Subskrybuj
Ilustracja: Ewelina Karpowiak fot. Grażyna Makara i Katarzyna Włoch
Dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”, autorka książek m.in. Pilch w sensie ścisłym. Biografia (2016) oraz Blisko, bliżej. Rozmowy o tym, co najważniejsze (2021).

„Śmierć pięknych saren” to moja pigułka szczęścia

Każda kolejna lektura tej książki zbliża do jądra jasności i wyzwala strumienie łez – przejęcia i oczyszczenia .

W papierowym wydaniu Miesięcznika ZNAK artykuł ukazał się pod tytułem Pigułka szczęścia


Po raz pierwszy – jako licealistka ubrana na czarno, wściekła na system (szkolny), nakaz (rodzicielski), niepowodzenie (miłosne) – czytałam tę książkę bez okładki i pierwszej strony (wydarte). Nie miałam pojęcia, jaki nosi tytuł i kto ją napisał, ale wiedziałam, komu jest zadedykowana: „Mamusi, która miała za męża mojego tatusia”. I to właśnie zdanie połknęło mnie jak przynętę.

Dałam się uwieść tym historiom (opowiadaniom) prościusieńkim, zmysłowym, krzepiącym, groteskowym i słodkim.

Snutym z perspektywy człowieka zadowolonego, niczym poważnym nieudręczonego, wyposażonego w łagodne jak baranek poczucie humoru, czyli człowieka, który był przeciwieństwem tego wszystkiego, co w tamtym czasie prezentowałam ja. Pochłaniałam więc żarłocznie kolejne akapity, wędrowałam przez świat przedstawiony – wieś sielską anielską, w której panuje odwieczny porządek, lasem, w którym śpiewają ptaszki, łąką, po której toczy się angielska piłka. Kibicowałam bohaterom roznamiętnionym wędkowaniem, rozumiałam (a byłam już wegetarianką) polowania (ba, kłusownictwo!) na karpie, brzany, pstrągi, węgorze, szczupaki. Zaglądałam do chałup sąsiadów charakternych i z mocnym kręgosłupem moralnym, niezostawiających na lodzie bliźniego w potrzebie. Podziwiałam żonę dobrodusznie przymykającą oko na sporego kalibru odlot męża, a ten odlot męża brałam za eksces przemieniający nudę powszedniości w radosną celebrę istnienia.

Druga lektura zdarzyła się ponad dekadę później. Dumnie wtedy wkraczałam w dorosłość (małżeństwo, macierzyństwo) oraz zawód (dziennikarstwo). Nie tylko wiedziałam, jak brzmi tytuł książki i kto ją popełnił, lecz przeczytałam wszystko, co Oty Pavla ukazało się w Polsce, włącznie z reportażami na temat czeskich sportowców (znakomite). Znałam życiorys pisarza i wiedziałam, że Śmierć pięknych saren jest fikcją wyrosłą na gruncie autobiograficznym. Dzięki temu odkrywałam nie bez zdumienia, że w prawdziwej rodzinie pisarza nie było tak różowo. Dostrzegałam ciasno upchnięte w tekście pojedyncze zdania odnoszące się do Pavlów żydostwa i wynikającej z tego gehenny obozów koncentracyjnych, głodu, marszu śmierci. Konstatowałam, że ten tatuś z fantazją, mistrz w sprzedaży odkurzaczy, gejzer pomysłów na biznesy małe, większe i największe, w rzeczywistości był niezłym gagatkiem, psem na kobiety, wiecznym utrapieniem żony. (Chroń, Panie Boże, wszystkie mamusie przed takimi tatusiami). Docierało do mnie, że ta idealizacja czasu minionego wzięła się z udręczenia czasem bieżącym. W tej sprawie cezurą jest rok 1964, kiedy to w trzydziestokilkuletniej głowie Pavla jak bomba atomowa wybuchnie choroba dwubiegunowa. Konsekwencje są upiorne: skazanie na kaftany bezpieczeństwa, elektrowstrząsy i farmakologię, tu organizm reperującą, tam dewastującą. Życie Pavla od diagnozy przez kolejnych dziewięć lat toczy się według scenariusza: dom, karetka, oddział zamknięty, dom, karetka, oddział zamknięty…

Lecz to właśnie w czasie naznaczonym chroniczną niepewnością autor zdoła utoczyć tę literacką pigułkę szczęścia, bo nie inaczej traktuję Śmierć pięknych saren. Choroba wyostrzy mu zmysły, uczyni rasowym pisarzem, który usłyszy więcej, sięgnie głębiej i – o paradoksie! – zobaczy jaśniej. Swoją książką Pavel wykona skok o tyczce z piekła cierpienia i w niebo beztroski. Zademonstruje moce ludzkiego umysł: to, jak potrafi on zatriumfować nad destrukcją.

Trzecie obcowanie ze Śmiercią pięknych saren zdarzyło się rok temu podczas zajęć ze świeżo upieczonymi adeptami studiów dziennikarskich. Miałam opowiedzieć o warsztacie twórczym, a właśnie ten Pavla traktuję jako wzorcowy – idealny do naśladownictwa. Rządzi tu banalna reguła: systematyczność. Dzień w dzień robota. Pavel, jak tylko był w zdrowotnej formie, robił tak: pobudka, spacer, głaskanie psa, śniadanie, nastawienie gramofonu, pisanie od siódmej do jedenastej. Istotne jest to, że nie więcej niż 60 linijek – takie terapeutyczne zalecenie dostał od lekarza i się do tego karnie stosował. Jeśli dopadła Ota duchowa bessa i kombinował, jak zdezerterować w nicnierobienie, zerkał na pionizujące zdanie napisane jego własną ręką na kartce włożonej pod szkło biurka: „Tylko praca może cię uratować”. Każda ta zwiewna linijka była więc przez Otę dopieszczana, sprawdzana, testowana w głośnym czytaniu, a każda wersja tekstu (przez żonę przepisywana na maszynie) musiała być lepsza od poprzedniej. (Zawsze była). Pavel mawiał, że dobra książka składa się w 90% z morderczego wysiłku, a tylko w dziesięciu z weny, intuicji i talentu. Powiedzieć, że miał rację, to nic nie powiedzieć.

Zmarł na atak serca w wieku 43 lat. Nie zdążył napisać planowanej opowieści o pobytach w szpitalach, która miała gotowy tytuł: Jak zostałem wariatem. Ale zdążył dać światu Śmierć pięknych saren. Można się tylko domyślać, ile wysiłku włożył w to, by ukryć pod finezją metafory i szeleszczącą fabułą egzystencjalną rozpacz pomieszaną z rozczarowaniem losem. A właściwie można to sobie wyobrazić. Tropem jest epizod z marca roku 1970. W gazecie „Ceskoslovensky sport” ukazuje się tytułowe opowiadanie Śmierć pięknych saren. (Rok później już cała książka). Pavel jest przeszczęśliwy. Obiecuje sobie, że wykupi ile się da egzemplarzy i roześle po przyjaciołach, a także wrogach (a co!). Szkopuł w tym, że Ota z domu wychodzi bez portfela. Cudem determinacji udaje mu się wygrzebać z kieszeni trzy korony. Uf, już ma. Chce gdzieś przystanąć i wgryźć się we własną opowieść, lecz przeszkadzają w tym warunki atmosferyczne, gęste płaty śniegu rozmywają litery. Lekturę postanawia odbyć w zaciszu miejskiego szaletu, jednak i to okazuje niemożliwe: klozet przecież kosztuje, a brakuje mu drobnych. Ląduje przeto w restauracji (nadal bez gotówki) i na pytanie kelnera, co podać, rzuca zniecierpliwiony: nie teraz. A kiedy doczytuje do końca Śmierć pięknych saren, łzy kapią mu na biały obrus.


Ota Pavel Śmierć pięknych saren tłum. Mirosław Śmigielski, Wydawnictwo Stara Szkoła, Rudno 2021

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji