Subskrybuj
Kalina Jędrusik w roli samozwańczej detektywki w filmie "Lekarstwo na miłość" (1965). To adaptacja powieści Joanny Chmielewskiej, matronki polskiej odmiany „literatury kocykowej” fot. Polfilm / East News
Kalina Jędrusik w roli samozwańczej detektywki w filmie "Lekarstwo na miłość" (1965). To adaptacja powieści Joanny Chmielewskiej, matronki polskiej odmiany „literatury kocykowej” fot. Polfilm / East News
dr literaturoznawstwa, krytyczka literacka. Autorka książki Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg (2014). Prowadzi zajęcia w Katedrze Krytyki Współczesnej przy Wydziale Polonistyki UJ. W miesięczniku zajmuje się rubryką Stacja: literatura.

Pocieszki

Cosy crime stories, powszechnie nazywane też „powieściami kocykowymi”, niosą ciepło i pokrzepienie. Jednak zdecydowanym zwolennikom czarnego kryminału nie zawsze po drodze z tą usilnie przytulną atmosferą.

A miała zginąć.

Powieść detektywistyczna, ta logiczna łamigłówka, została w ostatnich dekadach spisana na straty w obliczu triumfu mroczniejszych, cięższych odmian powieści kryminalnej: od sensacyjno-awanturniczej, przez czarny kryminał współczesny i retro, których to ambicjami była imitacja realizmu. Brutalny (a przez to uznawany za odważniejszy, postępowy) kryminał miał być adekwatną opowieścią o świecie, bo świat zbudowany jest na zbrodni; miał oddawać prawdę o naturze zbrodni i osób jej dokonujących; miał wypowiadać tajemnice zbrodniarzy i śledczych. Współczesna powieść kryminalna (i sensacyjna, i dreszczowiec), ta spadkobierczyni czarnego kryminału (noir), bezpośredniej odpowiedzi na utratę społecznego zaufania między stróżami prawa a społeczeństwem w czasie wielkiej depresji, miała być prawdziwym świadectwem ludzkich niepokojów, pragnień i żądz, zapisem relacji międzyludzkich. Tradycyjna powieść detektywistyczna, twierdzono, jest za słaba, by dźwignąć współczesność. Zapomniano jednak, że kategoria prawdy rozumianej jako odwzorowanie rzeczywistości w powieści gatunkowej jest umowna.

Jeśli współczesna powieść kryminalna była zwierciadłem chadzającym po gościńcu (a tak można tłumaczyć karierę powieści gatunkowej w latach pierwszych XX w., jako odpowiedź na eksperymenty formalne w tzw. prozie wysokoartystycznej; dawała bardziej „realistyczny”, łatwiejszy w odbiorze obraz rzeczywistości), to raczej zwierciadłem czarnym, zniekształcającym odbicie tak, by dopasować je do wymogów gatunkowej ramy. Przerysowanie, co ciekawe, nie raziło tutaj, zdawało się prawdziwym elementem brutalnego świata przedstawionego. Coraz drastyczniejsze opisy cudzego cierpienia stawały się elementem rozrywki, zacierało się pytanie o celowość tych zabiegów, ostrość scen zdawała się stępiać reakcje osób czytających. Ciało w czarnym kryminale – i kryminale w ogóle – pełniło inną funkcję niż w powieści detektywistycznej, gdzie było nośnikiem genialnego umysłu, nawet jeśli charakterystyczne, wyraziste i widoczne (jak w przypadku dandysa – Herkulesa Poirota, tak innego od zacierającej znaki szczególne Jane Marple), to jednak zawsze w funkcji nośnika genialnej głowy, zawsze podporządkowane intelektowi. W czarnym kryminale ciało śledczego wymykało się spod kontroli, powodowane żądzami, uzależnione, głodne, produkowało dodatkowe problemy, komplikowało pracę, wikłało, uniemożliwiało utrzymanie granicy między dobrem a złem, czystością a brudem, prawem i bezprawiem, lecz też tłumaczyło ze swawoli, usprawiedliwiało brudne czyny. Wydawać się mogło, że obecność – czy nadobecność – obrazów niszczonych i maltretowanych ofiar, zwłaszcza żeńskich, jest konsekwencją uwidocznienia ciała, podkreślenia jego roli, jego niesubordynacji wobec intelektu. Ale czy na pewno w powieści trzeba szczegółowych opisów zadawania bólu, kolejnych etapów mordu, czy nie da się inaczej pisać o zbrodni? Czy taka taktyka to oskarżenie rzucone światu zbudowanemu na cierpieniu czy może pornografizowanie i monetyzowanie bólu, a co za tym idzie, znaczące odejście od gatunkowego źródła?

Pochwała przyjaźni

Powieść detektywistyczna miała zginąć m.in. z powodu swojej nieadekwatności, nieprzystawalności czy nawet słabości: uznano ją za zbyt lekką, skupioną na rozgrywce intelektualnej i zbyt poważną na opowieść o zbrodni. Pozbawiona ciężaru, jakiego powieści kryminalnej dodawało uzależnione, uwikłane, uparte ciało, miała odlecieć w niebyt. A jednak wróciła, choć w trochę zmienionej wersji – i odnosi coraz większe sukcesy mierzone, jak to na gruncie literatury komercyjnej bywa, liczbą sprzedawanych egzemplarzy (choć może jeszcze nie aż tak wielką popularnością autorek i autorów).

Wróciła jako cosy crime stories, powszechnie nazywana też „powieścią kocykową”, czyli taką, która niesie ciepło, pocieszenie, a nawet pokrzepienie. Charakteryzujące się szczególnym poczuciem humoru, konstrukcją postaci i świata teksty nie trafiają raczej do tej samej grupy czytających. Zdecydowanym zwolennikom tradycyjnej powieści detektywistycznej czy czarnego kryminału nie zawsze po drodze z usilnie – zbyt nawet, zdaniem wielu – przytulną atmosferą. Przymus dobrego samopoczucia w obliczu nieszczęścia to przeciwieństwo przygnębienia i ciężkiego humoru dominującego w kryminale. Może sprawy aż tak prosto się mają, że doszło do wyeksploatowania formy albo do zmęczenia części czytających? Nakaz nowości dyktuje warunki na każdym rynku, również tym literackim. Jednak czy rzeczywiście powieść kocykowa jest świeżynką? Na ile (jeśli w ogóle) cosy crime stories łączą się z ugruntowaną już tradycją, przede wszystkim z kanoniczną twórczością Agathy Christie?

Gdy powątpiewano w moc realizmu literackiego, w latach pierwszych nowego tysiąclecia popularne w prozie były eksperymenty zrozumiałe dla niewielkiej grupy czytających, to kryminał zaspokajać miał wciąż żywy głód dosłownego opowiadania o teraźniejszości. Przyjmuje się, że literatura gatunkowa, czy popularna w ogóle, ma zdolność rejestrowania rzeczywistości, replikowania mód od odzieżowych, przez gastronomiczne, do językowych. Ale czy rzeczywiście można ufać powieści gatunkowej na tyle, by wierzyć, że oddaje prawdę o czasach, obyczajach, o świecie? Konwencja wymusza przecież szereg operacji na przedstawianym świecie, przycinania czy naciągania zgromadzonego materiału, stosowania pewnej przesady.

Powieść kryminalna zdaje się (jeśli podążyć tropem odwzorowania relacji społecznych, wartości, na których odwzorowywany świat się opiera) zgadzać na świat, który zastała. Inaczej jest w przypadku powieści detektywistycznej. Ta bowiem – choć wydawała się jeszcze niedawno zachowawcza, wycofana, może i nawet konserwatywna – nie poddaje się dyktaturze przemocy, stawia opór przy użyciu intelektu.

Można powiedzieć, że to potyczka przegrana na starcie i tym bardziej godna uwagi to strategia. Agatha Christie zadebiutowała z doświadczeniem koszmaru Wielkiej Wojny. Ciemności nie da się wyeliminować, można jednak nad nią zatriumfować w ściśle określonych ramach, budując – z pełną świadomością – taki plan, by siła ludzkiego rozumu służyła dobru, budowaniu, a nie niszczeniu. Christie w mroku zbrodni, rzezi dokonywanej na całym pokoleniu, ale i wierze w moc dobra i piękna buduje rodzaj utopii: genialne głowy na tranzystorach podejmują wysiłek bez gwarancji na powodzenie, ludzka myśl, wrażliwość zdolne są budować na zgliszczach, na ruinach. Przecież losy Jane Marple i Herkulesa Poirota, dwojga najsłynniejszych bohaterów stworzonych przez Christie, zostały naznaczone wojną: oboje stracili miłość oraz szansę na tzw. normalność, konwencjonalne związki. Ogrywają swoją odmieńczość, staropanieństwo czy starokawalerstwo, kultywując ujmujące dziwactwa. Inaczej niż w konwencji noir, budują sojusze, nie są samotni. Pozbawionym namiętności – ktoś zarzuci – jednak wyczulonym na potrzeby innych, wrażliwym związku przyjacielskim buduje się kontra do przemocy, porywczości, zmienności. Postacie charakterystyczne Poirota i Marple wciąż zachowują swoją odrębność, nie stapiają się z grupą, ich silne i wyraziste (na swój sposób) osobowości zdolne są objąć zarówno zerwane, jak i nawiązywane relacje. W kryminale traumatyczne doświadczenia roznamiętniają ciało tak, że wyrywa się spod kontroli, lecz u Christie długofalowe skutki wojny wygaszają namiętność, tworząc postaci przyjazne. Może to właśnie najciekawsze w powieści detektywistycznej zbudowanej przez brytyjską pisarkę: taki projekt relacji międzyludzkich, w których możliwe jest wygaszanie – jeśli nie przezwyciężenie – przemocy. To utopijna, zuchwała – choć wcale na taką nie wygląda – wizja relacji międzyludzkich, w których można działać nie ku rozpadowi, tylko ku budowaniu. Relacja Poirota z kapitanem Hastingsem (stworzonym przez Christie zapewne na wzór doktora Watsona) rozkwitła dopiero w słynnym serialu Poirot (z wybitnym Davidem Suchetem w roli tytułowej): poczciwy, bez jednej choćby nawet złej kości w ciele, honorowy i odważny, jest wiernym towarzyszem, wsparciem dla genialnego Poirota w każdej sytuacji, podobnie panna Lemon czy wprowadzona później autorka kryminałów Ariadna Oliver.

Można prychnąć, że co to za przewrót, co to za rewolta, jeśli rozgrywa się wśród klasy średniej i wyższej. W warunkach wyściełanej pluszem scenografii można podejmować działania dowolne, nawet i odmowne, skoro nie trzeba martwić się o pieniądze; można się przyjaźnić zamiast rywalizować, budować utopijne relacje i odmawiać przemocy prawa do zarządzania światem. Owszem, ale świat Christie zaczął powstawać ponad 100 lat temu, autorka pisała z konkretnego miejsca (uprzywilejowanego, niepozbawionego obciążeń takich jak klasizm czy kolonializm), w konkretnej ramie. Dziś możliwe są już takie przesunięcia perspektywy, dzięki którym odsłonić można inne niż uprzywilejowane części społeczeństwa. To wyzwanie dla każdego gatunku, by wypracować nowe scenografie, w ramach których postacie będą miały szansę na aktywność i atrakcyjność dla osób czytających.

Plus z uprzywilejowania sprawia, że Poirot i Marple bez wysiłku i wyrzeczeń, z pewną miękkością są w stanie wykonywać pracę śledczych: nieobciążeni lękiem o przetrwanie, wyzwoleni z kieratu charakterystycznego dla klasy pracującej, korzystają z przywileju przynależności do towarzystwa. Są mobilni, śmiało (i dla dobra sprawy) wykorzystują pozycję i znajomości. Podobnie dzieje się w innym gatunku, czyli w romansie, który mierzy się z wyzwaniem wyobrażenia opowieści o miłości w innej niż bajkowa, bogata, bezproblematyczna scenografia. Romans zwykle nie potrafi zrealizować scenariusza miłosnego poza scenografią przepychu i zbytku, jakby na miłość zasługiwały wyłącznie osoby wystarczająco zamożne, zdolne zgromadzić wymagane kostiumy, dekoracje, opłacić konieczne w tym scenariuszu aktywności i rytuały. Czy da się pomyśleć takie opowieści inaczej?

Lekarstwo na śmierć

Na pewno, rzecz w tym, że ryzyko i rozrywka nie zawsze idą w parze. Łatwiej odświeżać znane już i może zgrane opowieści, kojące przez powtarzalność, umożliwiające odwrót od niewygodnej rzeczywistości. Cosy crime stories, pododmiana powieści detektywistycznej, po części taką pełnią funkcję: rozrywkową, poprawiającą nastrój, samopoczucie, może i odrywającą od spraw tego świata. A jak ma się to do teraźniejszości?

Polskie kryminały kocykowe zadłużone są u klasyczek powieści detektywistycznej, a może lepiej powiedzieć, że odnoszą się do dorobku Agathy Christie w zapośredniczony sposób. Na rodzimą literaturę kocykowa największy wpływ miała Joanna Chmielewska, przez lata uznawana za królową polskiego kryminału, o czym świadczyć może Honorowa Nagroda Wielkiego Kalibru przyznana pisarce w 2006 r. Można tamten gest uznawać za wyraz głębokiego uznania dla tradycji, dla przeszłości ze strony środowiska, któremu przecież wtedy z ramą powieści detektywistycznej było niekoniecznie po drodze. XXI w. rozpoczął się wyznaniami miłosnymi dla czarnego kryminału, ogromna popularność powieści Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku wzbudziła modę na mroczne retro. Z kolei Marcin Świetlicki, znany z zamiłowania do twórczości Chandlera (był jednym z inicjatorów i autorów poetyckiego hołdu dla autora Głębokiego snu czy Żegnaj, laleczko, w postaci antologii Długie pożegnanie z 1997 r., na którą złożyły się wiersze najważniejszych wówczas młodych i młodszych poetów), opublikował powieść Dwanaście. Pokazał w niej, a właściwie przypomniał – za Tyrmandem, autorem wybitnego Złego, czy właśnie za Chmielewską – jak dużo osiągnąć można dzięki wysokiej świadomości gatunku: już nie trzeba się podporządkowywać jego regułom, można traktować je jak narzędzia do opowieści (w tym przypadku) o mroku, do rozliczeń środowiskowych, a także do wyzwalania się spod władzy wizerunku medialnego, cudzych oczekiwań. Świetlickiemu jednak bliżej do takiej formy, w której „bohater musi być samotny”, a jeśli pojawia się humor, to raczej w formie ironii czy groteski, która odciąża poważną opowieść o tym, „skąd zło?”, ratuje ją przed pułapką patosu. Bezwolne ciało Mistrza toczy się ulicami powieściowego Krakowa, zawsze daleko od centrum, od spraw z pierwszych stron gazet, zagadka kryminalna rozwiązuje się sama, tak jak sam pozostaje wciąż łaknący miłości bohater. Bo tylko ona, tylko miłość mogłaby wypełnić otchłań między nim a światem, ale wyłącznie idealna, czyli żadna, czyli nigdy. Metafizyczny – czy może: metafikcyjny – kryminał Świetlickiego wymusza głębszy namysł nad światem, nie tylko wewnętrznym.

