I nie zbudowali przecież labiryntu wokół niego. O świcie zbudzili go i wywlekli z pałacu, ze spętanymi nogami cisnęli na wóz, powieźli z turkotem do kamieniołomu. Na dole wozem szarpnęło, aż spadł i grzmotnął o kamień, przełknął okruch wybitego zęba. Wył głośniej nad ryki osła, krztusił się, spluwał krwią. Nadszedł Rzemieślnik, z łajdackim uśmiechem attyckiego przybłędy. Twój dom, powiedział, na rozkaz, twój dom. Ojciec, gdzie ojciec, wrzasnął chyba, bo Rzemieślnik wskazał na pałac, ślimaczą muszlę z białego kamienia górującą nad zatoką, i ślimaczym ruchem zatoczył ręką. Ojciec, król, pałac, wokół nich, ponad nimi. Zawył raz jeszcze, nim dźwignęli go i wciągnęli do środka. Matka, gdzie matka, wrzasnął chyba, bo Rzemieślnik skinął w górę, z szyderczym uśmiechem nocnego przybłędy. On odchylił głowę, wyślepił się przez krew. Nad portykiem sterczał labrys, dwusieczny topór. Matka wsłuchana w fazy księżyca, od nowiu do nowiu, Kreta na zawsze, Kreta boska, pełna. Matka skryta w mroku swej żałoby. Tyś skazą.
Powlekli go w czerń. Czarne ręce żołnierzy, czarne światło łuczyw, czarny szloch. Ostatnią rzeczą, jaką niósł w oczach, był uśmiech Rzemieślnika, sklęty blask słońca w błękicie. Daidalos, wrzeszczał, Daidalos. Spętane stopy omsknęły się, upadł. Łomotali go po grzbiecie. Tyś skazą, krzyczeli. Dalej nie szedł już, wlekli go. Pięty mazały krwawy szlak po posadzce. Palce mazały krwawy szlak po ścianach. Sklepienie to niknęło w górze, to zniżało się, aż musieli się schylać. Otrzaskańce kamienia, znał, słyszał ten huk, od kiedy się urodził, teraz piętrzyły się nad nim, widział wnętrzności wyspy rozbite w pył. Dla niego. Szli. Huk kamienia niekiedy ścichał, ogarniał ich mlask nagich skał. Utytłani w ziemi, przeciskali go przez szczeliny, pochodnie gasły z sykiem, klęli wściekle. Żebra mazały krwawy szlak po korzeniach drzew. Potem korytarz znów opancerzał się kamiennymi płytami. Tyś skazą. Plamką zbędnego życia w mroku.
Dyszeli tak głośno, że z bród kapała im ślina, charkali. On krztusił się, stracił głos. Środek, środek, gadali. Słowo Rzemieślnika, powtórzył je, nim weszli do środka. Nagle jego płacz i oddechy żołnierzy, ścieśnione dotąd, rozdudniły się w przestrzeni, czerń uciekła w górę. Byli gdzieś. Już nie pomiędzy, ale gdzieś. Środek, burknął któryś. Puścili go, runął na płyty. Łuczywo zatoczyło krąg. Strop giął się w dół, kolumny pękały z wysiłku. Ściany niemal niknęły w mroku. Ziały w nich inne wyjścia, dojścia, bądź wielkie jak jaskinie w zboczach Idy, bądź ciasne jak kanały, ciurkające flegmą ziemi. Błysnął nóż, puściły więzy. Cisnęli mu jedno z łuczyw, rzucili worek, brzęknęło coś, amfora lub misa, strzęp litości. Odeszli. Daidalos, wrzasnął ostatni raz.
Światło syknęło i zgasło. Odskoczył na środek, byle dalej od ścian. Z czarnych cieśni szedł pomruk, roiło się coś między bryłami świata. Hrrr, zagłuszał to. Trwał bez ruchu. Jak długo. Co to znaczy długo. Może spał. Trwał. Pomału zapominał, jak wygląda światło, lecz rozjarzało się w nim, w jego wnętrzu. Zamieszkał w tym, co było, w szorstkich rękach braci, jasnych oczach sióstr, w ich śpiewach i grach. Lalki robione przez Rzemieślnika migały im w rękach, cieszyli się, gdy w kłębek patyków i szmat wstępowało życie. Uczył ich tego, z przymilnym uśmiechem dworskiego przybłędy. On też chciał, chwytał niezdarnie, nie słuchali go jednak. Był ukruszoną płytką w mozaice, rysą w marmurze. Raz bracia zawiązali mu oczy i ciskali nim na tarasie. Hen w dole szumiało morze ciemniejsze od wina. Targnęło nim straszne przeczucie, że kiedyś, kiedyś przybędzie, załopotał na morzu czarny żagiel. Wtłoczyli mu krzyk do gardła. Tylko jeden stał z boku, gdy spadały ciosy, najmłodszy, przejęty. Glaukos.
Uśmiech najjaśniejszej, Ariadne, blask złota we włosach. Zaplatała mu warkoczyki. Będziesz święta, mówił. Będziesz nasz, mówiła. Sińce znikały pod śpiewnym dotykiem jej palców. Będziesz uleczony, zabliźni się, cokolwiek cię dzieli ode mnie. Będziesz z nami. Mienisz się bielą i złotem, tak będą rysować cię giętką kreską, tak będą cię śpiewać. Moją miłość dam ci i dam jemu, który przybędzie, będziecie jednią, znajdzie się dla ciebie miejsce w świetle. Powiodą cię w mrok, ale wrócisz. Miłość, najwyższa wola świata, była w jej śpiewie. Nie bolało go już.
Co jeszcze. Ramiona matki, gładkie w ciepłym blasku oliwy. Księżyc w jej oczach. Pasiphae. Z niskich izb, gdzie mieszkał z mamkami, wchodził kręto na górę, prosił o widzenie. Tuliła go mocno. Zbierał w dłoń jej łzy. Prócz Glaukosa, urodzonego, by uśmierzyć gniew króla, tyś najbardziej mój. Ty, dziecko występku; on, dziecko pojednania. Matka, ciemny posąg płaczu, o nim płakała. Odchodził z jej łzami w zaciśniętej dłoni.
Raz na rok widział króla. Raz na rok. Król, chłodny blask bieli. Musiał zasłaniać sobie oczy.
Jeszcze, coś jeszcze. Rozbłysk w głowie. Miewał je często, uderzały nagle jak młot o kamień, w pół słowa, w pół myśli, w pół snu, aż krzyczał z bólu, a oczy zasnuwała mu płachta krwi. Teraz taki rozbłysk przypomniał mu, czego nie mógł pamiętać. Ojciec król w masce byka i matka z kapłańskimi rogami krowy na głowie, pod godłem topora. Mistrz zaczynał ceremonię i wycofywał się, i z tych zaślubin słońca z księżycem rodzili się potem jego bracia i siostry. Akakallis. Phaidra. Katreus. Glaukos. I najświętsza Ariadne. Kolejny rozbłysk pod ciemieniem, aż wrzasnął i ujrzał coś jeszcze: raz obrzęd nie odbył się pod świętym dębem, a mistrz nie wycofał się w porę, bo sam był oblubieńcem. Nie miał też maski, bo nie był królem, mimo że sam ją sporządził, z szydliwym uśmiechem małżeńskiego przybłędy. Rzemieślnik. A kto pocznie się w gnoju, z gnoju jest ulepiony, choćby dano mu niebieskie, gwiezdne imię.
Asterion, wrzeszczał, Asterion, jeszcze raz. Jego imię gasło i wtapiało się mrok, w wilgoć skał. W głowie szeptało mu zaklęcie matki: potężna jest dłoń, która krętym biegiem świata przez nabazgrane imię włada. Wymacał na ścianie gładką płytę, roztrzaskał pustą amforę po winie, ułomkiem rozorał sobie udo, mazał krwią po omacku. Później, kiedyś, w świetle łuczywa zobaczył, co napisał: labrys. Nie, nie napisał, pamięć ręki była starsza niż pismo; namazał hieroglif: topór o dwóch ostrzach. Pod tym znakiem skonasz. Tyś skazą.
Biegał naokoło wzdłuż ścian, aż wyuczył się ich załomów na pamięć. Pośrodku stała sadzawka. Woda grząska, pełna drobin, nie ustawała w wirującym ruchu. Grzał się w niej. Raz musnęło go coś. Rozchlapywał na boki, szukał, warczał, hrrr. Giętki patyk przesmyknął się między palcami, sztuczka Rzemieślnika, pamiętał ją z pałacowych zabaw. To on go tu, on. Ale jak. Jak. Nie zdążył zatrzasnąć zębów, patyk cofnął łeb. Wspomnienie pustej amfory i misy ścisnęło go brzuchu, znów kłapnął zębami, ale rozległ się syk. Puścił go. Zrozumiał. Tyś bratem. Syk cicho wsunął się w mrok.
Śladem węża, wzorem węża, podpełzł do jednego z wyjść, wśliznął się. Wąsko, cztery łokcie, nie więcej, aż musiał się schylać szarpany korzeniami. Spomiędzy kamiennych płyt broczyło błoto, bił fetor gnijącego, w ziemnych żyłach ślimaczyły się jakieś kształty. Wrzasnął z obrzydzenia, ale wytrzymał, brnął dalej. Stopy mazały mętny szlak w błocie. Zatrzymał się, gdy korytarz znów rozpękł się w czarną przestrzeń. Obszedł ją naokoło, macał. Kolejne otwory, niezliczone. Ślepo wbiegł w jeden z nich, rozpędził się, trzasnął głową w mur. Wycofał się. Zgubił drogę. Nie był nigdzie, bo być to znaczy wiedzieć, a on nie wiedział. Zastygł w miejscu, tkwił długo. Próbował być jak wszystko dokoła. Domyślił się, że tam, w środku, nabazgrał na ścianie nie swoje imię z pałacu, tylko nowe, tutejsze. Tyś zgęstką mroku, ruchliwą, głodną. Jesteś tym miejscem. Kto jeszcze tu mieszka. Ktokolwiek, jest twój. Poddany. Podniósł głowę, szukał gwiazd, które dały mu tamto imię, niebyłe. Nie pamiętał go już. Zawył.
Jak bodący cap biegał po korytarzach, póki nie zaczęło wirować mu w głowie i nie upadł oszołomiony. Po omacku, z trudem, trafił do środka. Wył. Wył, jeszcze raz, aż spomiędzy korzeni osuwały się bryłki ziemi, trzeszczało sklepienie, klekotały ściany, pryskały odłamki. I znów galopował. Skowyt mazał drżący szlak po korytarzach. Coraz łatwiej wracał do środka. Któregoś dnia, nie, nie było już dnia ani nocy, była tylko czerń, gdy więc raz leżał w czerni, zmęczony, zdyszany, hen w dali usłyszał coś jeszcze, czego nie było od wtedy. Kiedy. Sprężył się, skulił w sadzawce. Poprzez nikły szum rojącej się wody usłyszał kroki. Ostrożne, ale pewne, znały drogę. W mroku rozjarzyła się słaba poświata, po chwili oślepił go blask. Zacisnął powieki. Kroki zbliżały się z wolna. Może worek z misą, amforą, może chłosta lub pałka. Może miecz. Może on. Daidalos, szepnął, nie, nie miał już słów, szepnęło w nim samo.
Tyś znakiem upadku królowej i hańby króla. Tyś przyczyną śmierci brata. Stał nad nim i gadał, sklęty blask pochodni w mroku, każda zgłoska stamtąd, dźwięczna, każda zgłoska, ćwierk szpaka, szelest liści na trawie w ogrodzie, stuk oślego kopyta o kamień, śmiech brata, szczęk wolego jarzma na polu, dudnienie dzbanów przestawianych w spiżarni. Jasny kamień w mozaice, muśnięcie pędzla, księżyc w oczach matki. Jej uśmiech, najjaśniejszej, Ariadne. Słuchał, pojmował z trudem, warczał. Przychodzę, rozkaz. Umrzesz tu. Wrzask, tupiesz, aż pałac. Hrrr. Rozkaz, przychodzę. Pałac, wrzask. Biesiada, amfory, kyliksy, drżą, pałac, na stołach, drżą, wrzask. Zamknięto. Hrrr. Hańba, zamknięto. Ukrycie. Po to. Zamknięto. Tyś skazą. Nie po to, byś rozgłaszał. Król. Minos władca mórz. Władca mórz sprawiedliwy. Mórz. Hrrr. Czarny żagiel, ten łopot. Pan twój. Każe ci. Cisza. Reszta dni. Hrrr. Co to dni, jakich dni. Które ci pozostały. Przepędzisz w mil –
Co to było na końcu. Szpak zastygł w locie, pędzel omsknął się po płytce, wiatr cisnął liść w morze, osioł okulał na drodze, wół ryknął uderzony pękniętym jarzmem, zaćmiło się słońce, wielki gliniany dzban przewrócił się nagle, gdy szukali brata, i wraz z miodem wylało się ciało. Glaukos utopiony, więc to stamtąd rozbrzmiał ostatni krzyk. Hrrr. Co to, na końcu, czemu głos pękł na pół. Wciąż zaciskał powieki. Pochodnia syknęła w śliskim powietrzu, żołnierz przełożył ją chyba z ręki do ręki. Warkliwy kształt w mroku, czy to na pewno uwięzione dziecko. Pochodnia zbliżyła się. Oczy pod hełmem wykrzywiły się w zdumieniu i grozie. Minotauros. Charknięcie bez dźwięku, bez tchu. Hrrr.
Nie czuł nic prócz głodu, warczała w nim nienasycona ziemia. Chlast, chlast, w lewo, w prawo, chlast, jeszcze raz. Łeb w hełmie spadł z szyi. Bił z niej zapach płodzenia i śmierci, w ziemnych żyłach ślimaczyło się, czuł, gdy haratał je, kąsał, czuł, że woda w sadzawce wiruje w tę samą stronę. Wyszarpał jeszcze żyjące. Wrzasnął, wytrzymał. Dożarł do końca. Puścił. Pęta wnętrzności mazały szlak po posadzkach, gdy wlókł trupa przez mrok, który stał się lżejszy, przejrzystszy, rozjaśnił się może ciepłem pożartego. Z zakrętów, rozwidleń, rozstajów, zbierał wiechcie słomy, które porozrzucał tamten. Więc tak trafił. Sprytem. Sztuczką Rzemieślnika. Jak mu było. Chciał zawołać, ale zapomniał imienia, zawył tylko. Tak trafił, podstępem. Czymś nie z siebie, tylko danym, kazanym. Kto tak wchodzi w mrok, jest bezbronny.
Szedł długo. Za którymś zakrętem czerń zrzedła, aż wreszcie liznął go jęzor światła. Opadł na czworaki, podpełzł na próg. Nikt nie pilnował. Żadnego hełmu, włóczni, ogniska, pijanego śmiechu beockiego przybłędy. Zapatrzył się, próbował pojąć ślimaczą dal pałacu nad zatoką, wydźwigniętą ku morzu, wpiętrzoną tarasami w błękit. Zmrużył oczy. Biel pałacu była chłodna, stężała. Miękki śpiew, dłoń pełna cichych łez, uśmiech znad barwionej sukni, skóra wygładzona oliwą, ukłon należny komu, komu, taniec żurawia na mozaikowej posadzce przy drżącym graniu kitary i aulosu, chichot lalek w palcach Rzemieślnika, ojciec i matka, król i królowa, słońce i księżyc, siła i czar, Kreta boska, pełna. Pałac wznosił się, by nie runąć. Coś szarpnęło się w nim, chciało wyrwać się, krzyknąć. Zamarło.
Czerń. Była w nim, lepka. Znał ją od wtedy, gdy Glaukos. Może pobiegł za piłką, mówili potem. Nie. Tylko on widział, jak Glaukos zbiegał po schodach, w stronę łaźni i kuchni, za nakręcaną myszką Rzemieślnika. Ścigali się, dwaj najmłodsi, uśmiani, sczepieni niestarganą jeszcze więzią półbraterstwa. W końcu puścił naprzód młodszego. Wygraj, złap. Złapię, odszczebiotał Glaukos, radośnie. Złapię, jeszcze raz. Aż nagle krzyk, już nie szczebiot, ale krzyk, skądś indziej, urwany, jakby ciachnięty ułomkiem wypalanej gliny.
Znaleźli go po trzech dniach, z pomocą delfickiej wyroczni, w sklętym blasku martwego miodu. Gniew króla, aż zadrżały ściany, aż zafalował wylany miód. Płacz matki, aż pękł przewrócony dzban, aż pociemniał wylany miód. Trzymali go w rękach, podawali sobie, zgasły klejnot wyłowiony z ciemnozłotych fal. Nietknięty przez śmierć. Gniew króla, jej rozpacz. Kto. Gdzie był wtedy Rzemieślnik, który potem gorliwie dowodził szukaniem. Nie spytali o to. A gdzie był on. Skryty za kolumną, o chwilę zbyt długo strwożony tym krzykiem. O chwilę. Wahanie, skąd przyszło. Czy z tych samych szczelin pomiędzy radościami świata co nakręcane myszki, lalki w zręcznych palcach, błysk w oczach Rzemieślnika, stąpanie królowej po schodach, tajne wymknienia w gąszcz oliwnego gaju. Czarne było milczenie, czarny był szloch, czerń podeszła do gardła, zdusiła. Skoro tak trzeba było. Skoro jak.
Chłosnął go wiatr. Morze, które widział za pałacową skałą, ściemniało, wino zgęstniało w barwę krwi. Przez ziemię szedł pomruk, zgrzytnął topór nad portykiem. Poseidon. Potężna jest dłoń, która krętym biegiem świata przez nabazgrane imię włada. Gniew bogów, niepojęta wola świata, najwyższa. Tylko martwy wyjdzie z czerni. Nie pragnął już tego. Wypełzł na plac, nad urwisko. Cisnął trupa w głąb kamieniołomu i wrócił.
Potem kolejni żołnierze. Zwykle po dwóch, dwie pochodnie, dwa zduszone wrzaski, jeden bulgot krwi. Potem po trzech. Z każdym przyjściem coraz przejrzystszy był mrok, chlast, chlast, w prawo, w lewo, widział każdy ścieg krwi. Czerń zmieniała się w sparciałą siatkę, bez trudu rozszarpywał jej włókna. Gdy przyszło czterech, jeden zdołał dobyć miecza, ale nie schował go już, to miecz schował się w niego jak w miękką pochwę. Nie warczał już, nucił tylko pieśń miłosierdzia. Tyś bratem. Gdy przyszło pięciu, jeden zdołał uciec, ale na krótko. On przyczaił się, usłyszał, skąd dobiega wrzask, dogonił. Z sześciu jeden uciekł trochę dalej. Uciekłby, gdyby. Dopadł do wyjścia, gnany obłędem, pobiegł dalej, na urwisko, i skrył się na dnie morza. Więcej żołnierzy nie przyszło. Przyszli inni. Zbóje.
Tacy, co umieją wyciągać bestie z podziemi, rabować złote runo, dla łupów i branek oblegać i rozbijać tysiącletnie miasta. Z przekrwionym uśmiechem zamorskiego przybłędy, chronieni furią zazdrosnych bóstw, spasieni chwałą, nie mięsem tuczeni, tylko pieśniami aojdów o swoich łajdactwach. Sklęty blask boskiego nasienia w chytrych ślepiach. Zszarpani, wściekli, cisnęli się przez korytarze, już nie z krótkimi mieczami, które potem pękały mu w rękach jak cynowe łyżki, już nie w hełmach i zbrojach kruchych jak gliniane kyliksy, lecz z pałkami, maczugami, górskimi sosnami, włóczniami zrudziałymi od krwi, grubymi tarczami, od których biła woń ciosanego dębu i niegarbowanej skóry, szczerbatymi od mieczów, ogni, kłów, jadu. Nie drgnął ani mięsień przez kudłate brody, łyskały tylko zęby i bluzgały attyckie przekleństwa. Ranili go. Ranili, jeszcze raz. Jeden dźgnął go między żebra, inny rozorał mu twarz od skroni po brodę, inny rozpłatał bok, zgruchotał rękę. Splatali się, węzeł ślepiącego blasku i krzepiącej czerni, wrzask mazał gromki szlak po galeriach. Ryczał jak niedźwiedź, jak osaczony lew. Królewskie łowy, o panie, racz teraz odstąpić, niech łowczy przystąpią w półkręgu, niech dokończą, niech rysują się krwawe figury w mozaice. Lecz pamięć czerni była starsza, czerń skowytała, gdy wyrywał jeszcze żyjące, gdy pożerał słodkie mięso półboskich zbirów. Nie wynosił już trupów, potrzaskane bronie i tarcze wieszał na ścianach.
