Subskrybuj
Ilustracja: Jakub Litwornia
Ilustracja: Jakub Litwornia
Prozaik, promotor literatury. Ukończył edytorstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w „Twórczości” opowiadaniem Agresty. Publikował także w „Fabulariach”, „Kontencie” i „Frazie”. Dwukrotnie (w 2020 i 2021) został finalistą „Pierwszej książki prozą” Biura Literackiego. Mieszka w Krakowie.

Nie ma, nie ma wody

„Nie ma nic, co by było mniej pobożne niż trwanie przy wierze. Gdyby istniał Bóg, on pierwszy miałby je człowiekowi za złe" – Multatuli.

Niebo powoli szarzało, zmiatając z siebie migoczące blado gwiazdy i robiąc miejsce słońcu, które za dnia miało prażyć ciemne ramiona żołnierzy króla Chaldejczyków Nabuchodonozora, a jego judzkich niewolników, zbitych w senne gromady, gdzie jeden zgięty kark krył się pod drugim, powalać w rozognione piaski pustyni, od których skóra ich syczała jak przypiekana na blasze. Nastał poranek po wieczorze dnia pierwszego, jom riszon, był siódmy dzień wiosennego miesiąca nisan. Rogate żmije, które na noc pogrzebały się pod skałami, wypełzały na łowy, parskały konie, dogasały ogniska, a czarne namioty, domy z włosia, beit sha’ar, ustawione olbrzymim kołem, wyłaniały się z mroku. W ich kręgu spoczywali niewolnicy: jedni, ubrani w same suknie z bisioru, trzęśli się od chłodu, przywierali do swoich towarzyszy albo, jeśli ktoś je ze sobą prowadził, do zwierząt, od których biło ciepło, pozostali kładli się w tlących się popiołach; inni, okryci wielbłądzimi skórami albo płaszczami z owczej wełny, niemrawo dźwigali się na łokciach, ocknąwszy się z twardego snu. Gdzieniegdzie szeptano, ale co szeptano, czy poranne modlitwy, szacharit, czy groźne przekleństwa, nikt nie umiał poznać, szepty bowiem zagłuszał powszechny ryk kiszek, które skręcały się z głodu. Zakwiliło dziecko, po nim następne, rozniósł się odór nieczystości i zaszumiało jak w roju, a strażnicy równocześnie zerwali się z miejsc nocnego czuwania, podzwaniając żelaznymi płytkami na skórzanych kamizelach i szczękając sztyletami. Obudzeni powstałym gwarem, roztarli zaropiałe powieki i przeciągnęli się także dwaj młodzi Judejczycy, którzy z siedmiotysięcznym tłumem zmierzali do Babilonu, ci jednak nie do pomocy przy odbudowie E-temenanki, zigguratu boga Marduka, ale do służby w królewskim pałacu. Danielu, Danielu, rzekł Abed-Nego, do niedawna nazywany Azariaszem, do niedawna, to znaczy do upadku Jerozolimy, kiedy to nadzorca nadał mu imię Abed-Nego. Pomódlmy się, odparł Belteszassar, zwany do niedawna Danielem, i pokazał na namiot nadzorcy, stojący w pobliżu. Potem obaj zanucili cicho: Będę śpiewał ku czci Pana, który wspaniale swą potęgę okazał, gdy konia i jeźdźca jego pogrążył w morzu. Belteszassar skrycie wytarł ze śliny i kurzu policzek porośnięty puchem, odrzucił płaszcz w białe i brązowe pasy i usiadłszy na macie, podwinął nogi pod siebie. Zawój na głowie Belteszassara rozluźnił się nieco, opadając na ramiona i odsłaniając gęste i długie czarne pukle. Czy masz jeszcze figi?, zapytał towarzysza, na co ten odparł: Nie mam. Abed-Nego otworzył bukłak i oblał dłonie Belteszassara, a potem swoje. Belteszassar sięgnął do fałd płaszcza, poszperał w nich i wydobył ostatni, zmarszczony owoc. Przytknął go do zgarbionego nosa i wodził nim pod rozwartymi szeroko nozdrzami. Oto co ujrzał prorok Jeremiasz, powiedział do siebie Belteszassar, opuścił dłonie w podołek i przypatrzywszy się trzymanej w nich fidze, podzielił ją zgrabnym ruchem długich paznokci, oto co ujrzał Jeremiasz: dwa kosze ustawione przed upadłą Świątynią, a w nich, w jednym figi wczesne i wyborne, a w drugim zepsute i nienadające się do spożycia, a figi wczesne i wyborne jak synowie judzcy w niewoli Chaldejczyków, a zepsute i nienadające się do spożycia jak Judejczycy pozostali w Jerozolimie i Egipcie, oni staną się pośmiewiskiem i postrachem dla wszystkich królestw ziemi, spadnie na nich miecz, głód i zaraza. I dalej zobaczył Jeremiasz, wymamrotał Belteszassar i podał połowę figi Abed-Negowi, mieszkańców Jerozolimy służących królowi Chaldejczyków Nabuchodonozorowi przez siedemdziesiąt lat. Co ci się śniło?, zapytał Abed-Nego, a Belteszassar ułożył figę na języku i zacisnął wargi; przeżuwając ją, marszczył czoło. Co ci się śniło?, powtórzył Abed-Nego, a Belteszassar wsunął palce do ust, zaś koniuszek języka wetknął pod paznokcie, gdzie pozostały gąbczasty miąższ i nasiona. Co ci się śniło?, zapytał raz jeszcze Abed-Nego, a gdy Belteszassar i tym razem nie odpowiedział, chwycił go za ramię i potrząsnął nim. Idzie nadzorca, ostrzegł Belteszassar. Zrodzony w stepie mocarz Aszfenaz, nadzorca służby dworskiej, przełożony dworzan króla Nabuchodonozora, przedzierał się przez tłum, krocząc ciężko, unosząc wysoko brunatne kolana, tak by przestąpić drzemiących jeszcze tu i ówdzie niewolników; wadził mu płaszcz, długi aż po oplecione rzemieniami kostki, barwiony, w kolorze lazurytu, z haftowanymi złoto wężami-smokami, pod szyją spięty klamrą. Wstańmy, zarządził Belteszassar i podniósł się z maty, a za nim Abed-Nego. Otrzepali z kurzu płaszcze i suknie i stanęli przed zarządcą, potężnym mężczyzną jakby z gliny, porosłym włosami, z kędziorami jak Nisaba, władczyni zbóż, z głową zadartą jak byk. Dziś będziemy w mieście, przemówił Aszfenaz. Mam dla was przaśne placki, mięso i daktyle, oznajmił i pochylił się nad Belteszassarem i Abed-Negiem, jedną dłonią przytrzymując stożkowy hełm, zakończony grzebieniem z niebieskiego włosia, tak że jego karbowana broda zawisła nad ziemią. Proszę, nie chcemy się kalać, odparł uprzejmie Belteszassar. Aszfenaz jednak zlekceważył go i rzekł: Obawiam się, że mój pan, król Nabuchodonozor, uzna, że o was nie dbałem, i ukarze mnie. Od wielu dni mamy jarzyny do jedzenia i wodę do picia, a wyglądamy lepiej i zdrowiej od Chaldejczyków, którzy żywią się jak królowie, zauważył Belteszassar. Ujął w palce gładką brodę Abed-Nega i gwałtownie nią poruszył, najpierw w lewo, potem w prawo, tak by Aszfenaz mógł dokładnie obejrzeć młodzieńca. Aszfenaz zadowolił się i poprawiwszy nabitą kamieniami buławę, wetkniętą za szeroki na dłoń pas, odszedł na swoje stanowisko. Belteszassar, ciężko wzdychając, opadł na matę. Abed-Nego zawinął gęste rude pukle za ucho, owinął głowę lnianą chustą i naciągnąwszy na ramiona wielobarwny płaszcz, ruszył za tłoczącymi się niewolnikami. Belteszassar, nim dołączył do Abed-Nega, długo mu się przypatrywał, lekko zgarbionemu, z ogorzałą twarzą o krótkim haczykowatym nosie zakończonym pieprzykiem, nad którym zrastały się nachmurzone teraz brwi.

Tłum, popędzany przez żołnierzy, nie uszedł daleko, gdy słońce rozbłysło nad ziemią. Belteszassar, osłoniwszy oczy, dostrzegł nadchodzącą od miasta karawanę: setki dwugarbnych wielbłądów, baktrianów o piaskowej sierści, kołysało się w rzędzie, powiązane jeden za drugim, pochrzęstując kołnierzami z muszelek i pojękując chrapliwie i nisko, jakby z dna pustynnej studni, do której wrzucono Józefa. Od zwierząt bił słodki zapach; były objuczone wonnymi korzeniami, pachnącymi olejkami i żywicą. Za orszakiem podążały lwy, niespokojnie krążąc wśród skał i łypiąc na strażników wielbłądów, na jego zaś czele jechali na osłach kupcy, odziani w płaszcze z fioletowej purpury, ze złotymi bransoletami na przegubach. Król ucztuje w swoim pałacu, ogłosili, pokłoniwszy się nadzorcy Aszfenazowi, którego żelazny rydwan toczył się przed Belteszassarem i Abed-Negiem. Wtem w oddali ryknął lew, wielbłądy spłoszyły się, a bydło zaczęło wierzgać. Pewnemu Judejczykowi, wynędzniałemu, o poranionych nogach, wół zerwał się z uprzęży i nadział go na róg, tak że zabił go na miejscu. Krew potoczyła się gęsto z boku mężczyzny, a podobne do wilków psy o krótkiej i najeżonej sierści, idące z Judejczykami, doskoczyły do niego i warcząc, i szczerząc kły, chłeptały krew, której nie zdążył wchłonąć piasek. Rozległ się lament, Judejczycy oblegli wołu jak muchy i pochwyciwszy za rogi, obalili go na ziemię, tam zaś związali powrozami. Prawo nakazuje ukamienować, powiedział ktoś z tłumu, może starzec uczony w Piśmie, a może Belteszassar, mężczyźni więc odciągnęli wołu na bok, na skraj ludzkiej nawałnicy, i tam ułożyli. Ci sami mężczyźni, zgięci wpół albo na czworakach, rozgrzebywali piasek w poszukiwaniu kamieni, a cielec, powalony i związany, wył przeciągle i żałośnie, a przy tym podrygiwał i panicznie obracał ślepiami. Dołączyli do tamtych mężczyzn Belteszassar i Abed-Nego i wybrali kamienie średniej wielkości, nie bardzo chropawe, tak by dobrze leżały w dłoni, i wyprostowali się za resztą, i jak reszta unieśli ręce nad głowy, a zamachnąwszy się z całych sił, cisnęli kamieniem: jednym, potem drugim, pierwszym w ciało natężone i głuche jak bęben, drugim w pogruchotane i wygięte konwulsją. Zdechło, rzekł ktoś z tłumu, być może ten sam starzec uczony w piśmie, a być może Belteszassar, nadbiegli żołnierze i rozproszyli zbiegowisko.

Tuż przed południem zapanował nieznośny żar. Belteszassar otarł pot z czoła i uniósł je wysoko. Gaje Babilonu, rzekł niepewnie i wyciągnął przed siebie palec. Gaje Babilonu, powtórzył Abed-Nego. Wnet obaj dostrzegli srebrzącą się rzekę. Eufrat, stwierdził Belteszassar i ucieszył się w duchu, że marsz ich kończy się i niebawem odpoczną. Zaraz potem tłum niewolników, dysząc ciężko i wywieszając języki, zwalił się między drzewa, przypominając w tym fale potopu. Pnie strzeliste, jakby pokryte łuskami, o gałązkach nastroszonych jak pióra koronnika, i pnie grube, ale niskie, z liśćmi rozpiętymi szeroko jak wachlarze, pod którymi puszyły się żółte kiście daktyli; wszystkie one dawały upragniony chłód. Judejczycy, nie zważając na krzyki żołnierzy, ocierali się o pnie jak koty i jak koty chłeptali wodę, która ciekła między drzewami, cała Babilonia była bowiem pocięta kanałami, a największy z tych kanałów ciągnął się od Eufratu do Tygrysu. Starzec o kłaczkowatej brodzie, pomarszczony jak figa, upadł na kolana, a upadając, dotknął się frędzli płaszcza Belteszassara. Belteszassar obrócił się i widząc go, chciał go podnieść, ale starzec odtrącił go i poczołgał się na brzuchu, rozgrzebując ziemię i łapczywie jedząc proch, a z prochem cebulę, szalotki i czosnek, rosnące w cieniu drzew. Za starcem czołgali się inni, podkurczając i prostując nogi, pociągając się na łokciach, z nosami nisko, jak gdyby węszyli za zdobyczą; Abed-Nego przypatrywał im się w osłupieniu, nie wiedział bowiem, co znaczy głód, i pomrukiwał: obrzydliwość, obrzydliwość, a bracia jego Judejczycy czołgali się i tak, aż po soczewicę i groch, skąd ujrzeli zastygłe w słońcu pola jęczmienia, który dawał dwóchsetkrotny, a nieraz trzechsetkrotny plon, jeśli był urodzaj, i na widok kłosów, szerokich na cztery palce, oblizywali suche dziąsła i głośno połykali ślinę, co od upału i kurzu kłuła w gardło. Zboże rosło na obu brzegach krętej rzeki i podchodziło do samych murów miasta. Babilon leżał na wielkiej równinie. Otoczony był rowem z wodą, a dalej ceglanym murem, wysokim na dwieście, a szerokim na pięćdziesiąt łokci. Czterysta dwadzieścia stadiów, taki jest obwód miasta Babilonu, rzekł dumnie Aszfenaz, zatrzymawszy rydwan, a Belteszassar i Abed-Nego uwierzyli mu. Niedostępna warownia, orzekł i zatoczywszy potężnym ramieniem łuk nad jej linią, zacisnął twardą pięść. W miejskim murze miało być sto bram ze spiżu, nad nimi zaś dwieście wież strażniczych, w których, osłonięci zębatymi blankami, czuwali łucznicy. Największą z bram była brama północna, brama Isztar. I to pod nią, przeprawiwszy się przez rzekę, spokojną teraz dzięki królowej Nitokris, stanęli Judejczycy. Panował tam żar dotkliwszy jeszcze niż na pustyni. Bił od wielkich pieców, w których wypalano cegły na ziggurat Marduka. Niewolnicy, nadzy, o skórze mieniącej się jak skóra agamy, połyskliwej od potu i słońca, rozpalali piece ropą, smołą, pakułami i chrustem, a ogień buchał ponad piece i nawet ci, co nosili z rzeki glinę i lepili cegły, mdleli nierzadko od gorąca. Nieopodal żęto zboże, hurmem i w pośpiechu, tak by zebrać plon, nim wyleje Eufrat. Babilończycy szykowali się także do święta, a z nim do nocnych procesji z tańcem i śpiewem. Nauczymy was naszych pieśni, zaśpiewacie naszym bogom, Mardukowi i Adadowi, naszej bogini Isztar, rzekł zadowolony Aszfenaz i pogonił konie. U wrót miasta rozwarł usta, tak jakby oglądał je po raz pierwszy, a przecież oglądał nieraz, mimo to rozwarł usta, tak jak rozwarł usta dziki Enkidu na widok sromu Szamchat, i zapomniał, gdzie się urodził, a za Aszfenazem rozwarli usta Belteszassar i Abed-Nego, i wszyscy Judejczycy, a było ich siedem tysięcy. Większa od świątyni Salomona, większa od gór Libanu, pomyślał Belteszassar, wyglądając jej wierzchołka, ale skrzywił się, rażony słońcem, brama sięgała bowiem nieba, bodła jego brzuch dwoma wieżycami, które wieńczył złocony krenelaż. Belteszassar spuścił oczy i przejrzał się w szklistej skorupie, która pokrywała bramę: była jak tafla zatoki, jaką mąciły czasem węże-smoki i tury, zdobiące portal od jego podstawy aż do łukowatego sklepienia, po którym biegły bladoniebieskie żyłki, rozwidlające się jak delty rzek, jak bijące błyskawice. Od bramy wychodziły mocne mury drogi procesyjnej, jak ona lazurowe, z podobiznami lwów. Na drodze wrzało od pomieszanych głosów ludzkich i nieludzkich. Czuć było piaskiem, ropą i gnojem. Mrowili się ludzie: żebracy, a wśród nich trędowaci, żołnierze w lekkich kamizelach i w stożkowych hełmach, kupcy, odziani w płaszcze karmazynowe i purpurowe, uliczni sprzedawcy, z ich piwem i plackami nad ogniem, rolnicy i pasterze, goniący stada, a także Chaldejczycy, którzy chcieli się nająć do ochrony karawan. Belteszassar i jego towarzysz szli powoli, zatykając nosy, ściśnięci, z ramionami stulonymi pod brody, bo tłum nie ustępował, a oni nie mogli dotknąć się trędowatych. Belteszassar rozglądał się na boki, nerwowo, na gliniane lwy, co, zdawało mu się, łypią na niego wściekle; Belteszassar zadrżał i spocił się krwawym potem, i nie widział odtąd żebraków ani żołnierzy, ani niewolników, tylko lwy, czyhające na niego. Jęczał i opędzał się, i stał się jak otoczona gazela, która rozumie, że zostanie pożarta, ale sprzeciwia się temu, kołuje więc i rzuca się beznadziejnie, a po to jedynie, by, wyczerpana, łatwo dać się złowić. Potem Belteszassar krzyczał. Krzyczał z bólu, krzyczał rozpaczliwie, krzyczał, aż zdrętwiał mu język. I rozpruł na sobie szaty, tak jakby rozpruł koźlę, a jego krzyk zamienił się w pierwotne wycie. Żebracy cofnęli owrzodzone dłonie, kupcy zwinęli materiały, przygasły ogniska i ostygły blasze ulicznych sprzedawców. Miasto zamilkło, a z nim Belteszassar. Co ci jest?, usłyszał. Co ci jest?, usłyszał znowu i poznał głos Abed-Nega.

Abed-Nego mówi: Belteszassar nie skulił się w kącie jaskini, jakby tego oczekiwali satrapowie i zwierzchnicy, którzy wydali go królowi, a stał pośrodku ciemnego lochu dumnie wyprostowany, choć nagi, odebrano mu bowiem purpurę i złote łańcuchy, stał, wznosząc ku niebu łagodne oczy, a niebo, grafitowe, rozświetlał jedynie sierp księżyca, wchodzącego akurat w nów, co nadawało mu pozór zadraśnięcia na ciemnym palcu nieba czy też palcu Boga, to wszystko jedno, Boga, do którego młodzieniec modlił się trzy razy dziennie, odwróciwszy głowę w kierunku Jerozolimy i upadłszy na kolana. U stóp proroka, nazwijmy go prorokiem, potrafił bowiem objaśniać sny, co przyniosło mu sławę, uznanie i miłość króla, tego samego króla, który dzisiejszej nocy nakazał wtrącić go do więzienia. Nakazał, jak mówiono, zgrzytając zębami, bo z powodu prawa, które zaledwie wczoraj ustanowił za namową podstępnych satrapów i zwierzchników. Stu dwudziestu dwóch, tylu ich było, stu dwudziestu satrapów i dwóch zwierzchników, a wszyscy oni knuli przeciwko prorokowi, ponieważ przewyższał ich mądrością i charakterem. Szpiedzy ich zaskoczyli proroka na modlitwie, gdy wzywał imienia Adonai, o czym donieśli swoim przełożonym, ci zaś nakłaniali króla, by wydał zarządzenie i ustanowił zakaz zanoszenia jakichkolwiek próśb do bogów lub ludzi innych poza nim samym, królem Nabuchodonozorem. Teraz, królu, wydaj zakaz i każ spisać dekret, który byłby nieodwołalny według nienaruszalnego prawa, podsycali satrapowie i zwierzchnicy, a królowi podobało się to i uległ im, wydał zakaz i kazał spisać dekret, a jako że był władcą zazdrosnym i próżnym, ogłosił, że kto by prawo takie złamał, zostanie wtrącony do jaskini lwów. Następnego dnia proroka zaskoczono w czasie porannej modlitwy, pojmano i doprowadzono do króla. Ten mężczyzna spośród uprowadzonych z Judy nie liczy się z tobą, królu, ani z zakazem wydanym przez ciebie. Trzy razy dziennie odmawia swoje modlitwy, orzekli satrapowie i zwierzchnicy, a król posmutniał i, jak wspomnieliśmy wcześniej, zazgrzytał zębami, po czym rozkazał oddać proroka lwom.

U stóp Belteszassara o miękkich podeszwach i okrągłych paznokciach, pod którymi nagromadził się piasek, legły potulnie lwice. Legły!, nie zaś rozszarpały proroka, jakby tego oczekiwali wrodzy mu satrapowie i zwierzchnicy. Lwice pomrukiwały z rozkoszą, mimo że nie były ujarzmione, jak te, co słabną na czas jakiś pod rzemieniem i świstem warg poskramiacza, ale rozwierają paszcze i groźnie porykują, lecz spokojne i przyjazne, tak jakby mężczyzna ów był jak one dzikim zwierzęciem, jakby należał do stada, może nawet był jego wodzem i przewodnikiem, żywicielem, który, upolowawszy zwierzynę, nasyciwszy siebie i nakarmiwszy pozostałe lwy ze stada, spokojnie odpoczywa. Król Nabuchodonozor, widząc to, ucieszył się i rozkazał wyciągnąć Belteszassara z jaskini. Rzucić ich lwom, zwrócił się król do żołnierzy, wskazując na satrapów i zwierzchników, a potem patrzył, jak pożerają ich lwy.

*

Powiał ciepły nocny wiatr, zaszumiały gałęzie migdałowca, a firany wydęły się jak brzuchy krów. W lampie kończył się olej. Arcykapłan, zgarbiony nad stołem, odłożył glinianą tabliczkę do skrzyni, potem opłukał ubrudzony rylec z kości słoniowej. Nowy Rok, stwierdził, wyjrzawszy w zapadający za oknem zmierzch, i podniósł się z krzesła, którego poręcze tworzyły spiralę jak żmija. Arcykapłan ominął wielką soczewkę z Kalhu, przez którą oglądał niebo, i stanął przy łóżku: na derce przyczaił się skorpion. To dobra wróżba, zapowiada wielkie bogactwo, powiedział sobie i uśmiechając się, szczypał pulchne wargi, spokojny i dumny, jako arcykapłan zarządzał bowiem świątynnym majątkiem i dysponował nim. Powoli zbliżył się do lustra. W półmroku przyglądał się swojej twarzy, gładkiej i sprężystej, swojej na wpół łysej czaszce, ogolonej do tonsury. Arcykapłan otworzył muszlę małża, w której przechowywał proszek antymonowy, i zanurzył w nim palec. Czerniąc powieki, powtarzał ostatnie wersy poematu o stworzeniu świata, Enuma Elisz. Podniósł się z posłania i odpalił od świecy świecę jedną i drugą, i wszystkie, jakie były w świeczniku, tak by dobrze widzieć pokój i garderobę, i nie przegapić niczego, co w Nowy Rok powinien włożyć arcykapłan. Do świtu było jeszcze daleko. Arcykapłan nie był zaspany, nawykł do wstawania przed świtem. Dziś napełni świątynne spichlerze, dzierżawcy bowiem oddadzą mu jedną trzecią plonów, jutro rozdzieli między nich świątynną ziemię, a ziemia świątynna stanowiła w Babilonie większość, dzierżawcom jednym po akrze, innym po stu, w zależności od tego, którzy przychylniejsi byli jemu i świątyni i którzy mieli więcej potomstwa, bezżennym i bezdzietnym nie dostało się nic. Cieszył się także i odczuwał satysfakcję na myśl, że dziś wieczorem na oczach tłumu, tak jak co roku, spoliczkuje króla, na chwilę odbierze mu insygnia królewskie, pozbawi go tronu, co prawda jako wysłannik boga i w jego imieniu, ale nie czuł bardzo tej bożej obecności, więcej przepełniała go duma, że ma pod sobą króla, że trzęsie całym miastem-państwem, że to jemu się kłaniają, nawet król, że wszystko należy do niego, że jego władza jest nieograniczona, a jeśli ktoś mógłby mu ją odebrać, to jedynie inny bóg, i tu lekko zadrżał, tu lekko spochmurniał, bo przypomniał sobie tłum Judejczyków, których przyprowadzono dzisiaj do miasta, tłum o ogorzałych, zaciętych twarzach, tłum pozbawiony stolicy i świątyni, król przywiózł nawet artefakty i naczynia z ich świątyni, świątyni Salomona, ale oni wierzyli w tego boga, wierzyli, że Babilończycy zwyciężyli nad nimi z jego woli i że muszą tę niewolę przetrzymać, a potem wyjdą, wyjdą w chwale, jak już raz wyszli, wieleset lat temu, pod wodzą Mojżesza, tak, takie imię usłyszał, Mojżesz, prorok, to jemu bóg Judejczyków dał powalić wielki Egipt i jego kijem wywiódł swój lud z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

Fragment pochodzi z przygotowywanej powieści

Artykuł pojawił się w numerze: Czy zwierzęta domowe są z nami szczęśliwe?