To ciekawy zbieg okoliczności, że kryminał Dwanaście ukazał się w roku uhonorowania Joanny Chmielewskiej. Ta superbohaterka polskiej literatury wciąż jest popularna, czego dowodem może być tekst z listopadowego numeru miesięcznika „Znak” – Karolina Korwin-Piotrowska nie kryła w nim, jak wielką i ważną rolę odegrała w jej życiu twórczość autorki Lesia. Joanna Chmielewska (a właściwie Irena Barbara Kuhn z domu Becker) zadebiutowała w 1964 r. powieścią Klin wyrosłą z tzw. cywilizacji „Przekroju”, która nie tylko charakteryzowała się brakiem wstydu za zamiłowanie do kultury (również literatury) popularnej, ale również umiejętnościami łączenia jej z tradycjami starszymi, uznawanymi za poważniejsze, tak by wytworzyć w ten sposób nową jakość, sztukę – owszem, dostępną, owszem, umasowioną, na wzór tej zachodniej.

Na łamach „Przekroju” ukazywała się zarówno Przemiana Kafki, jak i Pewien uśmiech François Sagan; Jan Kamyczek, czyli Janina Ipohorska, uczył dobrych manier, a Barbara Hoff podpowiadała, jak dobrze się ubrać. Paski komiksowe z przygodami profesora Filutka i zagadki kryminalne tworzyły świeżą, współczesną całość dla ludzi zainteresowanych budowaniem przestrzeni prywatnych swobód, na którą składały się miłości do ludzi, muzyki i mody. Za jeden z najlepszych portretów filmowych przedstawicieli cywilizacji „Przekroju” uchodzi film Andrzeja Wajdy Niewinni czarodzieje: w jednej z pierwszych scen filmu Bazyli czyta właśnie to pismo; lekarz za dnia, wieczorami oddaje się grze w zespole jazzowym, uwodzeniu dziewcząt i jeździe na skuterze. Samo określenie „cywilizacja »Przekroju«” miało z początku niepochlebny wymiar, oznaczało bezideowców, jak z piosenki Wojciecha Młynarskiego „zasłaniających się »Przekrojem«”, odgradzających się od świata, uciekających od obowiązków innych niż prywatne, od zaangażowania w rozrywkę.

Ale były i dobre strony tego zjawiska, jak wcześniejsza od Klina o prawie dekadę powieść Tyrmanda (był przecież człowiekiem „Przekroju”) Zły, która jest wybitnym przykładem, jak dobre efekty osiągać można, serio traktując grę z gatunkiem: łączą się tutaj epos i kpina z powieści produkcyjnej, powieść awanturnicza o desperados i litania inwokacji do ukochanego miasta, w którym kurz budowy miesza się wciąż z popiołami, sceny widowiskowych pojedynków jakby z Iliady przeplatają się z obrazami jak z kina czy komiksów superbohaterskich. Jest Zły pieśnią pochwalną dla mocy wyobraźni, pieśnią miłosną czytelnika i widza, bo powieść Tyrmanda nosi wyraźne przecież ślady gorączki filmowej z okresu międzywojnia, o której fascynująco pisał Paweł Sitkiewicz.

Na tak właśnie przygotowanym gruncie zaczęła pisać Chmielewska. Jej debiut wykarmiony charakterystycznym dla „Przekroju” inteligentnym poczuciem humoru wykorzystuje ramę powieści gatunkowej, by zbudować świat alternatywny. Przytulność Klina tak można właśnie spróbować opisać – jako udaną próbę wypracowania przestrzeni własnej. Okres małej stabilizacji przecież nie oznaczał eliminacji ograniczeń swobód obywatelskich, było tylko spokojniej, dostatniej. W Klinie sercem kryminalnej części powieści jest szajka szpiegowska, zatem cień zimnej wojny kładzie się na tej niby lekkiej, niby zabawnej powieści (inaczej sprawy się mają w Lekarstwie na miłość, czyli w znakomitej ekranizacji powieści, gdzie mamy zwyczajny, mniej obciążony politycznie napad na bank – film wyreżyserowany przez Jerzego Batorego olśniewa do dziś, w roli samozwańczej detektywki wystąpiła Kalina Jędrusik, partnerowali jej Krystyna Sienkiewicz oraz Andrzej Łapicki).

Wzorcowa komedia kryminalna z elementami chick litu pokazuje, że czego nie da się skontrolować, to trzeba obśmiać, odsłonić absurdalny wymiar i przesunąć na dalszy plan, a w centrum osadzić to, co dla jednostki istotne, jak relacje międzyludzkie.

Wiera Jezierska, bohaterka poczytnych powieści Agnieszki Jeż, stawia pytanie o zasadność istnienia komedii kryminalnych i o to, dlaczego ludzie je czytają, bo sama policjantka nie widzi nic śmiesznego w cudzym cierpieniu, a nawet śmierci – może właśnie z szacunku dla innych? Śmiech nie umniejsza go, nie odejmuje powagi, jednak może przyczynić się do budowania poczucia sprawczości, a tę mieć można w ograniczonym przecież wymiarze. Tak zakrojone ambicje przeskalowują działania, nie ciążą ku centrum wydarzeń politycznych, tutaj to nie ognisko dosłownie rozumianego politycznego konfliktu, nie posiedzenia możnych i władnych tego świata zajmują uwagę piszącej i czytających. Interesujące są raczej marginesy swobody i sojusze, jakie ku jej wzmocnieniu można zawierać. Nie będzie to już żaden marszałek, żaden wysoki rangą urzędnik, będą to przyjaciółka, koledzy z pracy, członkowie rodziny. Joanna z Klina buduje fundament egzystencji w przyjaźni, jest idealną bohaterką powieści: nie ma przeszłości innej niż miłosna, nie wiemy nic o jej rodzinie (rodzicach, rodzeństwie), nieobciążona, może być przesuwana przez autorkę na dowolne pola, angażowana w najbardziej ryzykowne akcje. Choć nie spuszcza nikomu lania i nie ma nadludzkich mocy – poza inteligencją – to jest plastyczną superbohaterką. Jej panieństwo wcale nie stanowi defektu. Samodzielna i niezależna architektka wydaje się protoplastką singielek z przełomu XX i XXI w. Sojusz z przyjaciółką pokazuje, że relacje między kobietami mogą mieć inny niż rywalizacja charakter, mogą być konstruktywne oraz prowadzić do wielu przygód. Bohaterka kryminału kocykowego nie musi być sama i wcale nie o związki miłosne chodzi, bo może być w dobrych, przyjaznych relacjach, nieść pocieszenie i być pocieszaną, troszczyć się i być adresatką troski, wspierać i być wspieraną, nabierać sił w sieci przyjaźni. A przy tym wszystkim nieźle się bawić.

Umówmy się na zabawę

Tropem przyjaźni idą najciekawsze współczesne polskie przytulne opowieści kryminalne, powieści kocykowe, komedie kryminalne. Katarzyna Gacek, Małgorzata J. Kursa, Karolina Morawiecka, Marta Matyszczak, Marta Kisiel i Maryla Szymiczkowa (czyli właściwie Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) nie tyle śmieją się ze śmierci, ile śmieją się do życia. Cykl powieści Szymiczkowej chyba najbardziej nawiązuje do tradycji pisania „przekrojowego”: rozgrywka z formą na poziomie meta ma służyć jako ćwiczenie dla szarych komórek, bo nie sposób na serio już traktować formy powieści kryminalnej czy detektywistycznej, można w nią (i z nią) grać, a to już całkiem sporo. Profesorowa Szczupaczyńska ogrywa sobie współczesnych, zasady i normy obyczajowe, nie ma ochoty na żadną rewolucję, raczej rusza w miasto, bo chce się możliwie dobrze bawić (i podobnie bawić osoby czytające). Rozwiązuje tajemnice kolejnych śmierci, bo zawsze jakaś trup będzie leżał na jej drodze. Śmierć zdaje się znać jej adres na pamięć, nie pomaga przeprowadzka (jak to miało miejsce w najnowszej części cyklu). Ale nie tylko rozgrywka z rozrywką, nie tylko rozrywkowa rozgrywka z formą zostaje, zabawa dla odpoczynku i ukojenia nerwów. Pełna świadomość gry z konwencją przynieść może też ulgę po trudach angażowania się w codzienne sprawy.

Marta Matyszczak w swojej serii kryminałów (a to pod psem, a to pod kotem) poszła dalej, zasadą umowności objęła również istoty nieludzkie. Autorka wyprowadziła swoje powieści w rejony bajki zwierzęcej – z powodzeniem, bo poczytność od lat nie maleje, jakby zapotrzebowanie na taką (z pewnej perspektywy) niedorzeczność miało mieć terapeutyczną wręcz moc, „jakie to szczęście, że to wszystko nieprawda”, zdają się potwierdzać osoby czytające. U Karoliny Morawieckiej, miłośniczki Agathy Christie, również obowiązuje zasada umowności: główna bohaterka nosi nie tylko to samo imię (jak u Joanny Chmielewskiej), ale i nazwisko, gra w związku z tym ze skojarzeniami i posądzeniami autorek o to, że piszą tylko o sobie, że nie potrafią stwarzać, tylko wytwarzają. Jednak opis postaci powieściowej wdowy po aptekarzu i szybkie porównanie z fotografią autorki zamieszczoną na okładce nawet najbardziej rozkojarzonych sprowadzą na ziemię: to zabawa, która ma pomóc ruszyć głową; pomóc odetchnąć, gdy trudno o oddech. Specyficzny, może nawet i wysilony, humor charakteryzujący jej powieści nie jest dla wszystkich, ale z pewnością odnajdą się w nim sieroty po Chmielewskiej czy może nawet miłośniczki Szymiczkowej, z szeroko rozumianą mieszczańskością gra przecież Morawiecka: przerysowanie i wyolbrzymienie nabiera u niej wymiaru pogodnego żartu, rozbraja w ten sposób mieszczańskie tradycje, wykorzystuje, by poczuć się dzięki nim lepiej.

U Katarzyny Gacek, autorki poczytnej i docenionej serii „Agencja Czajka”, ważniejsza niż humor i możliwość poprawienia nastroju przez odwracanie uwagi od koszmaru codzienności zdaje się możliwość zrzeszania się poza wzorcem romansowym. Podobnie jak Morawiecka, Gacek osadziła swoje bohaterki: Gaję, Matyldę i Klarę, nie w wielkim mieście, lecz w Milanówku („wdowa po aptekarzu” Morawieckiej buszuje w podkrakowskiej Skale). Wygląda na to, że o centrum (takim jak Warszawa) napisano już wystarczająco dużo, czas odkryć możliwości mniejszych miejscowości, podobnie przecież postępowała uznawana za mistrzynię Christie. Jeszcze bardziej niż zagadka kryminalna przykuwa uwagę u Gacek (a pewnie i samej Gacek) sprawa-tajemnica przyjaźni: czym właściwie ona jest? Czy można budować tę relację, eliminując przemoc (Gaja musi skonfrontować się z tym, że wykorzystuje Matyldę, jej dobroć i oddanie)? Jak angażować się w świat poza rolami wyznaczonymi przez społeczeństwo? Jak odkrywać sprawczość, zwłaszcza w wymiarze lokalnym, czyli tym, który ma bezpośrednie przełożenie na codzienne życie bohaterek? Nie da się jednak (co było możliwe w przypadku Skały) zignorować skojarzeń Milanówka z uprzywilejowaniem, nie jest to takie znowu zwykłe małe miasteczko. Gacek, podobnie jak Christie, pracuje w takiej scenografii, jaka pozwoli jej wygłuszyć poważne pytania o środki finansowe, nierówności społeczne, pułapki systemowe i emocjonalne, z których nie da się zbyt łatwo wydostać; w „Agencji Detektywistycznej Czajka” trochę jest klasistowsko, ale dzięki temu łatwiej budować sojusze, już nie takie kruche jak w innych środowiskach. Trójkowy układ agencji ma pomagać rozładowywać napięcia międzyludzkie. Postacią katalizatorem jest Klara, była modelka z zamiłowaniem do motocykli i nonszalancji. Nie zawsze bowiem to, co za przyjaźń uchodzi, nią jest, przemoc przenika bowiem wszystkie elementy życia społecznego.

O trudach przyjaźni detektywek amatorek pisała też Małgorzata J. Kursa. Jej cykl „Malwina i Eliza na tropie” jest ciekawym zapisem rewindykacji znanego z klasycznej powieści detektywistycznej układu dwójkowego, jak Holmes–Watson czy Poirot– Hastings, teraz stawką jest rozsadzenie przyznanych na dość tajemniczych przecież zasadach ról poczciwca i głuptasa. Jeśli ta przytulna i pocieszycielska odsłona kryminału walczy z przemocą, to również w tym wymiarze, w bliskich relacjach, które mogą być budowane inaczej niż w ramach struktury podległości i nadrzędności. Można przecież współpracować partnersko, można negocjować układ sił. Ku temu właśnie wzorcowi relacji opartym na negocjacjach, na otwartości zmierza również Marta Kisiel. W cyklu powieści o Teresce Trawny buduje (znowu) nieledwo baśniowy obraz rodziny, z której nie trzeba uciekać, lecz można znaleźć bliskość rozumianą nie tylko jako pokrewieństwo, ale powinowactwa ducha, emocji, zainteresowań. Najciekawszy tutaj wydaje się związek między synową (Tereską) a teściową (Mirką, znaczące imię: to ta, która niesie pokój). Wbrew utrwalonemu stereotypowi wysiłek Kisiel zdaje się zmierzać ku wypisaniu możliwej serdeczności między kobietami połączonymi przez kochanego mężczyznę: syna i męża. Okazuje się możliwa taka bliskość, jaka – znowu – oczyszcza się ze złogów uprzedzeń, lęków, chęci dominacji. Jest zatem Marta Kisiel autorką (między innymi, bo to przecież jej zawdzięczamy powieści o Lichu) kryminału rodzinnego w pogodnej i (właśnie!) przytulnej odmianie, bo tutaj rodzina nie musi być źródłem wyłącznie cierpień, lecz może też być źródłem siły – zwłaszcza rodzina z wyboru, jak w przypadku Miry i Tereski.

Sojusze poza porządkiem krwi, oparte na wolnej woli interesują również Joannę Jodełkę, ostatnio autorkę cyklu o siostrach Raj: Tycjana (konserwatorka dzieł sztuki) i Angelina (charakteryzatorka teatralna) poznają się jako dorosłe już osoby na pogrzebie ojca. Przyrodnie siostry wpadają w wir zagadek kryminalnych, mimo wielu różnic postanawiają współpracować i odkrywają, że ta niestandardowa wspólnota im służy. Bohaterka nie musi być samotna, może szukać wsparcia, budować je na dowolnie wybranej podstawie: powinowactwa dusz, pokrewieństwa, wspólnych zainteresowań czy tarapatów. Taka wizja możliwych mikrowspólnot zdaje się nieść potrzebne współczesne pocieszenia – w czym należy upatrywać popularności zjawiska, jakim są przytulne kryminały. Skoro śmierci nie można wyeliminować, trzeba skupić się na życiu, możliwie dobrym, mało przemocowym, i o ile się da, złagodzić śmiechem lęk przed kresem – taki przepis proponują i wyraźnie tymczasem się sprawdza.

Artykuł pojawił się w numerze: Daj chłopaka, takiego chłopaka