Subskrybuj
Bartłomiej Majzel fot. Maciej Jarzębiński / Agencja Wyborcza.pl
Bartłomiej Majzel fot. Maciej Jarzębiński / Agencja Wyborcza.pl
Pochodząca z beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka autorka sześciu książek poetyckich, w tym nagradzanych tomów Matecznik i Sny uckermärkerów (Nagroda Literacka Gdynia, 2019). Za tom Mer de Glace (Wydawnictwo Warstwy, 2021) dostała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej (2022). Jej...

Deszcz alfabetów: Bartłomiej Majzel

Tom Bartłomieja Majzla w sposób przejmujący – i gruntownie przemyślany – przeprowadza czytelnika przez opowieść o kondycji człowieka u początku antropocenu.

Zacznijmy od szczegółów, od słów, które budują jeden z wierszy Bartka Majzla w jego najnowszym, znakomitym, tomie Nagonka (WBPiCAK w Poznaniu, 2023). Wypowiadam je na głos, tak jak zwykle, bowiem tak czytam wiersze. Brzmią echem w przestrzeni pokoju: „lęk”, „muszla”, „szyszka”. Obracam ten wiersz w ustach i w głowie, zaglądam do niego w wersji papierowej, wracam z naostrzonym ołówkiem, zaznaczam (po kilku takich podejściach cały wiersz jest podkreślony). Co mnie przy nim trzyma? Co mnie do niego przywołuje? To silny, zbudowany na kontraście, sensualny, taktylny wiersz. Osobista perspektywa zbliża do niego, oto bowiem tekst rozpoczyna słowo „mówiłem”, które przypomina boski gest stwarzania – oto mówię i oto to się staje. Tu jednak mówi się, bo coś się już wydarzyło i wydarza w czasie mówienia (w czasie wiersza). Poeta towarzyszy światu w stawaniu się, w wydarzaniu się, w procesie, w zmianie. Sam jest sprawczy w tym wszystkim, czytamy: „moja ręka trzęsie drzewem”.

Oddalmy się na moment i spójrzmy na kontekst. Nim niech będzie cały tom, który w sposób przejmujący – i gruntownie przemyślany – przeprowadza czytelnika przez opowieść o kondycji człowieka u początku antropocenu. Wyobrażam sobie, że można byłoby zrealizować tę książkę w języku filmu, byłby to wówczas obraz schyłkowy, postapokaliptyczny, w którym my, ludzie, przyglądalibyśmy się światu i sobie ze strachem, napięciem. Mało byłoby w tym filmie jasności i słońca, ale, nie, nie byłby to film pozbawiony nadziei. Nadzieja jest, chociażby w pisaniu, patrzeniu, namyśle, pracy wyobraźni. To pozostaje w obliczu kataklizmów.

Dla siebie czytam ten wiersz jako metaforyczny opis pożaru. Płonie świat, a może płonie pobliski las. Wiele w tym tekście naprowadza na ogień, oto: „krwawa mgła”, „swąd”, „kolory lasu poznikały”. Temperatura pierwszej części wiersza jest nie do zniesienia, dusi, rodzi lęk, sprawia, że nagle wyobraźnia podsuwa mi obrazy płonących lasów, zaczyna się karuzela kadrów: płoną lasy Australii (fotografia Matthew Abbotta przedstawiająca uciekającego kangura na tle płonącego domu), płoną lasy Kalifornii (płonące wzgórza, które uchwycił na fotografiach Stephen Lam), płonie Grecja (fotografia Greczynki łapiącej w teatralnym geście oddech, a może to chwila, w której rodzi się w niej płacz, za nią od wzgórz podchodzi pod jej dom ogień, autorem zdjęcia jest Konstantínos Tsakalídis). I to boli, te obrazy bolą i ten początek wiersza dotyka, ale poeta jest czuły, poeta nie zostawia nas bez nadziei, poeta wprowadza w wiersz oddech, którym jest ocean. Ulga. Oto możemy dać odpocząć oczom i myślom, oderwać je od ognia i skierować w kojącą wodę, a jeśli na dodatek to jest ocean, dla mnie, czytającej, to ratunek.

Wierszom w tym tomie towarzyszą fotografie Marka Kaźmierczaka. One podpowiadają również postapokaliptyczne tropy (i ponownie wizualne tropy, filmowe Mad Max, Jestem legendą, The Walking Dead!).

Zbliżmy się ponownie do wiersza, do końcówki, w której szukam pocieszenia, ratunku, schronienia. Oto ręka piszącego i patrzącego trzęsie drzewem, szyszka spada, uwalnia się i dzięki ręce, która jest sprawcza, upada, domyślamy się, że na ziemię, być może już wcześniej dotkniętą ogniem, taką, jaka nie rodzi. Co dzieje się dalej? Wyobrażam sobie, że opada i rozsiewa nasiona, które wzrastają i są zalążkiem nowego lasu. Poeta tego nie dopowiada, wie, tak przypuszczam, że czytelnik / czytelniczka dopowiedzą sobie to, czego akurat potrzebują. Jeśli tak jak ja potrzebują nadziei w patrzeniu w przyszłość, to może właśnie tym, co zobaczą, będzie kiełkujący las.

Nagonka to tom niepokojący, niespokojny, cały w drganiach niepokoju i ufundowany na zwierzęcej czujności. Już w tomie Terror (WBPiCAK, 2015) można było czytać wiersze, które uważnie przyglądają się rzeczywistości i są wobec niej surowe. Poeta patrzył i pisał, wyciągał na światło dzienne niewygodne ludzkie zachowania, instynkty. Za tytułowym „terrorem” kryją się różne odsłony opresji – takiej, w jaką wpędza nas świat, lub takiej, w jaką wpędzamy siebie, my, ludzie, nawzajem. Najnowszy tom (powrót poety książką po ośmiu latach) stanowi – wydaje się – naturalną kontynuację tamtych tropów, tu jednak jakby wszystko zostało wprawione w ruch. Trwa przemieszczanie się, ucieczka – odchodzi się, ucieka, „cicho mija świat”.

Pisanie i patrzenie, o których czytam w wierszu, nie uwalnia od lęku, jest zamiast niego. Ale jest dla mnie w tych dwóch aktach siła i nadanie sobie jako podmiotowi, jako człowiekowi sprawczości. A poza tym taka myśl (poza wierszem, choć sprowokowana nim) – czytanie, czytanie wierszy, w ciszy i czytanie wierszy na głos jako ulga, jako praca wyobraźni, jako ocean, w którym można zanurzyć rozgrzane ciało.

Bartłomiej Majzel

w dolinie słońce zaszło krwawą mgłą

mówiłem: swąd. wiedząc że właśnie

mija dzień. kolory lasu poznikały.

chciałem się uwolnić od lęku.

zamiast tego pisałem i patrzyłem

jak muszla chowa się w pianie

oceanu. moja ręka trzęsie drzewem.

a strącona szyszka uwalnia się

dzięki mnie i spada


Bartłomiej Majzel

Nagonka

WBPiCAK, Poznań 2023

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu