie przeszłoby mi wówczas przez myśl, kiedy tak popijałam kawę i zawzięcie polemizowałam z Danem, że za kilka lat, zaraz po zrobieniu doktoratu, wrócę do Iranu i ujrzę tam początki rewolucji islamskiej.
Nie podejrzewałam, że przyjdzie mi zamieszkać we współczesnej teokratycznej wersji Państwa.
Czytając dialog Platona w Islamskiej Republice, przypomniałam sobie o Danie i jego zarzutach do mojej interpretacji. Rzeczywiście nie doceniłam, jak złożone były idee Platona. Kiedy dzisiaj sięgam pamięcią do naszych przyjaznych dyskusji, stwierdzam, że argumenty Sokratesa skłoniły mnie do krytycznej refleksji – nawet jeśli się z nimi nie zgadzałam. Zrozumiałam również, jak wyjątkowe było to, że potrafiliśmy z Danem, mimo dzielących nas głębokich różnic, toczyć intelektualnie stymulujące dyskusje, i to z tak wielką tolerancją i wzajemnym szacunkiem. Co się tyczy Platona, nadal jestem odmiennego zdania niż Dan, a mój sprzeciw wobec tego, jak Sokrates obchodzi się z poetami, nie osłabł ani trochę.
Możliwe, że spór między królem filozofem a poetą jest nieunikniony. Baba dżan, jestem tego niemal pewna, ujrzawszy dowody na to zarówno w Republice Islamskiej, jak i w Ameryce. Postaci te reprezentują dwa przeciwstawne światopoglądy: jeden dąży do narzucenia władzy i utrzymania jej za wszelką cenę, drugi zaś kwestionuje ją i próbuje obalić. Gdy tylko opuścimy dobrze urządzone, hierarchiczne i statyczne państwo, wkroczymy w hałaśliwą, tłoczną, chaotyczną i (znów to słowo) figlarną domenę poety, gdzie nie ma prostych odpowiedzi, a nierzadko zdarzają się też sprzeczności. W tym świecie bohaterowie są ułomni, ich postępowanie niejednoznaczne; na wszystkim kładzie się cień zwątpienia. „Zaryzykuj”, radzi nam poeta Rushdie, dodając: „Zawsze próbuj osiągnąć więcej – zrezygnuj z sieci bezpieczeństwa – mierz wyżej od gwiazd – nie przestawaj się uśmiechać – zachowaj zimną krew – sprzeczaj się ze światem. I nigdy nie zapominaj, że pisanie sprowadza się do pamiętania o tysiącu i jednej rzeczy – dzieciństwie, pewnikach, miastach, wątpliwościach, marzeniach, chwilach, powiedzeniach, rodzicach, uczuciach – które niczym woda przeciekają nam między palcami” (tłum. E. i T. Hornowscy).
Szlachetne kłamstwo jest siecią bezpieczeństwa, sposobem na utrzymywanie nas w ryzach. Poeta Rushdie radzi nam je odrzucić i sprzeczać się ze światem. Cóż innego pozostaje królowi, jak tylko wyrzucić poetów i poetki, bajarzy i bajarki ze swego państwa? A poecie – podkopywać władzę króla-filozofa, głosząc prawdę?
Drogi Babo, nie wiem, czy ajatollah Chomejni kiedykolwiek czytał Platona. Możemy jednak śmiało założyć, że nie była to lektura Donalda Trumpa; nikt zresztą nie nazwałby go królem-filozofem ani nie zarzuciłby mu posiadania umysłu skalanego głęboką refleksją filozoficzną. Mimo to zarówno Trump, jak i Chomejni wpisują się w ten sam schemat, podnoszą te same argumenty i postępują tak samo. Wiemy również, że Salmana Rushdiego uznano za winnego tej samej obrazy majestatu, której onegdaj dopuścił się ów poeta-banita.
Jakkolwiek nazwiemy tę postać – królem filozofem, najwyższym przywódcą, Führerem, ojcem narodu czy panem prezydentem – jest to wciąż jedna i ta sama osoba. Sprzeciwianie się władzy od dawna leży w naturze poetek, myślicieli, artystek, muzyków, pisarek, naukowców i dziennikarek; swobodę wypowiedzi mają we krwi. „Czym jest wolność słowa?” – zapytuje Rushdie. „Prawem do obrażania, prawem do kwestionowania, a nawet ośmieszania wszelkich ortodoksji, łącznie z religijnymi. Bez tego prawa wolność słowa przestaje istnieć”. W Szatańskich wersetach autor stwierdza: „Rola poety to nazywać nienazwane, wytykać fałsz, opowiadać się po jednej stronie, wszczynać spory, kształtować świat i nie pozwalać mu zasnąć”. Aby utrzymać porządek i władzę, jedna strona ustanawia szlachetne kłamstwo; druga stara się zastąpić je niewygodną i wywrotową prawdą, tworząc sztukę.
***
Baba dżan, jeszcze jedna rzecz, zanim postawię ostatnią kropkę tego listu: opisywanie starcia króla filozofa z poetą przypomniało mi o pewnym niezwykłym wydarzeniu z czasów, kiedy mieszkałam jeszcze w Islamskiej Republice. Pamiętasz zapewne, jak po rewolucji nowe władze burzyły pomniki przedstawiające szacha i jego ojca, jak zmieniały nazwy ulic oraz placów noszących ich nazwisko. Islamski reżim chciał także usunąć posąg naszego wielkiego poety epickiego Ferdousiego, którego dzieło opiewa świetność starożytnego Iranu i opisuje jego przedmuzułmańskich władców, oraz zmienić nazwę ulicy nazwanej na cześć Omara Chajjama, poety, agnostyka i astrologa. Lud darzył ich jednak takim uwielbieniem, że władze zmuszone były porzucić swoje plany. Co więcej, rządzący musieli po latach przyznać się do porażki i zacząć wysławiać poetę, którego posąg niegdyś chcieli zniszczyć. Chomejni zdołał obalić króla, lecz nie poetę. Jak ujął to Shakespeare:
„Marmur, pomniki książąt złotem kryte
Mocy tych rymów nigdy nie przeżyją”. (tłum. J. Pietrkiewicz)
Z pewnością zgodzisz się, że Ferdousi nie wierzył ani w życzliwość świata, ani w łaskę królów; wierzył w swoją poezję, kończąc Szahname tymi oto słowy:
„I oto koniec już wielkiej historii.
Cały kraj zazna blasku mojej glorii:
Nie umrę ja, zasiawszy tu nasiono,
które nie wyda mnie na śmierci łono.
A ludzie rozumu uznania słowa,
głosić będą, gdy ucichnie ma mowa”.
Uściski
córeczka Baby
Azi
Tłumaczył Dawid Czech
Fragment książki Czytaj niebezpiecznie, która ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Karakter. Tytuł, śródtytuły i skróty od redakcji