LEGENDA O GŁUPKU
Pewnego rana, po serii niepokojących snów, Głupek obudził się z przekonaniem, że potrafi latać.
Nic tego nie zapowiadało i nikogo o to nie prosił. Po prostu wstał z wyrka jako istota latająca.
Nie chciał się tym z nikim dzielić. To była jego sprawa, jego nowa moc. Starowinka Karolina zaparzyła mu zbożowej kawy, a on siorbał i opowiadał o niepokojących snach, które miał tej nocy. Udawał, że nic nie zaszło, że jest jak dawniej, że po prostu wstał, coś złego mu się śniło, a teraz zaspany pije kawę, za którą, swoją drogą, serdecznie dziękuje.
Miał piętnaście lat i nad jego górną wargą pojawił się czarny puszek, który szarpał, podkręcał, miętosił, drapał albo oglądał w lustrze. Po aferze w kościele nie sprawiał mamie większych problemów, ale przynosił ze szkoły złe oceny, niczym się nie interesował i był zamknięty w sobie. Starowinka się martwiła. Miał może z dwóch kolegów i ani jednej koleżanki. Nie interesowały go telewizja ani komputery, przestał oglądać piłkę nożną, miał w dupie Adama Małysza i wejście Polski do Unii Europejskiej.
Karolina robiła jajecznicę, a on w milczeniu badał swojego pierwszego wąsa i myślał o lataniu. Latanie będzie tylko jego. Otwiera się przed nim piękny świat, ale dla własnego bezpieczeństwa musi go zachować w tajemnicy. Nie mógł się doczekać pierwszego razu. Smarował sobie kromki masłem i wszystko skrupulatnie obmyślał. Zapowiadało się na pierwszą ucieczkę z chałupy – chciał być sam na sam z lataniem, swoją nową mocą.
Tamtego dnia jak zwykle poszedł do szkoły. Kiedy wysiadał z autobusu, pomyślał, że chodzenie tam to tylko określona liczba gestów, które ciało musi wykonać, aby bezpiecznie i bezmyślnie przetrwać kilka godzin. Jego ciało siedziało w ławce, zgłaszało obecność, dostawało jedynki i huśtało się na krześle. On był gdzie indziej, już sobie latał.
Po lekcjach poszedł w stronę dworca. Na miejscu przeliczył pieniądze, zamówił sobie w budzie wielką bułę z frytkami, kupił wodę mineralną i bilet na autokar do Mazaków, na oko cztery godziny drogi.
W Mazakach była jedyna skarpa, o której słyszał. Jego kolega z klasy, Przemysław, opowiadał o Skarpie Wilków w Mazakach i ludziach, którzy tam chodzą, żeby się z niej rzucić albo rozpalać tuż nad przepaścią ogniska i urządzać straszne święta. Na Głupku robiło to wrażenie. Oczyma wyobraźni widział te skoki, te święta – zawsze chciał tam jechać, a teraz po prostu to zrobi i będzie sobie tam latał, inaczej niż samobójcy i z dala od strasznych świąt.
W autokarze oparł głowę o szybę i skubał wąsa. Myślał, że teraz musi zachowywać się jak normalny chłopiec – chodzić do szkoły, psocić, jeździć na rowerze, udowadniać swoją siłę, dbać o przyszłość. Ludzie się nie dowiedzą o lataniu. A on w każdej chwili będzie mógł odlecieć.
Kiedy wysiadł na dworcu w Mazakach, zapytał napotkanego starca o drogę. Tamten nie wiedział, o co chodzi. Płakał. Głupek się przestraszył, a starzec ewidentnie płakał. I to coraz bardziej. Głupek zaczął odchodzić, a wtedy starzec błyskawicznie doszedł do siebie i gestem ręki pokazał mu, żeby szedł na zachód i długo, długo nie przestawał. Głupek podziękował starcowi. Starzec ucałował Głupkowe czoło. Głupek napił się wody i ruszył w drogę.
Opuścił centrum Mazaków i wszedł na wzniesienie, z którego widział las i majaczącą za nim górę. Wiedział, że musi przemierzyć las, wejść na górę i gdzieś na samym szczycie znaleźć słynną Skarpę Wilków. Zachodziło słońce, szedł całą noc.
Nastawał poranek, a Głupek szedł przez rozległy teren wypalonej i wydeptanej ziemi, na której odbywały się zwyczajowo straszne święta. Był głodny i szczęśliwy. Szczyt spowijała mgła, czuł zapach tańca, ognisk, trwogę. W końcu wszedł na skarpę i bez chwili zastanowienia skoczył.
Skok na główkę z jednoczesnym koziołkowaniem. To jego czas. Czuł, jak przecina powietrze, jak leci bezwładnie, koziołkując, ale z przekonaniem, że potrafi latać.
Potem rozłożył szeroko ramiona, zwrócił głowę ku chmurom i leciał płasko, posuwiście. Zderzał się z prądami powietrza, szukał sobie miejsca w przestworzach i chłonął, chłonął, chłonął.
Chmury okazały się koleżankami. Szybko złapał wolne latanie. Naprawdę wolne. Prawie lewitacja. Chmury były już siostrami, biesiadował z nimi. Głupek był szczęśliwy, chmury okazały się orzeźwiające. Ten chłopiec uczył się miłości.
W powietrzu dochodził do wniosków, uczył się swobody. Teraz rozumiał, kim jest tak naprawdę. Rozumiał, że dokądkolwiek pójdzie, zawsze będzie mógł stamtąd szybko odlecieć. Świdrowała go ekstaza.
Latał cały dzień. Wzbijał się coraz wyżej i tracił ziemię z punktu widzenia. Mknął jak rakieta albo spadał jak liść. Drzemał w chmurach.
Kiedy zaszło słońce, wylądował w lesie. Na skarpie odbywało się straszne święto, słychać było pieśni i kwiki, palili też wielkie ogniska. Głupek padł na ściółkę, głodny i wyczerpany. Drżał, kręciło mu się w głowie, miał wrażenie, że wciąż lata. Nie zasnął, chciał spać w chmurach.
Kiedy ucichły straszne święta, ruszył w stronę Chujówki. Szedł, nie leciał, żeby nikt nie widział. Pierwszy raz czuł się lepszy od wszystkich ludzi na tym popapranym świecie.
Do chałupy wrócił po nocy, brudny, nieszczery i zabiedzony. Prawie trzy dni go nie było, wujek Henio już policję zawiadomił, a starowinka matka miała dwie zapaści. Co on robił??
Głupek oznajmił Heniowi, policji i swojej biednej mamie, że miał silną potrzebę podróży i uciekł zobaczyć skarpę na górze za Mazakami. Opisywał ze szczegółami, co robił i widział, lecz ani słowem nie napomknął o lataniu. Czuł, że ma nad wszystkimi przewagę. Funkcjonariusze musieli wypisać starowince wysoki mandat, ale obiecali, że chłopca nikt jej nie zabierze. Henio był fioletowy na twarzy, starowinka płakała.
Kiedy funkcjonariusze policji wyszli z chałupy, starowinka zanosiła się płaczem jeszcze mocniej, a wujek Henio rzucił się na Głupka. Najpierw go spoliczkował i zapytał, co on sobie w ogóle kurwa wyobraża, co?? Nie czekał na odpowiedź i uderzył go znowu, a potem pociągnął za włosy, popchnął i przewrócił na ziemię. Głupek zaczął się śmiać. Henio nie wiedział, co się dzieje, i ściągnął pasa. Głupek śmiał się coraz głośniej, starowinka coraz mocniej płakała. Głupek siedział na ziemi i się śmiał, a Henio stał nad nim z pasem i nie wierzył, co się w tej chałupie właśnie dzieje. Starowinka nie przestawała płakać. W końcu Henio kopnął Głupka, a potem zaczął spazmatycznie bić go pasem. Głupek chronił głowę i się śmiał, wujek Henio coraz rzadziej w niego trafiał.
W końcu upokorzony wujek Henio poszedł do siebie, starowinka Karolina przestała płakać, a Głupek dostał dwie miski zupy pomidorowej i pół bochenka chleba jako pierwsze danie.
Mama już mu wybaczyła – po prostu cieszyła się, że chłopiec żyje. Nie musieli o tym rozmawiać. W dupie ma latanie. Ważne, że żyje. Chłopcy czasem szukają przygód i tak to się kończy. Głupek smarował kromki masłem i z głupawym uśmieszkiem kręcił niedowierzająco głową. Dokądkolwiek pójdzie, zawsze może stamtąd odlecieć. I wrócić do kochanej starowinki matki. Do chałupy pachnącej tymiankiem. Machał łyżką i zupa pomidorowa ciekła mu po brodzie. Skubał wąsa. Na drugie danie Karolina zrobiła mu omlet z szynką i szczypiorkiem.
ZWYROL
W środę nadpuchnięty Zwyrol wychodzi z łóżka jak lunatyk i pije kawę na mieście.
W kawiarni spotyka ofiarę. Coś w tym jest – przyjrzeć się jej w kawiarni. Środek lata, zwykła środa, los chciał, że zajebany zostanie ewidentny turysta.
Brzuch, aparat, podbródek i ordynarna twarz. Może być z opolskiego albo Litwy, bez różnicy. Frajer jak się patrzy. Zwyrol chodzi za nim dobrą godzinę, a kiedy nadarza się okazja, to przewraca go od tyłu, a potem skrupulatnie dusi & zabija.
I znów ta sekunda, w której świat jest piękny, lekki.
Potem biegiem spotkać się ze Skurwielem Zbigniewem. We Włodzimierzu. Na wstępie słyszy, że Emilia może do niego wróci, ale musi być trzeźwy. Żadnej krajowej. Nawet piwka! Zwyrol pyta, co Skurwiel Zbigniew wie o Ralfiku. Ten mu opowiada, że po miesiącu trzeźwości może wrócić do domu, do Emilii. Ale o Ralfiku co wie?
No co mam, stary, wiedzieć o Ralfiku? W kiosku mieszka, podobno od jakiegoś czasu z jakąś babą, nie wiem, stary, może ta matka, co ją zabił, to może jednak jej nie zabił, tylko teraz do niego wróciła, albo stary z grobu, ta jego matka wyszła i teraz się nim opiekuje, żeby go potem zajebać jak psa za to, co jej zrobił. Rozumiesz?
Zwyrol zrozumiał, że po prostu któregoś dnia będzie musiał pójść zabić Ralfika. Niczego się nie dowie. A jak się dowie, to to tylko będzie mu przeszkadzało w pracy. Potem Skurwiel Zbigniew mówił dalej o Emilii i pierwszych trzech dniach swojej trzeźwości:
Stary, pierwszego dnia to mnie po prostu wszystko…
A drugiego dnia, stary…
Wiesz, kurwa, trzeciego dnia, czyli dzisiaj, to mam uczucie, jakby mnie ktoś kijem po głowie…
Zwyrol płaci za napoje, wychodzi z Włodzimierza i trochę chciałby pojechać już do domu, a trochę sprawić sobie jakąś małą środową rozkosz. Wnerwił go Skurwiel Zbigniew swoim rozchwianiem, swoją emocjonalnością. Zwyrol wyciąga monetę i rzuca dwa razy. Za pierwszym okazuje się, że nie dom, lecz środowa rozkosz. Za drugim, że pojedzie na obiad do Zajazdu dla Tirowców.
Tirowcy siedzą w rzędzie jak apostołowie. Zwyrol zna wszystkie te nabrzmiałe, wąsate mordy. Oto oni: Szymon, zwany Tirowcem Sajmonem, i jego brat Andrzej Tirowiec, potem Kuba Tirowiec, syn Tirowca Józka, i brat jego Krzysztof, potem są Tirowcy Filip i Bartłomiej, Tomasz Tirowiec i Tirowcy Mateusz, Staszek, syn Mateusza, Tadeusz Tirowiec, Paweł Gnojek oraz ten, który siedzi zawsze cicho, nikogo nie zna i nikt mu nie ufa.
Na ścianach ciężarówy gonią gołe baby. Czuć kotletem, kapustą, fryturą. Zwyrol uwielbia się nażreć. A Tirowcy jedzą najwięcej. Klasyk lokalu, raz na cały dzień – dwa schabowe wielkości talerza, taki przekładaniec z panierowanego mięsa, ziemniaków albo frytek i zasmażanej kapusty z boczkiem. Jedzą i gadają jak najęci.
Raz Zwyrol jednego zabił, bo pierdolił jak potłuczony, ale ogólnie Tirowców lubi, bo to mądrzy faceci i znają sto jeden sposobów na hemoroidy. Zwyrol zamawia klasyk lokalu poszerzony o sernik & bezalkoholowe piwo o smaku mojito i coca-colę. Leci muzyka country, leci też telewizja na sześć ekranów umieszczonych na jednej ścianie. Tirowcy, jak apostołowie, siedzą przodem do ekranów i żują zwierzęco-ziemniaczano-kapuściane kąski.
Zwyrol siedzi z nimi, fajnie mu. Mała środowa rozkosz. Paweł Gnojek opowiada o przebudowie drogi numer osiem. Równolegle Kuba Tirowiec opowiada o pewnym austriackim miasteczku. I tak dalej, każdy Tirowiec sobie. Poza tym, który milczy i nikogo nie zna. Wszyscy mówią w stronę ekranów, prawie nie obracają głów. Zastygli, jakby pozowali do zdjęcia.
Kiedy Zwyrol był dzieckiem, lubił z mamą chodzić do zoo oglądać rybki. Uspokajało go to. Teraz jest krok dalej – z Tirowcami, w tym kotlecianym zajeździe, czuje się jak w akwarium. Nie przyszedł popatrzeć, on tu z nimi jest. Spokojny, syty, po drugiej stronie ekranu. W Zajeździe dla Tirowców jest jak pod wodą.
W końcu jest tak najedzony, że nie pamięta drogi powrotnej i nie myje & nitkuje zębów.
Budzi się w środku nocy. Pot. Suchość w ustach. Ból w brzuchu.
Parzy miętę, siedzi na klozecie. Kiedy jest mu lepiej, wchodzi do wanny. Ciepła woda robi mu dobrze. Myśli, co dalej.
Wyciera się, idzie po laptop. Dolewa ciepłej wody. Miał zobaczyć, czy Samobójcy będą git. Stawia miętę na brzegu wanny i wchodzi do gorącego, do piany. Odpala Samobójców:
Philip Seymour Hoffmann: Dzień dobry, odpalamy tu teraz Samobójców i akcja jest taka, że udajemy, że żyjemy, i to program o nas i o naszych akcjach samobójczych
Ja tutaj gram główną rolę
Andrzej Lepper: Dzień dobry, ja tu jestem kontrnarracją i się nie zgadzam. To wcale nie jest program o mnie, to jest zwykły program na zwykłej platformie streamingowej
Zostaliśmy zaproszeni zza grobu, żeby mówić ludziom prosto w oczy, i to jest wielki przywilej, ale też pewna praca do wykonania
Trzeba mówić ludziom prosto w oczy, a pan się tu wije przed widzami jak piskorz
Proszę też mówić wyraźniej
Anonimowy Samobójca: Nawet minutę przed skokiem miałem fantazje o własnym pogrzebie. A żeby nie mieć takich myśli, skakałem. To obrzydliwe, że wszyscy ludzie są totalnie na swoim punkcie zakręceni. Całe życie wyobrażałem sobie, jak na przykład odbieram Pokojową Nagrodę Nobla, mam Superżonę i dom z ogrodem zimowym. I to była rozbudowana fantazja. Na przykład przyjęcie na moją cześć w rodzinnym miasteczku. Albo – za pieniądze z Nobla kupuję Polsat i Agorę. Jadłem kurczaka, a myślałem o indyku. Rozumiecie?
Philip Seymour Hoffman: Powinniśmy ustalić kolejność opowieści I może niech na rozgrzewkę, na rozgrzewkę, zanim się otworzymy, każdy opowie o kimś innym
Andrzej Lepper: Bardzo chętnie, niech pan tylko utrzymuje kontakt wzrokowy z kamerą, po to ona jest. Ma pan w nią patrzeć
Philip Seymour Hoffman: Ale ja nie chcę
Anonimowy Samobójca: Ma pan prawo
Philip Seymour Hoffman: Przejdźmy do rzeczy
Andrzej Lepper: Właśnie
Philip Seymour Hoffman: Zamknij się, buraku
Anonimowy Samobójca: Co?
Andrzej Lepper: Do kogo?
Philip Seymour Hoffman: Wymsknięte
Andrzej Lepper: Wymsknięte przebaczone
Anonimowy Samobójca: To kto o kim?
Philip Seymour Hoffman: Ja o nim
Anonimowy Samobójca: To ja o panu
Andrzej Lepper: Czyli ja o tobie?
Anonimowy Samobójca: Na to wychodzi
Andrzej Lepper: Niech będzie
Philip Seymour Hoffman: Ktoś ma pytania?
Andrzej Lepper: Ja
Philip Seymour Hoffman: Proszę
Andrzej Lepper: Kto odpowiada za prywatyzację PZU SA i PZU Życie? Kto sprzedał Pekao SA? Stocznię Gdańską? A zakłady w Kwidzyniu? Polkolor? Browar Leżajsk?
Philip Seymour Hoffmann: Do kogo to?
Andrzej Lepper: Do kamery i pan tego nie rozumie, nie zrozumie
Proszę się tak nie wić. Jak piskorz. Tylko słuchać, jak inni mówią
Bo ja, proszę pana, mówię do kamery
W końcu woda w wannie jest zimna, a Zwyrol wnerwiony. A może nawet trochę wystraszył się tego Leppera. I tego Hoffmana, i Anonimowego. Całej trójki. Dziwolągi, straszydła. Nie będzie oglądał więcej Samobójców. Co za idiotyczny pomysł! Nienawidzi okresów, w których nie ma swojego serialu. Jeśli w ciągu dwóch dni czegoś nie znajdzie, to wróci do oglądania starych amerykańskich filmów – przynajmniej wiesz, co włączasz.
Staje przed lustrem i naciera skórę kakaowym masłem beauty40+. Myje & nitkuje zęby. Zasypia i nie może doczekać się weekendu.
LEGENDA O GŁUPKU
W czasach, kiedy miasta i wsie były pustoszone przez gangi wściekłych sierot, Głupek kolegował się z Madzią i Ralfikiem.
Najpierw poznał Madzię. To było tak – pewnego dnia zobaczył pod sklepem pięcioletnią dziewczynkę bez ręki i zapytał ją, czy wszystko okej. Powiedziała mu, że wszystko pięknie, a on nie mógł się powstrzymać:
No, a co z ręką?
Nic takiego, to przez moją i mamy nieuwagę
Jak to?
Najpierw miałam małą rankę i uznałyśmy, że to nic groźnego. Po kilku dniach rana była wielkości talerzyka i coś w jej środku żyło. Lekarze kręcili głowami. Ledwo uszłam z życiem
To straszne
To przestroga dla innych
Jesteś dzielna
Jestem Madzia, ale mówią na mnie też Mała
Miło mi.
Jestem Głupek. Kupić ci cukierka?
Podobno nie można przyjmować od obcych
Niby tak
Nie no, żartuję. Cały czas jem coś od obcych. Ludzie tu nie dadzą umrzeć słodkiej dziewczynce z głodu. Ale musisz kupić dwa, bo mam jeszcze kolegę. Mogę ci go przedstawić
To kupię wam jeszcze chleb i dżem
I z czym to zjemy?
No, chleb z dżemem?
Kto tak niby je?
No, ja na przykład
Bez masła orzechowego?
Jesz masło orzechowe z dżemem?
Tak, a ty nie?
Ja nie jem masła orzechowego
Dziwny jesteś
To co wam kupić?
Kup nam po prostu trochę cukierków
Dobra
Albo masło orzechowe
To co w końcu?
A co wolisz nam kupić?
A co wam się bardziej przyda? Samochód
A ze spożywczych rzeczy?
Masło orzechowe i sos sriracha Sos jaki?
S r i r a c h a
Dobra, siracha
S r i r a c h a
Złapałem Super
A co z twoją mamą?
Nie wiesz?
Skąd mam wiedzieć?
Judyta była tu kiedyś popularna
Nie żyje?
A chuj ją wie
Czemu tak mówisz?
Poszła w tango
Nie rozumiem
Uciekła, zostawiła mnie, jednej nocy straciłam mamę i rękę
Może zwariowała ze smutku?
Ona nie mogła mieć córki bez ręki
Co ty mówisz?
Nerwica symetrii nerwica symetrii nerwica symetrii. Symetryczna nerwica, miała ją
Niemożliwe
Totalny odpał, wszystko w domu miałyśmy symetryczne i ja musiałam być symetryczna
A ojciec?
Jestem sierotą i koniec kropka
No dobra Idziemy do mojego kolegi?
Kolega mieszkał w kiosku, nazywał się Ralfik i był niezłym świrusem. Madzia zwana też Małą opowiedziała o nim Głupkowi co nieco, a on wziął wszystko za prawdę i rozpowiadał dalej. Tak to mniej więcej leciało, legenda o Ralfiku, jego starych i ich pokręconych życiach:
Ojciec Ralfika był raperem i strasznym rozrabiaką. Romantyczny złodziej samochodów, kiedyś całe rodziny z tego żyły, z jednego takiego romantyka-kradzieja. Zbój Ralfik Senior miał urodzić się w Belgii i przyjechać do Polski ze swym ojcem, Władysławem, jako trzynastolatek. Jego matka była z Belgii i umarła przy porodzie. Ojciec ściągał haracze, a kiedyś sprzedawał na ulicy heroinę. Władysław, dziadek Ralfika Juniora i ojciec Ralfika Seniora, był z Krakowa, ale mieszkał też w Maastricht, Glasgow, Rio de Janeiro i tak dalej, po całym świecie się rozbijał i na dłużej osiadł dopiero w Brugii, już jako ojciec. Wychował syna jako dziecko ulicy, od kołyski wdrażał mu bandycki kodeks wartości, nauczył prowadzić furę w wieku lat sześciu i chętnie karał cieleśnie. Pierwsze auto Ralfik Senior ukradł jako trzynastolatek i ojciec dwa tygodnie piał z zachwytu, a potem niestety dał się zabić słoweńskim zbirom, z którymi zadarł jakieś piętnaście lat wcześniej. Ralfik Senior z trupem swojego ojca Władysława opuścił Belgię, na zawsze. Legendarny założyciel klanu spoczął w Krakowie, ale już kilka dni po pogrzebie Ralfik Senior osiedlił się w stolicy. Tam od razu chwycił za majka. Bujał się z sierotami, które tak jak on kradły samochody i chciały nawijać po polsku. Najpierw musiał zrozumieć krajową złodziejkę i jej zwyczaje, ale szybko ogarnął, co i jak, i był pełnoprawnym członkiem ekipy. Chuj, że dzieckiem. Kradł i rapował jak dorosły. Pierwsze jego lata w Polsce to unikanie szkoły, rap i kradzieże. Najbardziej lubił jednocześnie kraść i nawijać. Rymował o sobie, o świecie i od zawsze miał swój idiom, swoje joł. Był z tych, co jakie życie, taki rap. Potem był starszy i z autami szło mu naprawdę dobrze, więc rozwalał kasę w dyskotekach i na jednej z nich poznał Angelikę. Angelika to była mama Ralfika. Spoko dziewczyna. Po szkole średniej poszła na fryzjerkę i zaraz miała otwierać swój biznes, ale chciała też mieć z życia coś szalonego. I tym był Ralfik Senior. Angelika uważała Ralfika Seniora za najbardziej uroczego zbója na świecie i jak tylko go zobaczyła, powiedziała, że chce się z nim jak najszybciej i jak najbardziej rozmnożyć, że jest jego płodną suką i na świecie musi być więcej ralfikowej uroczej chujozy. Potem na świecie pojawiło się dziecko i dostało to piękne imię Ralfik, mordę też miało jak tatuś i oczka od oseska chytre a wredne, w sam raz dla zbója i kradzieja. Potem Ralfik Senior nie umiał usiedzieć na dupie, przy żonie, juniorku i pampersach, więc dał nogę i zginął jakoś bezsensownie w szerokim i niebezpiecznym świecie. Ralfik Junior natomiast rósł jak na drożdżach, kradł to i owo, nigdy nie prowadził samochodu i w pewnym momencie, po serii niepokojących snów, zabił swoją biedną i kochającą matkę Angelikę, żeby móc robić, co mu się żywnie podoba.
Ralfik przywitał ich w koszulce z Eminemem. Od razu zostali niezwyciężoną paczką. Głupek, Ralfik i Madzia zwana też Małą. Kino przygody według tej trójki, coś wspaniałego.
Raz Głupek wziął ich na kajaki. Chciał sobie przypomnieć niegdysiejszą pasję, swój dziecięcy żar. Płynęli w dół rzeki i śpiewali piosenkę. Coś o zabiciu słońca. Ptactwo im wtórowało, a Madzia zwana też Małą uderzała z radości swoją jedną jedyną rączką o piękną a wzburzoną rzekę Wisłę.
Albo wsiadali w pociąg i jechali pochodzić po górach. W schroniskach Głupek kupował im prażone sery z frytami albo rybki z grilla. W górach opowiadał o dobrych ludziach, których spotkał na swojej drodze.
Przynosił im masło orzechowe w największych kubłach i pełno taniego rozwodnionego dżemu, który najbardziej lubili. Pałaszowali tościki. Oddał im stary telewizor Macieja. Przynosił im srirachę i masę innych sosów. Zupy i soki od Leokadii. Grywali razem w klasy, pod blokiem, jakby nigdy nic. Albo poszukiwali skarbu w dzielnicowym domu kultury. Tak łatwo było się tam włamać! Głupek, z zagraconego strychu, do dzieci:
Kurde, tu chyba nie ma żadnego skarbu.
I tak dalej – zabawom nie było końca.
Fragmenty powieści w procesie, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Filtry