Potem lizał się długo, w bólu. Majaki pulsowały gorączką. Matka. Nie było już mroku, z każdym wyrwanym i pożartym mrok jaśniał, korytarze jarzyły się już, widział każdą płytę, każde szurnięcie kielni, szczerbę po dłucie, pętlę korzenia, i w tej jaśni widział księżyc od nowiu do nowiu, osłabły czar w oczach. Pasiphae. To jedno imię pamiętał.
Wreszcie brakło zbójów i zaczęli przychodzić dziwniejsi, bezbronni, z psim uśmiechem pojmanego przybłędy. Zamiast pomruków i sapań coś innego, podobnego do łkania. Śpiew mazał drżący szlak w wilgoci. Słuchał, pojmował z trudem. Skąd, czemu, o czym. Haracz. Minos, władca mórz, Kreta boska, mocarna, Kreta ponad morzami, okręty z Aten o żaglach wydętych śpiewem niewolników. Gdy przyszedł pierwszy, znów rozbłysło mu w głowie, łupnął młot pod ciemieniem. Ale nie, to jeszcze nie ten czarny żagiel nad morzem ciemniejszym od krwi. Podpełzł i wyjął pochodnię ze struchlałej ręki tamtego. Plamka zbędnego życia w mroku. Hrrr. Krew była blada. Już nie żyło, stanęło, nim zdążył wyrwać je z klatki żeber. Czekał potem, czy może dwóch, trzech. Nie, od razu siedmiu. Śpiew niósł się w czerni, omdlały ze strachu, rozmywał się w skomlenie obłąkańców. Hrrr. Nad twarzami, nie, nie było twarzy, tylko krzywe maski rozbryźniętej krwi, czynił znak miłosierdzia. Tyś bratem. Przychodzili kolejni. Znów wiechcie słomy. To on ich tu. Jak mu było. Tam, w pałacu, przemawiał, swoim głosem jak grzmotem ścierał miasta z ziemi. Minos. Nawet w podziemiach, po śmierci, będzie sędzią, na zawsze. Ręka rządzi litością, ręka niebem rządzi. W ich spętanych rękach wiechcie słomy. Wył w podzięce, że oczu nie zlepia mu już mrok, że wypełnia je blask roztętnionej krwi. Więcej ich. Wył. Więcej. Wył, jeszcze raz.
Mieszkał w splotach swoich wnętrzności wszyty w torbę swej skóry, zatrzasnął na sobie zagrodę zębów. Siła, która skręca korzeń i pcha wodę przez skały, tłoczyła jego krew. Siła, która wysusza rzeki, oskorupiła go hieroglifami blizn. Macał je, czytał, pojmował bez trudu. Okrutna czułość mroku, czuł ją. Od kiedy. Co to znaczy kiedy. Nie było kiedy. Był zawsze, nim począł się świat.
Któregoś razu zatrzęsło się wszystko, aż zerwał się z trwogą, słuchał skulony. Usłyszał szloch roztrzęsionej ziemi. Posadzka grała jak kamienna harfa. Ściany stękały głucho, wginały się do środka, osypywał się strop, pękł największy pilaster, aż prysnęły kamienie. Mruczało nad nim, kłębiło się, przesiewało się między bryłami świata. Kołysało się ciepłe rojowisko sadzawki. Czekał, czy wszystko w końcu się zapadnie, ale nie, trzęsienie ścichło, zamarło. Trwał bez ruchu. Poznał od razu. Ziemię trącił palec ociekający szlamem podmorza. Imion bogów śmiertelnik nie zapomni. Poseidon. Wiedział, że pozna też kroki, gdy wreszcie przyjdą, z tego samego trzęsienia zrobione. Nigdy ich nie słyszał, ale znał je z ciemnego wnętrza, bo ziemia i morze jedno mają wnętrze i wie się w nim wszystko. Wiedział, kto to. Znów nawiedził go przebłysk, ale bez huku w ciemieniu, spokojny. Okiem, co widzi w ciemności, widział tamtego, jak idzie, pomału, bez błądzenia, nie patrząc na boki, nie widząc rozgrzebanych trupów we wnękach, roztrzaskanych tarcz, toporów wbitych pomiędzy płyty, rozprutych hełmów, w których czaił się wrzask. Pewnie też niósł wiechcie słomy i układał je na zakrętach. Nie, szedł jakoś inaczej, innym sposobem. Czarny żagiel nad falami, wydęty śmiechem zwycięzcy.
