Wiersz Anny Świrszczyńskiej, którego lekturę proponuję, pochodzi ze zbioru Wiatr, opublikowanego przeszło pół wieku temu. Sięgam po niego jednak za sprawą wydanych niedawno Poezji zebranych (Warszawa 2023); przygotowany przez Adama Pluszkę obszerny tom, liczący przeszło 900 stron, raz jeszcze uświadamia, jak bardzo nietuzinkową poetką była autorka zgromadzonych w nim utworów i jak niezwykłą drogę przeszła jej twórczość. Zbiór Wiatr uznawany jest powszechnie za przełomowy; odtąd w wierszach Świrszczyńskiej dominować będzie poetyka oszczędna, różewiczowska, osobliwie – i oryginalnie – łącząca dosadność i rzeczowość opisu z filozoficzną refleksyjnością, a obiektywistyczne nastawienie ze skłonnością do epifanii i ekstazy. Dzięki takiemu połączeniu poetka odsłaniać będzie i odczarowywać kolejne obszary doświadczenia zarówno prywatnego, jak i wspólnego – przede wszystkim kobiecego, ale nie tylko.
„Nikt z polskich poetek i poetów nie stanął tak blisko ciała” – pisze w posłowiu do Poezji zebranych Aldona Kopkiewicz.
Świrszczyńska opowiada o ciele szczęśliwym i udręczonym, ciele w rozkoszy i w poniżeniu, ciele „tępym” i jednocześnie ciele-najlepszym nauczycielu, wydobywając „ambiwalencję cielesnego istnienia w sposób przejrzysty i intensywny”. Naturalizm sąsiaduje tu z metafizyką. Ontologia ciała jest u Świrszczyńskiej zmienna, migotliwa: język zdaje się podążać za doznaniami, szukać dla nich najprecyzyjniejszego wyrazu, a jednocześnie, aby opisać doświadczenie wyzwolenia, sam musi się wyzwolić, wyjść z kolein wytyczonych przez myślowe nawyki. Ciało w jej wierszach jest mieszkaniem duszy, lecz bywa też tożsame z duszą. Ciało przeżywa i odczuwa, ale też zostaje swoiście przemienione czy przezwyciężone, kiedy zdaje się znikać, rozpływać w otaczającej je rzeczywistości. Jest osobiste i kosmiczne, własne i nienależące do nikogo. „Stać tak blisko, być w ciele niemal w całości i wyrażać to w poezji to wielkie osiągnięcie” – zauważa słusznie Kopkiewicz.
Pieśń pełni należy do grupy wierszy ekstatycznych. Cielesność jest w nim przeżywana jako źródło szczęścia i coś, co łączy jednostkę z całym wszechświatem. Doznanie szczęścia przychodzi po piekle cierpienia; kontekst innych wierszy ze zbioru Wiatr dopowiada, że „piekło” oznacza tu skomplikowany, bolesny poród. To tłumaczy też metafory „ciężarnej gwiazdy” czy „rozdymającej się powodzi światła”, a także obrazy „rozciekania się” i „rozsnuwania”, zatarcia granicy między ciałem a tym, co poza nim. Te obrazy i metafory zostają jednak wyjęte z pierwotnego kontekstu i przeniesione w nowy. W miejsce bólu i identyfikacji z własnym ciałem poprzez ból zjawia się uczucie radości, ulgi, a w końcu także potęgi. Ciało przeszło drogę z „piekła” do „nieba”; piękne sformułowanie o „kulistym niebie silnej pogody” znakomicie zbiera i układa w nieoczekiwanej kolejności określenia, które mówią o przywróconej harmonii, odzyskanym spokoju i mocy.
Na dwa elementy chciałbym zwrócić uwagę. Pierwszy dotyczy stylistyki. Utwór jest pieśnią – wykonywanym przez „ja” hymnem na cześć ciała, które przetrwało bolesne doświadczenia. „Ja”, które śpiewa, nie musi się oglądać na słuchających, całe pochłonięte jest śpiewem. A jednak w dwóch momentach poetka jakby zawstydziła się tej ekstazy. Jest to oczywiście zawstydzenie retoryczne tylko, niemniej sprawia ono, że utwór staje się nam – słuchającym, czytającym – bliższy. Jest już nie tylko pieśnią, ale również rozmową. „Sytuacja / nieprzyzwoicie mistyczna, / nic nie poradzę, mówię jak jest” – zwraca się do nas bohaterka wiersza. I podobnie w zakończeniu, kiedy przeprasza za użycie słowa „nirwana”. Słowo to, jak się ostatecznie okazuje, jest jak najbardziej właściwe – ale i „nirwana”, i „mistyczne” to słowa, które mogą się wydać nieco podejrzane, wobec których ktoś mógłby poczuć pewną niewygodę. Więc poetka przeprasza, lecz oczywiście przeprasza tak, żeby te słowa jeszcze bardziej uwypuklić i tym samym uwyraźnić doznania, o których mówią.
Drugi element to nasuwanie się na siebie kolejnych obrazów, ich dekomponowanie i składanie na nowo. „Pełnia”, „siła”, „radość”, „głos”, „pogoda”, „środek”, „światło” – przechodzimy od jednego obrazu do drugiego niemal niezauważalnie, jakby jeden logicznie wynikał z drugiego, choć przecież tak nie jest. Tym przechodzeniem rządzi logika, którą rzeczywiście można nazwać mistyczną. Wchodzę, powiada bohaterka – i to powiada w jednym zdaniu, niejako jednym tchem – „w niebo pogody”, „w środek głosu organów”, „w środek (…) powodzi światła” i tak dalej. Logika mistyczna pozwala na takie pozorne niekonsekwencje, pozwala też, by „ja” gubiło się i odnajdywało, roztapiało we wszystkim i na powrót scalało. Sprzeczności i paradoksy są dla niej czymś naturalnym, bez czego nie sposób opisać tego, co przekracza – tak to niezręcznie nazwijmy – zwykłą racjonalność. Bo w tym mistycznym dążeniu języka też, oczywiście, mamy do czynienia z racjonalnością, tyle że innego typu.
Zwracam uwagę na te dwa elementy, bo połączenie ich rzadko się w poezji udaje. Na ogół efektem jest jakiś rodzaj niezamierzonej parodii, czasem fałsz, czasem przykra w lekturze pretensjonalność. Tymczasem u Świrszczyńskiej łączą się one naturalnie, bez zgrzytów. Czuć, że u podstawy tego połączenia jest coś autentycznego, nieupozowanego, powiedziałbym – niezwykłe i wcale nie tak częste współwystępowanie bogatych i intensywnych przeżyć oraz głębokiego namysłu. To, jak sądzę, decyduje o tym, że jej wierszami, zwłaszcza tymi późniejszymi, interesują się kolejne pokolenia czytelniczek i czytelników, a ci, którzy tę poezję polubili, chętnie do niej (jak niżej podpisany) wracają.
Anna Świrszczyńska
Pieśń Pełni
Pełnia, o jaka pełnia.
Siła, o jaka siła.
Jestem pełna, jakbym była ciężarną gwiazdą,
jestem silna, jakbym mogła istnieć sama jedna w przestrzeni.
Z cierpienia wyszła radość,
cierpiałam, dlatego mam prawo istnieć tak mocno.
Przeszłam piekło, dlatego dziś wchodzę
w niebo pogody,
w kuliste niebo silnej pogody,
potężniejącej pogody,
potężniejącej potęgi,
jak w środek głosu organów,
jak w środek rozdymającej się powodzi światła,
wchodzę w środek trwającego światła.
To światło śpiewa,
ja śpiewam,
jestem jednym z miliona głosów,
jednym z miliona promieni,
świecę. Sytuacja
nieprzyzwoicie mistyczna,
nic nie poradzę, mówię jak jest.
Światło wypływa z mego ciała,
z głowy, z podwójnej piersi,
z dziesięciu palców u rąk,
z dziesięciu palców u nóg
wypływa światło.
Rozciekam się,
rozsnuwam, rozprzestrzeniam,
skóra znika,
mieszam się z tym, co nie jest mną,
rozpuszczam się we wszystkim.
Roztopiona we wszystkim
nie istnieję,
to znaczy istnieję w sposób niewymownie potężny.
To jest śmierć i nieśmiertelność,
to jest chyba nirwana.
Przepraszam za słowo, ale to naprawdę
ona.