Subskrybuj
fot. Wydawnictwo Filtry
Literaturoznawczyni, kuratorka, autorka dwóch książek poetyckich – 112 (za którą została nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz Ostatni i pierwszy kajman. Pochodzi z Nidzicy, mieszka we Wrocławiu

Umiarkowanej wielkości szklaneczki

Rozszczepienie tożsamości bohaterek millennial novels jest wyjątkowym i nowatorskim tropem w literaturze. Doprowadza młode kobiety do ostatecznego i pełnego rozpaczy pytania: czy ja istnieję naprawdę?

I co, udało ci się dostać to, czego chciałeś od życia – mimo wszystko? Mnie tak. A czego chciałeś? Być ukochanym, poczuć się w świecie ukochanym” – tak brzmi motto pierwszej książki Megan Nolan: głośnych Aktów desperacji. To z pozoru proste pragnienie staje się najważniejszym motywem powieści reprezentantek nurtu millenial novels, czyli powieści pokolenia milenialsów: Sally Rooney, Ottessy Moshfegh i właśnie Nolan. Jak jednak stać się ukochanym przez świat, kiedy nie jest się prawdziwą osobą? Kiedy nie mieszka się w prawdziwym mieście, nie posiada prawdziwej rodziny, prawdziwego domu i ważnej, niebanalnej, innej niż wszystkie historii do opowiedzenia?

W prawdziwym świecie

Bohaterki powieści Sally Rooney (Normalni ludzie, Rozmowy z przyjaciółmi, Gdzie jesteś, piękny świecie), debiutanckiej powieści Megan Nolan i Ottessy Moshfegh (Mój rok relaksu i odpoczynku oraz Tęsknota za innym światem) sporo łączy. Wszystkie są młodymi kobietami, wyjechały z małych miejscowości, poszły na studia, znają powszechnie obowiązujące teorie na temat polityki, przemocy, płci, z czasopism i książek wiedzą, jakie zachowania są niezdrowe, znają swoją wartość, wiedzą, że kobieta może mówić „nie” i że ma swoje prawa. Ma też obowiązki.

Autorkom udało się oddać unikatowy moment nowej wolności, emancypacji i jej pułapek.

Bohaterka Aktów desperacji nieustannie powtarza sobie, że sama wybrała swój los, kiedy na kolanach szoruje toaletę, kiedy płaci za mieszkanie i przygotowuje wymyślne obiady dla swojego chłopaka, nie pozwala sobie na użalanie się nad sobą. Odrzuca rolę ofiary. Powinna być silna i niezależna. O przemocy seksualnej też nie chce opowiadać. To zbyt banalne. Nie chce być „taką dziewczyną”. Autorce doskonale udało się oddać tragiczność bycia jednocześnie uczestniczką wydarzeń i ich obserwatorką. Jej bohaterka znajduje się w różnych sytuacjach (gwałtu, nieszczęśliwego zakochania, alkoholizmu), a zarazem patrzy na siebie z boku, krytycznie ocenia się jako kobietę, ofiarę, partnerkę. Nolan doskonale opisuje udrękę bycia wewnątrz, a zarazem na zewnątrz sytuacji i brak litości bohaterki dla siebie samej. Bo kiedy dziewczyna ogląda swoje zdjęcia w internecie oczami kobiety, o którą jest zazdrosna, wielkiej miłości swojego chłopaka, to jest bardziej sobą czy nią? I co to w ogóle znaczy?

Rozszczepienie tożsamości bohaterek millennial novels jest wyjątkowym i nowatorskim tropem w literaturze. Doprowadza młode kobiety do ostatecznego i pełnego rozpaczy pytania: czy ja istnieję naprawdę?

A może ich refleksja jest powidokiem patriarchalnego niedostrzegania kobiet jako podmiotek sytuacji? Może nie patrzą na siebie swoimi oczami – patrzą oczami chłopaków, kochanków, starszych i bogatszych sióstr, ludzi, którzy czegoś się dorobili, bo do takiego spojrzenia przyzwyczaił je świat?

Autorki tego nurtu w unikatowy sposób opisują doświadczenie bycia jednocześnie podmiotem sytuacji, ale też tematem znanym z feministycznych teorii, cudzych oczekiwań, oczekiwań własnych. „Mówiłam ludziom, że uwielbiam mieszkać sama, a oni mi wierzyli, bo przecież widzieli moje szczęście. (…) Pod tym wszystkim kryło się drugie życie, to spędzane w mieszkaniu, gdzie usiłowałam zmusić się do uległości i bezruchu. Nie potrafiłam być szczęśliwa w pojedynkę, a ponieważ wiedziałam, że to oznaka słabości, zmuszałam się do znoszenia takiego stanu tak długo, aż pękłam – choć czasami sądziłam, że oszaleję” – wyznaje bohaterka Aktów desperacji. Mamy więc w powieściach „milenialsek” dwa światy – ten zewnętrzny, w którym wszystko (zazwyczaj) gra, w którym chodzi się do jakiejś pracy, rozmawia i imprezuje, oraz ten wewnętrzny – o którym nikt nie może się dowiedzieć. Często nie mają do niego w pełni dostępu nawet same bohaterki, bo odsuwają od siebie myśli, które nie pasują do ich wyobrażonego wizerunku. Dopóki nikt się nie dowie o ich lękach, to problem nie istnieje.

I do pewnego momentu udaje im się w to wierzyć. Uderzający w powieści Rozmowy z przyjaciółmi Sally Rooney jest brak szczerości pomiędzy bohaterkami; osoby z pozoru bliskie w niekończących się rozmowach bardzo precyzyjnie pomijają najtrudniejsze i może najważniejsze tematy. Do słabości nie można przyznać się nawet przed sobą. Ofiarą często padają ich ciała, bo bohaterki Nolan i Rooney to właśnie na swoich ciałach wyładowują emocje, które ukrywają przed światem. Dziewczyny tną się, biorą za dużo leków, głodzą się, piją. Są w tym pełne nieustannej paniki i przekonane, że ktoś niewidzialny, ktoś oceniający, ktoś większy od nich widzi to wszystko. Tym kimś są oczywiście one same. Krytyczne i surowe.

Największym lękiem (a lęk stanowi tu nierozłączny element codzienności) jest przekonanie o „nieprawdziwości” swojego życia.

Bohaterki z jednej strony chciałyby poczuć, że ich decyzje, praca, relacje mają znaczenie, a z drugiej – bardzo się tego obawiają. „Czy ja będę musiała kiedyś zacząć żyć w prawdziwym świecie?” – pyta przestraszona bohaterka jednej z powieści Sally Rooney i tak naprawdę nie wiemy, jaką odpowiedź chciałaby usłyszeć. Wszystkie one są ofiarami (choć przecież nie są) współczesnego modelu relacji, tzw. situationship, w których związki są częściowo otwarte, płynne, niedopowiedziane. Relacje z rodzicami, którzy zostali w małych miejscowościach, coraz bardziej się rozluźniają, rozmowy przestają dotyczyć prawdziwych problemów, zamieniają się w pewną konieczną i pustą rutynę. Millennial novels opisuje świat, który twierdzi, że sami go wybraliśmy. Który miał być czymś lepszym niż model klasycznej, patriarchalnej rodziny, zniewalającej pracy na etacie, przymusu codzienności, dzieci, kredytów. „Ludzie w naszym wieku kiedyś zawierali małżeństwa, mieli dzieci, wdawali się w romanse, a teraz wszyscy w wieku 30 lat wciąż są singlami i mieszkają z ludźmi, których nigdy nie widują. Tradycyjne małżeństwo naturalnie nie spełniało oczekiwań i niemal każdorazowo kończyło się porażką tego czy innego rodzaju, ale przynajmniej było próbą osiągnięcia czegoś, a nie tylko smutnym i jałowym odcięciem się od życiowych możliwości. (…) Nie próbuję bronić przymusowej heteroseksualnej monogamii, tylko że był to przynajmniej jakiś sposób postępowania, sposób na życie. Co mamy teraz? W zamian? Nic” – pisze Rooney, a Megan Nolan w najnowszej powieści – Zwykłych ludzkich ułomnościach – przygląda się tamtej rodzinie, za którą (gdyby umiała sobie na to pozwolić) pewnie tęskniłaby bohaterka Rooney.

Zwyczajnie nieszczęśliwa rodzina

Początek lat 90., przedmieścia Londynu. Mała dziewczynka zostaje zamordowana, a podejrzaną staje się 11-letnia Lucy – członkini irlandzkiej rodziny, z którą zawsze „coś było nie tak”.

Nolan w swojej najnowszej powieści Zwykłe ludzkie ułomności wykorzystuje intrygę znaną nam z kryminałów, wspomina o nieetycznych metodach dziennikarzy, w tle widzimy ślady konfliktu brytyjsko-irlandzkiego (niebezpieczna zabawa, w którą bawią się dzieci, nazywa się IRA) i niechęć mieszkańców Londynu do „obcych”. Cofamy się w czasie, jesteśmy w Irlandii. Ktoś dla żartu rzuca w znajomych labradorem (wszyscy się śmieją), ktoś inny dzwoni do nauczyciela i mówi, że jego syn nie żyje (wszyscy jeszcze bardziej się śmieją). Czy Lucy zabiła tę małą dziewczynkę?

Tak naprawdę Nolan najbardziej interesują relacje jej bohaterów, a może jeszcze bardziej – ogromna samotność i rozpacz, w której tkwią wszyscy, w jednym domu, obok siebie. Bohaterkę Aktów desperacji do płaczu doprowadził artykuł, który jako dziewczynka przeczytała w gazecie. Opowiadał o mężczyźnie, sprzedawcy gazet, alkoholiku, który przez przypadek znalazł się w centrum zamieszek podczas szczytu G20. Został zabity pałką przez policjanta, a jego ostatnie słowa brzmiały: „Chciałem tylko iść do domu, chciałem tylko iść do domu”.

Bohaterowie Nolan chcieliby po prostu móc żyć tak jak inni, móc pokazać, ile są warci, jednak z różnych przyczyn nie mogą. Chcieliby już iść do domu.

Mamy więc Johna, który pogrąża się w swojej samotności i w sumie nie robi nic złego – po prostu milczy, ale w ten sposób zadaje nieustanne cierpienie wszystkim wokół. Mamy Rose, jego żonę, której mocą jest poświęcenie, jej darem jest służba, nieustannie musi być więc tylko dobra dla innych. Jest jego syn Richie, który codziennie negocjuje ze swoim alkoholizmem. Przynajmniej do pewnego momentu. Jest Carmel – piękna i surowa, przekonana, że jest lepsza od innych. U Nolan bohaterowie przypominają postaci z baśni, wszyscy zdają się do czegoś predestynowani, wierzą, że ich los został już gdzieś zapisany. I może tak właśnie jest? Może to najlepsza z możliwych opowieść o pochodzeniu, klasach społecznych, biedzie?

Autorka po raz kolejny opowiada o szczęściu, które istnieje tylko jako konstrukt, którego nie sposób odnaleźć. I o potrzebie prawdy. Richie denerwuje się, kiedy ktoś zachowuje się tak, jakby Waterford, małe irlandzkie miasto, w którym mieszka, nie było prawdziwe. Czeka, aż w jego życiu coś się wydarzy. Co? Nie jest pewny. W swoich fantazjach po maturze przenosi się do Camden i kupuje mieszkanie. Nie wynajmuje. Kupuje. W lepszych momentach wierzy, że wszystko zależy od okoliczności, że kiedy świat mu coś ofiaruje, to będzie mógł być dobrym człowiekiem, będzie mógł być sobą. To szczęśliwe życie pojawia się zawsze w marzeniach, przyszłości, czasem wspomnieniach. „Ach, jeśli to nie jest życie, to co nim jest” – mówili bohaterowie w krótkich momentach radości. Kiedyś.

Autorka opisuje doświadczenie dysocjacji – tej radykalnej, która pozwala Carmel ignorować własną ciążę, a potem (konsekwentnie) dziecko, a także tej codziennej. Umiejętność odsuwania od siebie decyzji, trudnych rozmów, pytań, myśli, które mogą złamać serce. Każdy tu wybiera swoją własną tarczę, metodę ucieczki od rzeczywistości. W II poł. XX w. też nikt ze sobą nie rozmawiał. John oddaje się próżni, czeka, aż czas po prostu minie, Richie pogrąża się w alkoholizmie (i tu mamy kolejny u Nolan wspaniały, a zarazem odmienny od tego z Aktów desperacji przykład wniknięcia w naturę uzależnienia, jego mroczną i przebiegłą dynamikę, w której momenty porażki leżą tuż obok momentów zwycięstwa), Carmel staje się niewolnicą własnej godności. Wszystkich bohaterów ściga otchłań, którą Nolan opisuje z mocą, siłą i empatią, czyniącą ją jedną z najważniejszych (a może i najważniejszą) autorek współczesnych.

Zwykłe ludzkie ułomności mogłyby też mówić coś ważnego na temat zła, coś wielkiego (na co czeka dziennikarz Tom), lecz autorka robi krok do tyłu, zostawia czytelników z ich opiniami, konfrontuje ze światem wewnętrznym bohaterów. U irlandzkiej pisarki każdy człowiek ma ranę, o której nikt nigdy się nie dowie. Nawet drugoplanowa bohaterka – nauczycielka panna Dillon – nosi w sobie wspomnienie (pewnego dnia widzi swoją siostrę, od dziecka niepełnosprawną, zanoszącą się płaczem w samotności), które na zawsze ją zmienia, wpływa na jej decyzje, czyni ją tym, kim jest.

Bohaterowie Zwykłych ludzkich ułomności czekają na „nowy początek”, bo chcą po prostu stać się kimś innym. A przede wszystkim chcą wierzyć, że „są dobrymi ludźmi i inni też tak o nich myślą”, są potrzebni, a ich życie jest godne uwagi. Autorka pozostawia czytelnika z nadzieją, jej bohaterki (to raczej nie przypadek, że właśnie kobiety) spróbują przezwyciężyć fatum. Czy to będzie ten inny świat, za którym tęsknimy? Ten, który pojawi się w miejsce starego, jaki się nie udał, i nowego, jaki nie przyniósł ulgi? A może to marzenie, ta wizja lepszego świata jest tylko snem?

Richiemu przyśnił się kiedyś taki sen. Śnił mu się mały placyk, „na którym rozdawał umiarkowanej wielkości szklaneczki z pysznymi napojami ludziom potrzebującym ich wyłącznie w stosownej ilości”.


Megan Nolan Zwykłe ludzkie ułomności tłum. Katarzyna Makaruk, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2014, s. 272

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii