Subskrybuj
Ilustracja: Jakub Ferenc
Ilustracja: Jakub Ferenc
Absolwentka matematyki teoretycznej. Debiutowała minipowieścią dla młodzieży Rok Smoka. W 2007 r. wydała Kotkę Brygidy, pierwszą od kilkudziesięciu lat powieść o Holokauście skierowaną wprost do młodego czytelnika. Do jej najnowszych publikacji należą: powieść Sny o...

Teletubbies

Patrzymy, ja przez lornetkę, ona przez lunetę, którą przyciska do lewego oka. Wiemy, czego szukamy.

Obudził się zimną nocą w lesie, wyciąg­nął rękę i dotknął śpiącego obok dziecka. Noce ciemniejsze od ciemności, każdy nowy dzień bardziej szary od poprzedniego.

Cormac McCarthy, Droga, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

  1. STREFA

Obudziłam się zimną nocą i wyciągnęłam rękę, aby dotknąć śpiącego obok dziecka.

Dziecko śpi, ale zsunęło z siebie kołdry i palta, ciężkie jak sterta desek. Leży na brzuchu w polarowym zajęczym kostiumie, z wielkimi uszami sterczącymi z kaptura.

Hej, zajączku. Zajączko. Przykryję cię. Tak?

Nasuwam na nią po kolei kołdry i płaszcze, a ona wyczołguje się spod nich przez sen. Odgarniam więc te wszystkie warstwy i przykrywam ją tylko pierzynką, którą kupiłeś nam na rocznicę ślubu. Dziecko zwija się w kłębek, nieruchomieje, oddycha spokojnie i cicho.

Chce mi się palić. Wkładam twoją puchówkę i wychodzę na taras. Nie jest zimniej niż w domu, wiatr jest prawie ciepły, papieros rozgrzewa mnie od środka. Przelatują dwa drony, szperając po krzakach reflektorami, potem zapada cisza, niezwykła, bo zawsze jakieś warkoty, dalekie wystrzały, krzyki. I nagle widzę z daleka płomyczek, jakby ktoś przypalał papierosa. A potem ognik, wędrujący po czarnej tablicy lasu.

Palimy. Jak żołnierze w okopach po dwóch stronach frontu.

– Mamo, pani Ola mówiła, że papierosy są szkodliwe. Pytała, czy nasi rodzice palą papierosy.
– I co? Powiedziałaś, że palę?
– Nie. Pani Ola też pali papierosy.
– Skąd wiesz?
– Po zapachu. Pachnie jak ty. I po spojrzeniu. Bo pod koniec lekcji patrzy na swoją torebkę.

Wtedy zaczynamy szaleć. A pani Ola nic na to nie mówi. Bierze torebkę i sprawdza, czy ma w środku papierosy.

– Będziesz świetnym detektywem.
– Już jestem detektywem. Wyśledziłam, jakie papierosy pali pani Ola. Marlboro. Ty też palisz marlboro. Zawsze będziesz palić papierosy, prawda mamo?
– Powinnam rzucić.
– Nie wyrzucaj papierosów, dobrze? Jak śpię i się budzę, i nie ma cię w łóżku, to czuję twój dym. Lubię twój dym.

Nie jestem dobrą matką. A ty nie jesteś dobrym ojcem. Zostawiłeś mnie samą z twoim dziwnym dzieckiem. I z wielkim domem na pustkowiu. Powinnam przestać palić. Papierosy są drogie.

Zamaskowany robokop patrzy na dziecko i oczy o mało co nie wyskoczą mu z otworów w kominiarce.

– To pani dziecko?

Co mam mu powiedzieć? Że to dziecko faceta, który wyjechał do Meksyku?

Dziecko ratuje sytuację.

– To moja mama. Nie widzisz? I nie celuj w nas karabinem.
– Nie jest podobna do pani.
– Jestem podobna do taty.

Odjeżdżamy, a robokop nam macha. Widzę w lusterku, jak drugi robokop wychodzi zza krzaka, zapinając spodnie, ciągnąc za sobą karabinek. Łajzy.

To kłamstwo, że dziecko jest podobne do ciebie. Do ciebie, świńskiego blondyna z niebieskimi oczami, z piegami w każdym możliwym miejscu? Pewnie podobne jest do matki. Nie znam matki twojego dziecka, nie widziałam nawet jej zdjęcia. A może to nie jest twoje dziecko? Może je sobie kupiłeś na targu, na jakimś suku, gdzie na ubitej ziemi stoją stragany ze wszystkim? Lepiej nie drążyć. Póki nikt nie wie, że zaginąłeś, dziecko może być ze mną. Mam twój paszport, jeszcze bez odcisków palców, wziąłeś ze sobą inny, na inne nazwisko. Jak wpadniemy w kłopoty, poderwę faceta podobnego do ciebie. Może nawet nie stąd, jakiś wojenny uciekinier może zechce zostać tu na zawsze, z twoim imieniem, twoją żoną, twoim domem. To mój plan B, gdyby chcieli odebrać mi dziecko.

Gdyby tylko nie było tak zimno. Jeszcze mam plan C.

Nie powiem jaki.

Zadzwoniła pani Ola.
– Lepiej, żeby pani sama odwoziła córkę do szkoły.
– Dlaczego?
– No, wie pani, mieszka pani najdalej. Kierowca autobusu narzeka.
– Możemy podchodzić do furtki Marcina.
– Nie chciałam tego mówić, ale to chodzi o pani córkę.
– Sprawia kłopoty?
– Nie. Ale tak. Jak Łowcy kontrolują autobus. Wie pani, oni wchodzą do autobusu z bronią.

I zawsze sprawdzają pani córkę. Ją na pewno to stresuje.

– Tylko moją córkę?
– Jej wygląd… Mnie to nie przeszkadza, naprawdę.
– Co z nią? Ma zły wygląd?
– Nie jest podobna do pani. A może chciałaby pani załatwić jej nauczanie domowe? Pani jest taka wykształcona.
– O co chodzi, pani Olu?
– Sama pani wie. Te jej oczy. Wygląda jak nie stąd…

Podczas tej rozmowy pani Ola wypaliła dwa papierosy. Słyszałam, jak zapala papierosa. Też zapaliłam.

– Gdzie pani teraz jest? – spytałam na koniec, niespodziewanie.
– Spaceruję. Oddycham świeżym powietrzem.

„Akurat. Oddychasz marlboro, głupia krowo. Świeże powietrze by cię zabiło”. To tylko pomyślałam.

– Co ty, mamo. Chcę chodzić do szkoły. I nie chcę, żebyś mnie woziła. Wiesz, my lubimy czekpointy. Jak długo sprawdzają, to spóźniamy się na lekcje. Marcin zawsze mnie namawia, żebym udawała nielegala. Raz nawet wziął trochę ziemi i pobrudził mi twarz. Wyglądałam jak dziecko z lasu. Takie jak w telewizji.
– To niebezpieczne, kochanie. Łowcy mogą się zdenerwować i zrobić coś złego, z nerwów. Nie powinnaś jeździć autobusem.
– W samochodzie też nie jest bezpiecznie, mamo.

Obudziłam się zimną nocą i otworzyłam oczy. Dziecko stało na tle wielkiego jak boisko okna, na tle chmur pędzących przez jasną polanę, pośrodku której tkwił księżyc. Pełnia.

Usiadłam i postawiłam stopy na podłodze. Przeszył mnie kamienny chłód.

– Zamówiłem marmurowe kafle w Alicante – powiedziałeś. – Będziemy mieli podłogę jak w tamtym hotelu na Majorce.
– Zwariowałeś, to nie ten klimat. Nie chcę marmuru na podłodze.
– A właśnie, że chcesz. Marmurowa posadzka rozgrzana słońcem. Zobaczysz. Będzie super.

Tak miało być. Super.

Malutka, przygarbiona postać stoi na krawędzi domu, na tle okna tak wielkiego, że nie wygląda jak okno, tylko ściana, której nie ma.

– Czemu nie śpisz? Co robisz, szaraczku?
– Czekam na nielegale. Tamte dwa z dzieckiem. Nie widzę ich. Mówili w telewizji, że jest mróz i że wszystkie nielegale zamarzną. Będą mieli wychłodzenie organizmu. To się nazywa hipotermia, takie słowo.
– Ależ, kochanie, na pewno nie zamarzną.
– Mamo, czy tamtej dziewczynce jest ciepło? – Skąd wiesz, że to dziewczynka?
– Wiem.

Dom na pustkowiu. Pustina, pustota, pustka. Nikogo dookoła, tylko sarny i dziki. Brzozowy zagajnik na piaskowym pagórku, szarorude lisy i czerwonogłowe grzyby. Niżej brunatnozielone bagno, rzeczka, dalej puszcza, knieje.

Będziemy tu szczęśliwi, mówiłeś. Tylko ty, ja i dziecko. Będziemy mieli jeszcze inne dzieci, nasze.

Ostatniego dnia staliśmy na werandzie w promieniach zachodzącego słońca. Miałeś na głowie kowbojski kapelusz, ja byłam w białej sukience. Dziecko spało w hamaku. Oparłeś sztucer o ścianę domu.

– Co to, kurwa, ma być? Western? Zostawisz mi tę strzelbę i pojedziesz do Meksyku, a ja będę strzelała do Indian, żeby nie spalili naszej hacjendy?
– Ktoś musi utrzymać ten dom. Nie zarobisz na niego tym swoim pisaniem – powiedziałeś.

Budzę się zimną nocą. Dziecko stoi pod oknem, na tle chmur oświetlonych księżycem. Płaska księżycowa twarz ukazuje się co chwila pomiędzy poszarpanymi kształtami, a dziecko unosi rękę, jakby dawało komuś znak.

Biorę koc, podchodzę do okna, owijam dziecko.

– Zmarzniesz.
– Nie chcę. Drapie. Myślę o dziewczynce. Wtedy bawiłyśmy się w Teletubisie. Ja byłam Laa-Laa, a ona była Po.
– Była tutaj?
– Nie, mamo. Bawiłyśmy się z daleka.

Ja też widziałam tamtą dziewczynkę z daleka. Miała czerwony kombinezon. Obok niej stały dwie kobiety, stara i młoda.

Chciałam podnieść rękę i pomachać.

Rozmawiałam przez telefon.

Łowcy podjeżdżają na sygnale. Wpadają na kawę, jakby byli sąsiadami. Jest ich troje, dwóch mężczyzn i kobieta. „Zimno tu u pani” – mówią. Stoję przy zlewie w twojej kurtce. Twoje dziecko w żółtym kombinezonie narciarskim siedzi na podłodze i rysuje.

– Hej, zdejmij kaptur – mówi kobieta.

Dziecko zsuwa kaptur nie przestając rysować. Rysuje coraz szybciej, zamazuje czarną kredką cały karton.

– Fajny masz kombinezon, idziesz na narty?
– Nie widzisz, że nie ma śniegu?

Łowczyni patrzy zaskoczona. Jakby nie spodziewała się, że dziecko odpowie.

Teraz moja kolej.

– Śliczna dziewczynka. To pani córeczka?
– Aha.
– Bo pani blondynka. I te niebieskie oczy.

Soczewki. A włosy. Możemy wszystko, prawda? Utlenić, ufarbować. Jak nam się podoba. Pani ma piękne. Platynowe.

Łowczyni bierze kubek kawy, dwaj Łowcy idą sprawdzić dom, czy nie zakradł się jakiś nielegal.

Wychodzę z Łowczynią na taras. Kawa i papierosy, jak u Jarmuscha. Jak w kinie.

Następnego dnia dostaję maila od pani Oli. Dzieci miały narysować laurki dla Łowców. W ataczmencie rysunek. Dziecko w żółtym kombinezonie i troje Łowców w mundurach, dwóch mężczyzn i kobieta z długimi włosami. Dziecko mierzy do nich z karabinu, Łowcy stoją z rękami w górze.

Nasz dom jest najpiękniejszy w okolicy. Oddalony od innych, wyrastający z ciemnozielonego wzgórza. Drewno, szkło i rośliny. Dwie ściany salonu z zielonych porostów, dwie ze szkła. Nie sposób umyć tych ogromnych szklanych powierzchni, a porosty, które utrzymywał skomplikowany system nawadniania, bez specjalnej konserwacji po prostu uschły. Dobrze, że nie zgniły.

Wieś, przez którą prowadzi droga do naszego domu, to zwykła wiocha, wzdłuż szosy ciągną się żelazne ogrodzenia i ciemnozielone ściany tui. Nikt nie chodził ulicą, wieczorami było pusto i cicho, tylko telewizory świeciły w oknach. Tak było, zanim zrobili Strefę.

Bo teraz mieszkamy w Strefie, w kwadracie LG 54. Zamknięta granica, wojenne pojazdy rozjeżdżające drogi, drony jak osy, helikoptery jak szerszenie, wszędzie ludzie bez twarzy, z bronią, w mundurach.

Tylko w sklepie zakładają swoje twarze. Żołnierze dzieci o rumianych policzkach i łakomych oczach, stojące karnie w kolejce po chipsy, słodkie napoje, papierosy i płaskie buteleczki wódki z obrazkami owoców na etykietach. Nikt ich nie pyta, czy są pełnoletni, czy mogą legalnie pić alkohol.

– Kupisz mi, mamo? Taką z brzoskwinkami.

Dzieci w mundurach się śmieją, twoje dziecko razem z nimi.

Gdy wracamy z zakupami do domu, zatrzymują nas dwa razy.

– Co pani ma w bagażniku?
– Po co pani dwie zgrzewki wody? Mieszka pani tylko z dzieckiem? Duże te zakupy. Spodziewa się pani gości?

Dziecko śpi na tylnym siedzeniu z buzią ukrytą pod kapturem.

– No dobrze. Niech pani jedzie. Niech pani nie zatrzymuje się po drodze. Odjeżdżamy i dziecko podnosi głowę.
– Wcale nie spałam – mówi.
– Dobrze, że nie kazali ci się pokazać.
– Bo już mnie widzieli. W piątek. Pamiętasz? Jeden zapytał, kto mi pobrudził oczy, że mam takie czarne.
– Skąd wiesz, że to ci sami? Wszyscy wyglądają tak samo.
– Każdy ma inny głos. Posłuchaj ich, mamo. Następnym razem.

Zajeżdżamy pod dom i idę na taras zapalić.

Dziecko sadowi się obok mnie.

– Może przyjdą nielegale. No wiesz, tamta dziewczynka. I mama dziewczynki. I babcia. – Skąd wiesz, że to mama i babcia?
– Widziałam. Wiesz, martwię się, że dziewczynka nie ma nic do jedzenia.
– Na pewno ma co jeść.
– Zaprosimy ją do domu, jak przyjdzie?
– Nie możemy. Mogłabym iść za to do więzienia.
– To pobawimy się w ogrodzie.

Dziecko wstaje i wbiega do domu.

Każda pora roku tutaj jest inna. Zima szara, wiosna seledynowa, lato zielone… Najbardziej lubię kolory jesienne, takie jak teraz, brunatne, szarobure, zgniłozielone. W nocy był mróz, spadło trochę śniegu, białe łaty na pagórkach, powietrze jak kryształowy kieliszek.

Dziecko wraca i wręcza mi twoją myśliwską lornetkę. Przynosi też małą lunetę.

Patrzymy, ja przez lornetkę, ono przez lunetę, którą przyciska do lewego oka. Wiemy, czego szukamy.

I znajdujemy, jednocześnie. Na skraju lasu. Czerwony kombinezon wtulony w niebieską kurtkę z kapturem, a dalej czarny płaszcz, plecak, jakieś rzeczy. W zaroślach, przyprószone śniegiem.

Dziecko zrywa się i biegnie w stronę lasu. Łapię je i trzymam mocno, wrzeszczące, kopiące, młócące pięściami.

– Nie widziałaś tamtej dziewczynki. Nie ma jej tam. Ona wróciła do domu. Ze swoją mamą. I z babcią. Nic nie widziałaś. Wydawało ci się. Nie płacz.

Najstraszniejsze jest to, że mogłabym je pokochać, tamto małe stworzenie w czerwonym kombinezonie. Mogłabym je wziąć na ręce, przytulić, poczuć na swoim policzku delikatny dziecięcy policzek. Mogłabym siedzieć przy stole z tamtymi kobietami i rozmawiać o niczym, o dzieciach.

Usmażyłabym placki kartoflane i otworzyła butelkę dziesięcioletniego porto, którą dostałam od ciebie na trzydzieste urodziny, wciąż stoi za książkami.

Gdyby było lato, siedziałybyśmy na tarasie. Mogłabym zapalić lampy w ogrodzie, a nocne owady krążyłyby wokół nich jak żywe abażury.

Ach, głupie myśli. Przestańcie się myśleć, głupie myśli.

 

  1. DŻUNGLA

Kobieta obudziła się zimną nocą, w lesie, wyciągnęła rękę i dotknęła śpiącego obok dziecka. Bała się, że jej ręka napotka martwe ciało. Tydzień temu umarło w nocy młodsze dziecko, niemowlę, zobaczyła to dopiero rano, gdy chciała je nakarmić. Usłyszała świszczące chrapanie babci dziecka, swojej teściowej. „Ciszej” – wyszeptała i chrapanie umilkło. Przyciągnęła dziecko do siebie i spojrzała w górę, na księżyc, którego okrutna twarz patrzyła na nią spod nawału chmur.

Nic nie jadła od trzech dni. Miała jeszcze trochę mleka w piersi, po tamtym niemowlęciu, i dawała possać co jakiś czas dziecku albo teściowej, która zupełnie opadła z sił, gdy z obozu w wielkiej hali strażnicy zabrali jej syna. Potem kazali im iść w stronę granicy, do lasu, szczuli je psami i strzelali w powietrze.

Nie miały już nic do picia, lizały mokre liście i ssały kępki traw, raz znalazły w lesie malutką strugę, wypływającą spod ziemi, piły wodę z bagna, uzdatniając ją specjalnymi pastylkami.

W samolocie stewardesa podała jej herbatę w plastikowym kubeczku i wałeczek cukru. Uśmiechnęła się do niemowlęcia. Kobieta rozerwała papierek i wsypała cukier do kubka, zamieszała drewnianą szpatułką. „Lubię słodką” – powiedziała. „Powinna pani pić z mlekiem, to dobre na pokarm” – powiedziała stewardesa i postawiła na jej stoliku maleńki pojemnik mleczka do kawy. „Jak ma na imię?” – spytała.

Teraz niemowlę leżało gdzieś pod stertą zeschniętych liści, bez imienia, samo w zimnym lesie. A kobieta myślała o kubku herbaty i czuła jej dojmujący smak: słodki i gorzki zarazem, głęboki, ciemny, gęsty assam przełamany brązowym cukrem i skondensowanym mlekiem.

„Obudził się zimną nocą w lesie” – to zdanie weszło jej w krew, bo tak zaczynała się książka, którą całkiem niedawno omawiała na zajęciach z literatury, Droga Cormaca McCarthy’ego. Wtedy, gdy jeszcze można było czytać amerykańskie książki, gdy kobiety mogły uczyć mężczyzn i gdy rano, przed pracą, mogły siedzieć w kawiarni Starbucks, same, bez męskiej opieki, pić kawę i stukać w klawiaturę laptopa. W tamtej książce mężczyzna szedł z synkiem przez wyludnioną Amerykę, zniszczoną przez nienazwaną katastrofę. Nie było już nic, tylko zimno, śnieg, deszcz, błoto i uzbrojeni ludzie – mordercy, kanibale. Jak teraz: wszechogarniający chłód, wilgoć, ciągły głód i żołnierze, przed którymi trzeba się chować.

Mężczyzna z synkiem przemierzali Amerykę, kierując się w stronę oceanu. Nieśli ogień, jak przypominał chłopcu mężczyzna.

Kobieta, jej córeczka i teściowa nie niosły żadnego ognia, wędrowały w błotnistym i zimnym bardo o szerokości kilkunastu kilometrów, taki przydzielono im kontynent, snuły się po nim tygodniami, wte i wewte, a tymczasem robiło się coraz zimniej. Zamaskowani ludzie w mundurach nie byli kanibalami, nie chcieli ogryzać ich kości. Raz nawet dali dziecku bułkę, na którą mała rzuciła się żarłocznie. A potem po raz kolejny wywieźli je w las.

Kiedyś kazała studentom wyobrazić sobie, co czuje mężczyzna z powieści. Nazywać te uczucia. „Skąd mam wiedzieć? – spytał chłopak bawiący się smartfonem. – To tylko książka.

„A pani wie, co on czuł?” Patrzył na nią drwiąco, była tylko kobietą.

Wiedziała, co czuł tamten mężczyzna z książki. Potrafiła to sobie wyobrazić. Wtedy. Bo teraz już by nie potrafiła. A może nie czuł nic? Tak jak ona teraz. Napiłaby się tylko herbaty, och, assam. „Śpij – wyszeptała do dziecka. – Śpij, córeczko. Nie musisz wstawać do przedszkola”.

Teściowa nie miała telefonu, zabrali go żołnierze, zanim po raz kolejny wywieźli je do lasu, a jej był już tylko atrapą, głuchym gadżetem, co z tego, że nazywał się iPhone i miał złotą obudowę. „Jestem kobietą ze złotym telefonem” – zażartowała, gdy odpakowała prezent. Gdy przed wyjazdem dostała powerbanka, już nie żartowała. „Ma 20 000 pojemności – powiedział jej mąż – większego nie było”. Nie rozmawiali o tym, po co wiozą ze sobą powerbanka, może się przydać w naszej podróży z nadbagażem, walizami Samsonite na kółkach, tak samo latarka, batoniki energetyczne, peleryny z folii, srebrne płachty, ogrzewacze do rąk i nóg, pastylki do uzdatniania wody. Nie byli naiwni, wiedzieli, co może ich spotkać, ale nie spodziewali się, że to ich spotka. Kobieta znała różne historie, nie tylko ze swojej części świata, studiowała historię Europy, czytała o ludziach, którzy wsiadali do pociągu elegancko ubrani, w pelisach, ze skórzanymi walizkami i w zielonych pulmanowskich przedziałach jechali na zatracenie.

Zawsze chciała zobaczyć miasta Europy, Wenecję z Don’t Look Now, Paryż z O północy w Paryżu, Lizbonę z Lisbon Story, Berlin z Nieba nad Berlinem. I nagle, niespodziewanie, w stresie i popłochu, znalazła się w samolocie lecącym do miasta, którego nazwa była tylko nazwą, z niczym jej się nie kojarzyła, z żadnym filmem ani książką. Ale było w Europie. A Warszawa – widziała kiedyś Dekalog – była tylko trochę dalej, 546 kilometrów, jak twierdziła mapa Google. Potem jeszcze tylko 572 i już Berlin. A potem 1054 i Paryż, a tam Mona Lisa ze swoim nieodgadnionym uśmiechem. Kobieta wiedziała, że muszą przedostać się przez jakiś kraj, przejść przez jakiś las, a potem przez niezliczone administracyjne procedury, ale miasta, które znała z filmów, opanowały jej wyobraźnię i już tam była, już chodziła tamtymi ulicami, bulwarami, nad rzeką, za którą, we mgle, widziała zarysy gmachów, wież, kościołów.

W samolocie kobieta obejrzała Drogę według powieści McCarthy’ego, ale tylko dlatego, że zobaczyła ją w filmotece dostępnej podczas lotu, a nie widziała jej wcześniej. Z niemowlęciem u piersi, z kubkiem herbaty zabielonej mlekiem, z tak paraliżującym lękiem, że nie mogła ruszyć ręką, aby wyłączyć ten film. A przecież mogła wybrać inny, choćby Diabeł ubiera się u Prady. Po co jej były obrazy, które miały stać się jej udziałem za niespełna tydzień? Ten głodny dzieciak z brudną buzią za tydzień miał stać się jej córeczką, która teraz spała w objęciach swojego taty, obśliniona, zakatarzona, ale najedzona i cieplutka, ściskając Teletubisia w czerwonym wytartym ubranku. To były ostatnie chwile ich rodzinnego szczęścia, te kilka godzin w ciasnych samolotowych fotelach, kobieta z niemowlęciem, obok jej mąż z córeczką na kolanach, dalej jego matka czytająca wydruk swojego ostatniego kulinarnego felietonu w świetle punktowego reflektorka. „Powinnam to poprawić…” – mruknęła, gdy mężczyzna i dziecko na ekranie wkraczali do umarłego miasta, brudni, zziębnięci, głodni.

Profetyczne obrazy. Obrazy z przyszłości. Niemożliwej, a jednak tej, która stała się jej udziałem.

– Co ty oglądasz? Wiadomości? I co? Coś nowego? – Teściowa podniosła głowę. To wiadomości z przyszłości, kochana, mogła odpowiedzieć kobieta.

Ale kto to wiedział.

Już w taksówce jadącej do hotelu kobieta poczuła, że nie skończy to się dobrze. Taką wiadomość odczytała w oczach taksówkarza, patrzących na nią z lusterka. Szeroka aleja wspinała się, a potem zjeżdżała w dół, zwaliste gmachy ślepiły ciemnymi oknami, na wielkim placu piął się w górę obelisk zwieńczony gwiazdą. W swoim iPhonie, na mapie Google, zobaczyła meandrującą przez miasto rzekę i obwodnicę, żółtą i okrągłą jak obrączka.

Obudziła się zimną nocą, w lesie. Za drzewami, w oparach mgły, unosił się dom, był ciemną, rozmazaną bryłą. Kiedyś, przed kilkoma dniami, a może przed miesiącem, widziała go wyraźnie, wielkie połacie szkła odbijały niebo, na tarasie stała długowłosa blondynka z telefonem przy uchu, obok niej dziecko o śniadej buzi, ubrane w żółty kombinezon. Kobieta chciała podejść, ale stała bez ruchu i tylko patrzyła. Tamta weszła do domu, dziecko stojące na tarasie podniosło rękę. Córeczka kobiety też podniosła rękę.

Którejś nocy żołnierze szli tyralierą, jeden obok drugiego. Jak na filmie, gdy szukają trupa. Ale nie znaleźli ich: starej kobiety, młodej kobiety i malutkiej dziewczynki. Nie znaleźli dziecka w czerwonym kombinezonie, tulącego czerwonego Teletubisia, chociaż siedziało na ich drodze, w dołku pod drzewem, pomiędzy mamą a babcią, zasłonięte tylko bezlistnymi badylami. Nie odezwało się, nawet nie pociągnęło nosem. Jak mały zajączek, chowający się przed nagonką.

Kobieta wiedziała, że będą musieli przejść przez las. Ale w ich górzystym kraju nie było takich lasów. W jej wyobraźni las wyglądał jak park, do którego czasem chodzili: szerokie aleje, wielkie trawniki, tu i ówdzie drzewo rzucające poszarpany cień. Skąd miała wiedzieć, że będzie musiała przedzierać się przez dżunglę. Już zanim się w niej znalazła, usłyszała to słowo. Wypowiedział je pobity chłopak leżący pod ścianą hali, w której byli zamknięci. Gdy kobieta usiadła przy nim, powtarzał w gorączce: „Dżungla. Umrę w dżungli. Mamo, nie pozwól”. Nie była jego matką i chciała delikatnie wyjąć swoją dłoń z jego dłoni, ale nie potrafiła. W końcu wybawiła ją teściowa: „Musisz nakarmić dziecko” – powiedziała i pociągnęła ją za sobą. Niepotrzebnie, skoro niemowlę i tak umarło.

Do dżungli wygnano je następnego dnia. Uciekały przed psami. Kobieta biegła machinalnie, nienaumyślnie, niosąc niemowlę, za nią teściowa ze starszym dzieckiem, ściana lasu zbliżała się jak fala tsunami. Był wczesny poranek, nad polami unosiły się opary mgły. To był sen albo filmowy plan, a kobieta była statystką.

Potem było gorzej i zimniej, ale wciąż wydawało jej się to nierealne. Tak jak wtedy, gdy podeszło do nich olbrzymie zwierzę w skołtunionym futrze, wielkie jak słoń. W pierwszej chwili kobieta chciała mu zrobić zdjęcie i wrzucić na Instagram, odruch z poprzedniego życia.

Miała nadzieję odnaleźć w lesie swojego męża. Spotykały różnych ludzi, dobrych, złych albo martwych. Ale męża już nie zobaczyła, jego telefon milczał. Dzwoniła, dopóki miała prąd w swoim iPhonie.

Kobieta starała się nie myśleć o domu. To przez nią wyjechali i znaleźli się tutaj. Chciała żyć normalnie, chodzić do pracy i do kina, w sukience z H&M-u, bez strachu. Teraz wydawało jej się, że normalnie znaczy siedzieć przy stole na patio i jeść obiad z mężem, trzymając na kolanach niemowlę i pouczając starsze dziecko, dziewczynkę, która umiała powiedzieć zaledwie trzy słowa: mama, tata i Po, bo tak nazywała się jej maskotka, czerwony Teletubiś.

Kobieta obudziła się zimną nocą w lesie i wyciągnęła rękę… Nie, nie obudziła się i wiedziała, że już się nie obudzi. Nie była głodna ani zmarznięta, nic ją nie bolało, nawet pokryte strupami i ranami stopy. Dziecko zespoliło się z jej ciałem, jak wtedy gdy leżała na sali porodowej i nagle doszło do niej, że musi je urodzić, wyprzeć z siebie, że nie ma innego wyjścia. I zagarnęło ją coś, co do tej pory odsuwała od siebie.

Tak jak teraz. Zrozumiała, że to wszystko jest naprawdę i że nie ma powrotu.

Pomyślała o nowej suszarce Panasonic, którą miała w plecaku, czarnej, z różową końcówką i systemem nanoe, dzięki któremu włosy nie tracą wilgoci. Dostała ją od przyjaciółki w dniu wyjazdu i nigdy jej nie użyła.

Zaczął padać śnieg, na jej policzki, na powieki. Na las.

 

  1. TELETUBBIES

W krainie Teletubisiów pada śnieg.

Na zielonych pagórkach ścielą się białe śnieżne dywaniki. Śniegowe gwiazdki siadają na kolorowych kwiatkach jak motyle. Słońce jest żółte i uśmiechnięte.

Teletubisie przytulają się, podskakują, gaworzą.

Laa-Laa w żółtym kombinezonie i malutka Po w czerwonym, ubrany na zielono Dipsy i największy z nich, fioletowy Twinkie-Winkie ze swoją nieśmiertelną czerwoną torebką.

Każdy Teletubiś ma buzię w innym kolorze.

Trudno powiedzieć, jakie to kolory.

Tulimy, tulimy, tulimy.

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia