Subskrybuj
Kamila Janiak fot. Beata Zawrzel / Reporter
fot. Beata Zawrzel / Reporter
Pochodząca z beskidzkiej wsi Żeleźnikowa Wielka autorka sześciu książek poetyckich, w tym nagradzanych tomów Matecznik i Sny uckermärkerów (Nagroda Literacka Gdynia, 2019). Za tom Mer de Glace (Wydawnictwo Warstwy, 2021) dostała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej (2022). Jej...

Deszcz alfabetów: Kamila Janiak

Chodzę poruszona wierszami Kamili Janiak, tymi z najnowszego tomu „Córy", chodzę tak, jakbym została dotknięta chorobą.

Przypomina to podgorączkowy stan: lekka dezorientacja, trudny do opisania niepokój, poczucie osamotnienia, wyostrzanie zmysłów, jakby przeczuwając, że w tej niedyspozycji jest się bardziej wystawionym na cios, który może przyjść z zewnątrz, od rzeczywistości czy człowieka. Mogłam się tego spodziewać, każda z książek poetyckich tej autorki to ze mną robi – wbija mnie w niepokój, rozdrażnia, skłania do głębokiej refleksji. Mogłabym porównać tę lekturę do prostego obrazka: to jakby nakazać komuś zaglądnąć pod dywan w pięknym pałacu, żeby przyglądał się temu, co pod dywan zostało zamiecione. To interesuje poetkę, a więc wszystko, co ukryte, przemilczane, poza głównym dyskursem, niemodne, wstydliwe, traktowane jak tabu.

Chodzę z tymi wierszami na ustach i gdybym potrafiła śpiewać, to pewnie próbowałabym je odśpiewać, bowiem tym dla mnie są: poematami, pieśniami.

Takimi, jakie wyrosły na bólu, krzywdzie, niesprawiedliwości, nierówności, przemocy. Do wyśpiewania tych tekstów prowokuje specyficzny, zapożyczony z utworów romantycznych „zaśpiew”, przez który rozumiem powtórzenia jak refreny, napięcia pomiędzy słowami, to, co dzieje się w rymach. Wyobrażam sobie chór kobiet, w różnym wieku – rozpiętym pomiędzy pokoleniami: córki, matki, babki, prababki, które śpiewają po to, żeby o nich pamiętano, śpiewają o tym, co im i z nimi robiono.

Tak, nie będą to wiersze, które chcą się podobać, to raczej wiersze, które chcą boleć.

Tom Córy zbudowany jest z siedmiu całości, wierszy, które czytam jak poematy, każdy z nich opowiada inną historię, większość z tych części poetycko przeprowadza czytelnika przez narrację o ucisku, krzywdzie i samotności (nawet w relacji) kobiet. Język wzięty żywcem z rejestrów romantycznej poezji wydaje się pomocny w tym, żeby opowiedzieć historię, nie popadając w ton nazbyt zaangażowany, deklaratywny. Tu dzieje się poetycka interwencja w te tematy poprzez pokazanie brutalnego świata za pomocą stylizacji i kostiumów. Mam poczucie, że to jeszcze mocniej ukazuje siłę rażenia poetyckich obrazów.

Są w poematach Janiak fragmenty bezlitosne, które klarownie i bez poetyzowania mówią o przemocy, jak we fragmencie z królowej wód: „(…) pewnego dnia, gdy wrócił z pracy, / próbował powiesić ją na drucie. / próbował powiesić ją pod prysznicem. / próbował powiesić ją (…)”.

Wróćmy tu do wiersza otwierającego ten odcinek Deszczów alfabetów. Przeczytajmy go. A teraz jeszcze raz.

Złość? Litość? Pytam siebie, czytając raz po raz tę część tomu zatytułowaną tańczyć z jej kośćmi. I w kontekście całej książki pytam: „może sprawiedliwość, sprawiedliwość?”. Oto czytamy o niespodziewanej niepełnosprawności mężczyzny. Traci nogę, staje się zależny. Kim jest? Kto go odwiedza? Kto do niego mówi? Co czuje ten / ta mówiący / mówiąca? Poetka nie zdradza tego, nie ułatwia odczytania, robi co innego, prowokuje czytających, żeby sami wypełnili tę lukę w wiedzy. I przyznam się, że wyobraźnia podsunęła mi twarz mężczyzny, którego tak zobaczyłam w jego starości.

Dlaczego piszę o mężczyźnie? To trop idący już z samego tekstu, oto czytamy, że ktoś (podmiotka?) zwraca się do „niego”, ale też nie może być inaczej, bowiem to mężczyźni wypełniają te poematy siłą, która niesie ból, rany, śmierć.

Rzadko pozwalam sobie generalizować, jednak tutaj mogę chyba napisać, że każdy z nas spotkał na swojej drodze któregoś z bohaterów Cór Janiak.

A jeśli spotkał, to dotknęły taką czytającą osobę dreszcze podczas lektury. To świat, gdzie drugiego człowieka, kobietę, można sobie wziąć jak rzecz: „(…) przyglądał się jej, / a ona widziała w nim siebie. / powiedział: dziecko, będziesz moją żoną, / matką naszych dzieci, babką ich dzieci, / prababką, grobem, piachem z tych ziem. / przyglądał się jej, a ona myślała o czymś więcej. / (rzeko, och, rzeko), / wesela nie było, rodzina nie przyjechała. / mówił, że jest sam jak pęcherzyk powietrza / na środku jeziora, / jak środek jeziora / jak ostatni ruch ust, rybich ust, / zaraz przed śmiercią (…)” – czytamy w części królowa woda.

Przemoc zostaje w Córach wzięta pod lupę, obejrzana ze wszystkich stron, opisana. Siła jest w akcie pisarskim, który bierze z rzeczywistości świata, w jakim żyjemy, nazywa rzeczy po imieniu, wskazuje „o tu” i „o tu” dzieje się zło. A Kamila Janiak nazywa nawet tak brutalny i ciemny świat językiem, który pochodzi ze światła, z jasności. Zalecam wejście w całość tej opowieści. Uwaga, będzie boleć, ale nie wyjdziecie z tego słabsi, wyjdziecie mocni, czulsi.


Kamila Janiak tańczyć z jej kośćmi (fragment)

i nikt nie powiedział, że na koniec życia
odejmą ci nogę,
odejmą przy samej dupie.
i nie będziesz mówił,
będziesz sikał pod siebie
na ziemię, ziemiuszkę, ziemiutkę, i tracił rozum.

a tymczasem spójrz, sucha szyszka,
grudka tej ziemi, robak,
zajęli miejsce w pierwszym rzędzie i łakną krwi.
smutku, lamentu, chociaż łezki łakną.
i szkoda im nie dać, szkoda żałować drobinkom święta.
bo kiedy duży umiera,
kiedy żywy umiera,
łatwiej być kurzem, paprochem.
(…)

Kamila Janiak Córy Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2024, s. 64

Artykuł pojawił się w numerze: Czy zwierzęta domowe są z nami szczęśliwe?