Subskrybuj
Ilustracja: Katarzyna Czapska
Ilustracja: Katarzyna Czapska
Dramatopisarka, teatrolożka, autorka m.in. dramatu Żywot i śmierć pana Hersha Libkina z Sacramento w stanie Kalifornia (2022, nominacja do Paszportu „Polityki”). We wrześniu nakładem Wydawnictwa Cyranka ukaże się jej debiutancka powieść Toń, opowiadająca losy rodziny...

Wyrok

Żarł ich strach. Nerwowy spokój przestrzeni rozległych i znajomych znów budził w nich instynkt, by tropić. Ostatni gwar w Sole.

Ale Sołę zostawili wiele kilometrów stąd i teraz jedynie cisza jak grom budziła ich do dalszej wędrówki. Mozolnie przedzierali się przez błota, nad nimi niebo dymiło szarością. Majda kroczył zwaliście przez suche gałązki tarniny i zadzierał głowę raz po raz. Znikąd znaków. Znał to wszystko dobrze, znał tak, że wyczuł w trzewiach, gdzie krył się demon, przebiegły gad, który zdążył złożyć jaja pod czaszką, który smyrgnął het niepostrzeżenie, i już wykluły się majaki, myśli nieustępliwe, krążące nad nimi jak stado wron. Wyrok jest wyrok. Ale czy ufali jeszcze sobie wzajem? Strzelecki, wysoki, barczysty, z blizną na pysku, niby swój, a nie swój. Jakby nie blizna, mógłby kto pomyśleć, że jakiś z niego paniczyk, miastowy, co zbłądził, taki, jak te szczenięta, ledwie od ziemi draśnięte, co je raz w chaszczach złapali. Na wojaczkę chcieli, przysięgali na to i owo, więc dali im po łopacie, chyżo, trupy zakopać, w ziemi truchła złożyć. Chłopięta jeden, drugi na ten obraz, na ten węch zaraz cali w rzygowinach, więc pośmiali się z kompanami z miastowych, pogonili, won, wypierdalać pod maminą spódnicę. Nie. Już nie. Może i Strzelecki był kiedy taki, ale nie dziś, nie teraz, nie w tych strasznych czasach. Plecy jak ugięte niewidzialnym ciężarem, na gębie świńska szczecina i ta blizna, szrama wpół, jakby się ledwo od ciosu siekierą uchylił, oczy – strach. Od dziecięcia niby znany, potem karczma, handel, suma, a potem. Wojna. Razem załatwiali szybkie szwindle. Nikt nie pytał, nikt nie słuchał. Dwa lata kośby. Dwa lata na wojnie to wieczność cała, dwa lata to matkę pochować, wesele wyprawić, dziecka na świat, jedno, drugie, i przejrzeć na oczy, kto z nami, kto wbrew, bo dwóch lat starcza na objawienia. Jeno na świętość nie. Nie teraz. Może nigdy. Sam nie wiedział. Zatrzymał się i rozpiął rozporek. Lał w czarną kałużę długo, rzęsiście. A w trzewiach głód gorejący językami gadał.

Strzelecki przystanął opodal i zaczął skręcać papierosa. Noce nie miały końca. Dni nie miały końca. Wyrok jest wyrok. Powtarzał to sobie w duchu, popatrując na Strzeleckiego, ale żadne ze zdarzeń, do których wciąż wracał pamięcią, nie przydawało sprawie sensu. Trop ścielił się gęsto. W innych wsiach ścięty. Urywał się jak na rozkaz. Tłukły mu się w głowie słowa Ostapowej natrętnie, bez końca. Że martwy, że nie ma. Jędrzej Pierończyk, jebał go pies, żyw i nieżyw, kolaborant i bohater, co kto gębę otworzył, zaraz inna śpiewka, co ślad, nie wiadomo, czy mylny. Że coś wie Tosiek, głupie chłopaczysko z Łanów. Coś wiedzieć musiał, skoro na ich widok szurnął zaraz w stronę dworu. Że też chuchro w taki pęd, gdzież tę siłę trzyma. Wszystko bujda. Tosiek bzdura. Nawiał, bo mu ludzie nagadali, że szukają. Gdzieżby Pierończyk, stary wyga, co kościelne szabrował, dopuścił do siebie młokosa matołka. Szli po omacku. Oślepieni kłamstwem, po nici pogłosek. Tylko tego był pewien.

Strzelecki na dźwięk zapinanych spodni ruszył przed siebie. Nie odwracał się. Szerokie plecy w wytartej kapocie. Zdało mu się, że zgrzebny całun.

Ustalili o świcie, że przejdą księżym lasem, wzdłuż strumienia, wprost do chałupy Bladej Mańki, gdzie od miesięcy drogę grodziły powalone w styczniu drzewa. Strzelecki myślał spokojnie, czasem przystawał i wsłuchiwał się w szemrzące drzewa. Lęk otulał go szczelnie i czuł, że poranny zapał Majdy ustąpił uporczywym myślom, bo Majda, co szło poznać z zaciśniętych zębów i pięści w kułak zbitych, bał się przeszłości. Mańka dawała. Temu, tamtemu. Majda głupstwo, jeden z wielu. Jej to pewnikiem bez żalu, bez wspomnień. Ale on? Ciężka sprawa. Gniotła mu w piersi ta chuda koza, gniotła i ściskała jak sto diabłów, więc jak Majda może bez względów, do celu, tylko ujrzy dychawiczne truchło, zaraz zacznie kluczyć. Psiakrew by go, kompan co się zowie. Tylko na cycek i omastę łakomy, a Strzelecki znał go, znał i tego akurat był pewien jak w pacierzu. Co innego handle po kątach, burda, furda, jak głowę komu rozbić, to z Majdą konie kraść. Co innego wyrok. Honorowo to nie po Majdowemu. Niestała ta opoka, oj, niestała.

Weszli we mgłę w dolinie, co obu przyniosło dziwne ukojenie. Tłukły się po głowie obrazy dzieciństwa, zgryzota i żal, które obaj chcieli wyrwać z korzeniem, bo im było w pamięci uporczywym chwastem, co się pleni jak lebioda. Chorobliwe majaki przerywane dźwiękiem kościelnych dzwonków i modlitwy mamrotów, wszystko spowite wonnym smrodem paleniska. Szli więc szybciej, a rozdrażniony nerw koił. To było bezpieczne. To było znajome od zarania dziejów z każdym chlaśnięciem, jakie się człowiekowi w życiu przydarza, z każdym chwytem za gardziel, od oseska. Jak liczyć, to na cięgi. Jak czekać, to na zdradę. Jak nagroda, śmierć. Nie pragnąć, nie przyrzekać, w życiu zawodu człek nie ujdzie, więc lepiej tak, bez duszy. Prościej.

Gdy wyszli z obłoku, który zdawał się kipieć niczym mleko, gdy wspięli się na halę, spojrzeli w dół na Klimontową. Dreszcz ich przeszedł, bo obaj dostrzegli podobieństwo i obu dręczyła jedna myśl.

Wspomnienie jasnej nocy, kiedy pierwszy raz od czasu wiela ujrzeli Łany. Oblepiało ich czystością widzenia. Osmalało ich klarownością. Jeszcze dziś, na Boga, widzieli wszystko tak jak wtedy, z każdym szczegółem. Nosili w sobie tę wizję, jakby to wczoraj było. Wieś rozpaściła się w dolinie i ze zbocza zdało im się, jakby każdą chałupę, każdą stodołę, każdą połać ziemi wystrugano kozikiem w wielkim ołtarzu, pękatym od amorków i szkieletów, możnych panów i trądu, a domostwa jakby w drewnie rzeźbione, jakby dla zastępów postaci i drżących języków inskrypcji tłem być miały. Maleńkie, wyraziście ulotne. Tylko po to stworzone, żeby mocniej dojrzeć grozę figur, w falach szat, zbrojach, ze skrzydłami pierzastymi i gwiazdami, żeby łacniej kłuł cierń korony i łacińskie litery. Iesvs Nazarenvs Rex Ivdæorvm. A jednak w całym żywym ruchu i perlącym się świetle spadającym z niebios na wioskę jej wypalone zgliszcza przeraźliwie piękne, przeraźliwie boskie. Ostateczne. Na widok ten zastygli obaj w jednej chwili. Łany były martwe. Zbite skupisko budynków i ścieżek, znajomych gospód i traktów, zbite na mokrą plamę. Milczeli i patrzyli pochmurnie. Zgruchotana jedność gorzała zmarzliną pośród pól. Żywego ducha. Nawet psa. Nikogo.

Czuli, że widmo wsi swój obraz wyżarło im głęboko w duszach, że będą z nim wędrować zaczadzeni, a ono ich nie opuści, choćby ujrzeć mieli więcej i więcej niemożliwego do objęcia wzrokiem, choćby jeszcze i twarze, które niegdyś znali, miały wyłonić się z wojennej magmy, wypalone i zastygnięte w ostatnim grymasie. Łany były pierwsze, jak jest pierwsza kobieta i jest pierwszy strzał ze strzelby, jak jest pierwsze draśnięcie śmierci, przed którą uchodzi się cudem lub głupotą. Częściej głupotą.

Majda machnął ręką i Strzelecki wiedział, że to tylko majaków odganianie, że tylko zapewnienie, tak, to Klimontowa, tam jest drewniana kaplica i cmentarz, targ, dwie karczmy, wiejska szkoła, dalej pańska gorzelnia i droga do dworu. Nie odpowiedział na rozpaczliwy gest. Miał już pewność, że obu ta franca dopadła, że trzyma ich mocno, za pysk, że wlała się strugą i tętni w żyłach, we krwi już na zawsze.

– Przeklęte Łany – powiedział, a Majda drgnął, jakby przytakiwał, że może to Klimontowa, ale wciąż o martwe Łany chodzi.

Patrzyli jeszcze niepewni, czy to majak, czy jawa. Brzemię wspomnienia tętniące pod skórą. Pustka po miejscu zmiażdżonym, przeoranym gąsienicami, wypalonym ogniem karabinów. I teraz Klimontowa. Haniebnie podobna tkwiła niewzruszenie pośród pól.

Staliby tak pewnie i do rana, gdy przeszył ich dzwon. Dźwięk płaski i chropawy marnością taniego stopu, bez duszy, a jednak ubódł, jednak przyszpilił. Że tam jest życie, mój Boże, że tam jest jeszcze jakieś życie. Że ludzie orzą ziemię, że tkają, drwa rąbią, że handel, że szwindle, że tańczą i piją gorzałę, że dzieci robią, że to jest jeszcze możliwe, że ktoś w dzwonnicy za sznur pociąga, że gdzieś są jeszcze ludzie, bo sami tracili wiarę, tracili pewność, czy są jeszcze ludzie, czy oni są ludźmi, bo kim przecież byli, jeśli przeszli tylko nieludzkie. Szukali więc wzrokiem znajomego, upragnionego, modlili się w duchu o okruch zwyczajności. Już roiło im się, że z łąki za chałupami poniesie się owcze beczenie, choć do redyku czekały ich tygodnie, a zwierzęta wciąż rekwirowali raz jedni, raz drudzy. Już roiło im się, że pod szkołą echo odbije dziecięce głosy, lecz kto miał dziś dzieci, jeśli nie martwe, nie chore, nie w leśnym dole, jeśli nie z bronią pod pachą i nie na robotach, to co dziecko jeszcze znaczy, kto jest dzieckiem jeszcze, jeśli sami widzieli ledwo odrośnięte, nieopierzone i bose, ledwo wyklute ptaszyny, co jednym ruchem wprawnej ręki, ręki nagle dorosłej, wypełnionej wątłą siłą, rżnęły gardła i cięły palce, gdy z obrączką, i rwały z ust złoto, i jednym strzałem gromiły zadziornych i chojraków, pospolitych łajdaków i ludzkie bydlęta.

Nic. Tylko dzwon. Klimontowa majaczyła w dolinie spowita mgłą i dymami z kominów. Czekali jeszcze na coś, byle się zdarzyło, byle przecięło tę nić niewidzialną, łączącą wieś ocalałą ze wsi widmem, byle dało im łyk zapomnienia. Wraz w myślach połajanka. Na co liczysz, głupcze? Na co jeszcze liczysz?

Ruszyli więc na wschód. Byle dalej. Gruchnęło śniegiem z deszczem. Siew gęsty jak manna. Nie widzieli siebie. Nie widzieli niczego. Podążali tylko za dźwiękiem stóp cmoktających w błocie. Pięli się po brzegu wąwozu niestrudzenie. Zacinało rwanym rytmem, obłąkańczo, aż nagle jak ręką odjął. Brodzili chwilę w paśmie suchych krzewów, wzdłuż Rudawki. I popatrywali z góry na nitkę strumienia z dziecięcą obawą, że ucieknie i skończy się z biegiem wody cały obrót świata, zagasną gwiazdy i wejdą w ziemne korytarze, jak w okopy, jak mrówki. Deszcz zdążył już wsiąknąć w ziemię. Tylko kapoty sztywne jak krupy. Wspięli się łagodnym zboczem przez pasmo jodeł, przez młódź, co ledwo puściła pierwsze pędy, a już się rozpycha, aż chrzęst pod stopami, jakby kroczyli po krze, po gruzie, po ludzkich kościach.

Szarzało powoli i mróz krzepł, co wnet odczuli w stopach, które okutali szmatami, by wypełnić pustkę w butach, to nieme świadectwo cudzej własności. Chałupa czerniała już na horyzoncie, ale nie wychynęli zaraz z wąwozu, tylko przekradli się bokiem, kuląc głowy w ramionach. Smyrgnęli za drzewami i przysiedli za na wpół rozebranym chlewem. Deski miękkie, żwir gładki, wszędzie wilgoć. Spojrzeli na chatę ukradkiem. Dym z komina piętrzył się jak skała, to znów snuł się wąskim ściegiem. Kogo Blada Mańka trzymała za pazuchą? Powiadali, że partyzantów – ale których? Gadali też, że wrogów, ale kto był wróg, kto przyjaciel? Zresztą od tygodni nie widzieli żadnego z obcych żołnierzy, ich obecność tylko grzmiała z rzadka gdzieś za horyzontem. Wsie opustoszały, kto żyw, chował się w lasach. Nikomu nie ufać, z nikim w zwadę nie wchodzić. Nie ściągać na siebie złego spojrzenia. Czyż sami nie wpadli w tę pułapkę? Znano ich dobrze. Imiona i twarze utrwalone na zawsze w przekleństwach każdego z domostw, więc jak przejść niepostrzeżenie, jak skończyć, co zadane?

Czas mijał. Cisza. Siedzieli pod deskami. W drewnie zbierały się mętne krople, od lasu ciągnął kres. Majda nagle niecierpliwy, rozogniony już kokosił się w błocie, ale Strzelecki chwycił go za kark i wstrzymał żelaznym uściskiem.

– Mnie zostaw – syknął. – Mnie.

Wzmocnił chwyt i spojrzał na Majdę raz jeszcze, karząco. Majda zgrzytał zębami. Grzało go już, już, byle dobić do chałupy, do drzwi, dostać się do środka, głupiego tęsknota. Strzelecki trzymał go jeszcze za brudny kołnierz, za kark byczy i hardy. W końcu puścił. Poprawił na łbie maciejówkę, nabrał powietrza w płuca i wysunął się powoli zza podmurówki.

Znał to podwórze. Lśniące od biedy. Oporządzane wytrwale siłą Mańkowego uporu. Patrzył i myślał, że nic się nie zmieniło. Martwo szumiał jodłowy las. Dwa liche poletka, bury pas miękkiej miedzy. Te same szpary w stodole równo wypchane słomą, ta sama pobielona studnia. Obejście ropiało czystością. Tak to pamiętał, tak to obaj pamiętali, więc śmielej czerep wysunął, a Majda za nim. W oknach głucha czerń. Zdawało mu się, że szemrze gdzieś z głębi, z brzucha tej nędznej chaty, ale chyba złudzenie, chyba tylko złudzenie. Pewnie poszła, może do Klimontowej, może w stronę dawnych sadów, poszła, zostawiwszy tylko kocioł na piecu. No i co w tym kotle Mańka może mieć? Same obierki. Szmaty i polne grzyby, wilcze jagody, Mańka wariatka, wiecznie biedna, wiecznie głodna, wiecznie nienasycona.

Przemieszczali się w stronę stodoły już pewniej, ale tracili ducha. Coś jakby inaczej, jak gdzie indziej, nieznane i wyraźnie odległe, jak złapany nagle swąd w rześkiej rosie. Za zboczem widniała kupa rozmokłego gnoju. I jakby tego nie dość, a starczało, by napędzić stracha, bo niemańkowe było bardzo, obce jej i wstrętne, taką ją znali, ujrzeli ten jeden znak, który rozumieli obaj bez względu na wszystko, rozumieli go bez słów, więc i po cóż język strzępić, po cóż, wszak widzieli jak na dłoni. Wiszącą na sznurze męską koszulę. Wtedy Majda jak sroka w kość, raz-dwa, rypnął w wiadro stojące przy chlewiej podmurówce. Drzwi do chałupy odbiły z hukiem i stała nad nimi, celując raz w jednego, raz w drugiego. Strzelecki zastygł. Zmrużył oczy, by przyjrzeć się jej sylwetce. Niezmienna i zawsze ta sama. Blada Mańka kulawa jak anioł.

– Bóg w dom – zagaił, ale ścięła słowa parsknięciem. Wiedziała, kto zacz i czego szuka. Wszyscy wiedzieli. Czyż nie rozpytywali o Pierończyka w Dobrej Wsi? Czyż nie rozpytywali w Tomaszkowie? Rozniosło się po okolicy, Pierończyk pewnie zbiegł, a oni gonili upiora zagonami, gonili marę lasami, dolinami. Chłopina dostał cynk i prysnął, a oni wciąż tułali się po okolicy, od Rudawki po Czarny Wierch. Otworzył gębę, ale nawet nie stęknął. Zupełnie nieruchoma mierzyła teraz tylko do niego, zastygła w kamień, gotowa do strzału. Oczy martwe i puste, cmentarne, a postać jak maszt na sztorc, tylko łopotało raz po raz spódnicą, wybrzuszało obłokami i gotów był przysiąc, że diablica wniebowstąpi lada chwila i uniesie ją światłość migocząca jak figurę. Charknęła raz mocno, splunęła. Z wciąż uniesioną flintą powiodła po nim wzrokiem. Znów zastygła. Gotowa. Zdecydowana. I wtedy zdało mu się, jakoby żar zmroził jej postać.

– Franuś, Franuś – wyszeptała. – Tak ci przyszło, Franuś, na co ci przyszło?

Majda już otworzył pysk, ale Strzelecki podniósł dłoń i wstrzymał cisnące się słowa.

– Ojca twego znałam – ciągnęła już głośniej. – Wszyscy znali, tęgi chłop i matulę twoją bił, oj, bił, bił tak, że bywało, jak na zydlu wysiedzieć nie mogła.

Milczał. Czuł tylko mróz od wiatru, co mu włos przesiewał. Raz. Drugi.

– Ale w swym fachu jak mało kto. – Głos mocniejszy, dźwięczniejszy wydobywał się z niej, krzepł. – Kuł i giął. Giął żelazo, giął. W łańcuchy i w podkowy. Tyle siły miał.

– I ja w moim fachu…

Urwał. Palec na cynglu. Czujne spojrzenie. Nie, Blada Mańka nie czuła strachu.

– Co to za fach? – rzuciła. – Przed Bogiem wstydu nie macie. Jeden i drugi. Ojce nieżywe, to i bezwstyd, na jedno i drugie imię wieczna wam sromota.

– Oj, Mania – zaśmiał się cierpko. – Po księżowsku do mnie gadasz.

Skrzywiła się.

 – Po księżowsku gadasz – powtórzył głośniej. – Musi wojna zalazła ci za skórę.

– Paszli won – wycedziła.

Jej postać jak strach na wróble. Furkotały na wietrze spódnica, chustka, poły kapoty. Ona sama słup soli. Gotowa karmić ich ołowiem do posrania, do porzygu. Żeby z każdej dziury wyszło, żeby się ulało niekończącym się strumieniem, żeby z pustego łba pęknięty dzban, w piersi sito. Strzelecki wpatrywał się w jej oczy uporczywie. Spuchnięta dolna warga. Krosty na policzkach. Było znać, że głodna, zawsze głodna, ale koszula, więc może i od ust sobie odejmowała, może i obce co karmiła skrycie.

Oddech Majdy świsnął nagle. Coś zakotłowało się w obejściu. Brzęk. I wystrzelił ze stodoły patykowaty. Przez płot, zboczem, dalej w dół, przez jodły, przez tarninę, hajda przez wykroty. Rzucili się za nim, dwa psy. Z tyłu Blada Mańka jeszcze urywanym skrzekiem. A oni w dół, zboczem w dół, w stronę strumienia, tam, gdzie pękały powoli kry na Rudawce, w dół, kotłując się, pędząc, bo zew, bo krew, bo czuli ranne zwierzę, ale uszło. Stanęli więc w polu i patrzyli, jak chudzielec znika wśród drzew i nie da się w lesie na pewno, na własną duszę, czy to pień, czy cień, czy ludzki korpus sczerniały od głodu. Był to ten sam wsiowy głupek, ten sam Tosiek biedaczyna, co go z daleka po ruchach poznawali, bo i nie było drugiego w okolicy, co by chwiał się na cienkich nogach jak bociek w stawie.

Szli tropem Tośka marszowo, bezsłownie, na chałupę Mańki nawet wzroku nie odwróciwszy. Ale Strzelecki wiedział, że w Majdzie zbudzone szatany, że szedł teraz twardo, krok za krokiem, a w głowie gorąc, a w sercu mróz. Popatrywał na niego raz po raz, ukradkiem. Byle się tylko upewnić, potwierdzić przypuszczenie. Majda za Tośkiem, skupiony, strzelba na plecach, pięść zaciśnięta na kolbie nagana, po tropach, po szadzi, w błoto. Ale znali się jak dwa kundle w jednym stadzie i wiedział, że Majda tu za chłopakiem w las, a w głowie już buzują mu płomienie, już obmyśla, jak do Bladej Mańki wrócić, jak ukarać, już poprzysięga jej zemstę krwawą i aż w kościach mu strzyka, żeby naraz wywłokę za włosy, zacisnąć paluchy na gardle, żeby ją za tę zdradę przeciorać, pognębić, ręce wyłamać albo i co insze.

 – Mańkę ostawim – odezwał się i przystanął.

Majda na to jak wryty, przez chwilę plecami. Odwrócił się i utkwił w nim mętne spojrzenie. W twarzy nic, tylko pogarda.

– Ostawim ją, mówię. Mamy co robić. Był rozkaz.

Źrenice Majdy przez chwilę żółte, a potem znów czarne jak smoła, milczał uporczywie. Szczecina na twarzy napięła się na chwilę i rozluźniła, jakby odechciało mu się gadać. Huczało monotonnie wietrzyskiem, łopotały korony drzew. Stali nieruchomo. Tylko haft błota rozsnuty po kolana świadczył, że bez przerwy, bez końca byli w drodze. Majda fuknął krótko przez nos. Skrzywił się.

– Najpierw rozkaz – powiedział. – Potem Mańka.

Artykuł pojawił się w numerze: W kulturze ciągłej terapii