Nie bał się, zbój, gdy wchodził do środka. W jednym ręku niósł pochodnię, w drugim pałkę, olbrzymią, sklęty blask brązu. Zwinny skręt lwiego ciała, lwia skóra na grzbiecie, uda mocne do pchania, ręce zręczne do miażdżenia głów, półboskie nasienie rozrzucane po wszystkich kątach świata, dokądkolwiek go poniosło, z wiecznie głodnym uśmiechem słonecznego przybłędy. Szły po nim ogniki, po skórze utytłanej w ziemi, po włosach osypanych kamiennym pyłem, szły płomyki żądz, których on tam, na górze, nie zdążył zaznać, ale poczuł je teraz, aż targnęło nim w lędźwiach, rrruch, rrruch. W jednej chwili przypomniał sobie, czego nie mógł pamiętać, jego imię. Theseus, warknął. Theseus, jeszcze raz. Z zaślubin światła i siły rodzili się bracia i siostry na świecie. Gałęzie platanów splecione nad strumieniem, hieroglify dziecięcego śmiechu, śluz wcierany za ucho, pachnidło wiecznych zalotów, powolny obrót łuków nieba nad ogrodem pachnącym jabłkami. Theseus, kolumna akropolu, posłaniec butnej jasności. Za ojca miał boga o palcach ociekających szlamem podmorza, nie zwykłego Rzemieślnika, chytrusa pałacowych sztuk, co robi królewskim dzieciom lalki na sznurkach. Lwia skóra i pałka zastygły na chwilę. Roiła się woda w sadzawce. Przybliżył sobie pochodnię do twarzy, niech spotkają się oczy, niech odbiją się wzajem jak w gładkim kyliksie. Milczący kształt w mroku, czy to na pewno uwięziony potwór. Przeznaczenie dopełnia się w ciszy. Cisnął łuczywo pod ścianę. Pałkę przełożył z ręki do ręki. Schylił głowę. Hrrr.
Chlast, chlast, w prawo, lewo. Chybił. Chlast, ręce cięły mrok, chlast. Chlast, jeszcze raz. Nie zdążył zatrzasnąć zębów, tamten cofnął łeb. Pałka grzmociła po grzbiecie. Chwycił go wpół, cisnął o ścianę, aż trzasnęły ukruszone krawędzie płyt. Ciosy szły skosem, młocka cepów w mroku, ciężki dech krwi. Spletli się, te same ręce, bryły mięśni, jeden bulgot bólu. Wścieklejszy, gęstszy, nie znał go, żadna walka dotąd nie trzęsła ziemią. Trzasnęła rysa w pałacowej mozaice, amfora brzęknęła ze stołu o posadzkę, zgrzytnął labrys nad portykiem, w porcie okręty chybnęły się na fali, księżyc w oczach zasnuło zaćmienie. Byłeś mój, dobiegł szept z komnaty królowej, moja radość, mój występek, moja krzywda; a więc wiedziała już, oliwkowe palce chwyciły spadającą łzę. Zadrżał tron, feniccy posłowie zastygli w ukłonach, król umilkł na chwilę, na chwilę zawahały się mocarne słowa. Pałka trzasnęła go w głowę. Charknął, splunął krwią, nie krwią, czymś gęstszym. Ręka nadaremno wbijała się między żebra, by wyszarpać jeszcze żyjące. Pałka trzasnęła go w rękę. Zęby drasnęły w szyję, kłapnął, raz, drugi, dosięgł, chwyciły, zostały. Zostały. Pałka trzasnęła go w żebra. Wreszcie splunął wnętrzem żył tamtego. Bił z nich tłusty żar słońca, gorzki chłód morza. Gryzł. Hrrr. Pałka trzasnęła go między nogi. Przestrzeń ścisnęła się w ślimaczy splot bólu. Pałka trzasnęła go w pierś. Osunął się. Kolano miał zgruchotane, chybnął się w bok. Upadłby, gdyby tamten nie chwycił go za kark i nie przytrzymał nad wodą. Wzniesiona pałka, sklęty blask krwi w świetle gasnącego łuczywa. Ręka rządzi litością, siła rządzi ręką. Cios nie spadł, pałka zadrżała, odsunęła się w bok. Ze stropu lały się strugi, bił z nich zetlały swąd słońca, kwaśna febra morza. Nie, nie strop, tylko szyja tamtego, to z niej lało się, biło. Z rozszarpanych żył. Krew płynęła coraz gęściej w wiecznym kręgu sadzawki. Upadli obaj spleceni.
Z pałką. Skradzioną innemu zbójowi na łajdackich rozstajach. Tylko martwy wyjdzie z mroku. Krztusił się. Krew bluzgała coraz słabiej, sadzawka była ciemniejsza od wina. Gasły ogniki na skórze. Dźwignął się z trudem, ślizgając się w wodzie, nachylił się, chwycił. Długo spoglądał w oczy tamtego. Nie błagały o litość, na chwilę przed śmiercią zagościł w nich spokój. Tyś bratem. Trup osunął się cicho. Mrok gęstniał mu w oczach. Przypomniał sobie, że tamten razem z łuczywem cisnął na posadzkę coś jeszcze. Może owoc, strzęp mięsa, zasuszone jądra dzikiej bestii. Doczołgał się, podniósł. Motek. Konopny sznurek biegł w mrok. Więc tak, inaczej niż wszyscy poprzedni. Jeszcze chytrzejszym podstępem Rzemieślnika. Już nie wiechcie słomy, nie znaki węglem na ścianach, których potem i tak nie odróżniłby od hieroglifów agonii i krwi. Chciał podnieść się, pójść szlakiem sznurka, nie zdołał, dopełzł tylko do ściany. Szarpnął za sznurek, raz, drugi, trzeci. Czuł, że sklepienie się wali. Nie, to w nim się waliło. Rozpadały się wiązania kości, krztusiły przepusty, pękał strop czaszki. Charknął krwią.
Nim zgasła w nim reszta blasku, bo w końcu zgasła, pssyk, jak pochodnia włożona w sadzawkę, zdążył jeszcze ujrzeć, jak mrok dokoła znów się rozjarza. Płynęło światło ofiarnego ognia, nie, jakieś inne, skrzesane pogodniejszą ręką. Weszła w jaśniejącym wianku. Obrócił głowę, szukał wzrokiem tamtego, ale nie dojrzał go już. Najjaśniejsza. Nie pamiętał jej imienia, tylko to: będziesz święta. Uklękła nad nim, jej palce muskały jego rany, nie, sunęły nad nimi. Nie tykały ich, ale jakby powlekały błoną. Chciał coś powiedzieć, ale w mroku słowa mrą, giną. W końcu pssyk nie było już nawet bólu, tylko gaśnięcie, z mroku w jeszcze gęstszy mrok, w głąb. Czuł tylko jej palce sunące nad spękaniami ziemi. Słyszał jej śpiew. Każda zgłoska stamtąd. Skąd. Co to znaczy stamtąd. Nie było już stąd ani stamtąd, tylko czerń, wchłaniająca wszystko prócz śpiewu.
Pssyk. Usłyszał imię. Asterion. Było dla ciebie miejsce w świetle. Przygotowywałam ci je. Pssyk. Theseus. Posłałam go, by cię uwolnił, by stał się bratem, nie zabójcą. Miłość moja. Theseus. Miłość moja. Asterion. Pssyk. Miałeś być nasz. Mieniłeś się bielą i złotem, tak mieli rysować cię delikatną kreską, tak mieli śpiewać o tobie. Pssyk. Daidalos wskazał nam sposób. Theseus miał cię uwolnić. Skąd bierze się miłość, ze światła czy z ciemności? Theseus. Asterion. Skąd nadeszła ta zguba? Teraz będę przeklęta. Przez śmierć tylko znajdę miejsce w jasności, u boku bogów, w pieśni. Przez śmierć. Tak będą o mnie śpiewać. Głos rozpękł się w szloch. Łzy nie płynęły z dłoni. Tyś bratem, Asterionie, tyś bratem. Pssyk.