I nie zbudowali przecież labiryntu wokół niego. O świcie zbudzili go i wywlekli z pałacu, ze spętanymi nogami cisnęli na wóz, powieźli z turkotem do kamieniołomu. Na dole wozem szarpnęło, aż spadł i grzmotnął o kamień, przełknął okruch wybitego zęba. Wył głośniej nad ryki osła, krztusił się, spluwał krwią. Nadszedł Rzemieślnik, z łajdackim uśmiechem attyckiego przybłędy. Twój dom, powiedział, na rozkaz, twój dom. Ojciec, gdzie ojciec, wrzasnął chyba, bo Rzemieślnik wskazał na pałac, ślimaczą muszlę z białego kamienia górującą nad zatoką, i ślimaczym ruchem zatoczył ręką. Ojciec, król, pałac, wokół nich, ponad nimi. Zawył raz jeszcze, nim dźwignęli go i wciągnęli do środka. Matka, gdzie matka, wrzasnął chyba, bo Rzemieślnik skinął w górę, z szyderczym uśmiechem nocnego przybłędy. On odchylił głowę, wyślepił się przez krew. Nad portykiem sterczał labrys, dwusieczny topór. Matka wsłuchana w fazy księżyca, od nowiu do nowiu, Kreta na zawsze, Kreta boska, pełna. Matka skryta w mroku swej żałoby. Tyś skazą.
Powlekli go w czerń. Czarne ręce żołnierzy, czarne światło łuczyw, czarny szloch. Ostatnią rzeczą, jaką niósł w oczach, był uśmiech Rzemieślnika, sklęty blask słońca w błękicie. Daidalos, wrzeszczał, Daidalos. Spętane stopy omsknęły się, upadł. Łomotali go po grzbiecie. Tyś skazą, krzyczeli….