Subskrybuj
Ilustracja: Agnieszka Wrzosek
Poetka, fotografka, tłumaczka. Wychowywała się w Beskidzie Niskim na Wrzosowej Polanie. Autorka dwóch książek poetyckich zemla vulgaris (2023) oraz Bosorka (2020)

Płanetnice

Wtorek. Wtorek jest zawsze Dniem Dziwów.

Przedsięwzięcie jest realizowane ze środków pochodzących ze Stypendium Twórczego Miasta Krakowa

 

Dziwi mnie Matka, która o tej porze powinna już dawno się obudzić. Za oknem jest teraz tartak, czuć mdlący zapach drzew. Dziwi mnie śpiew. Skąd mógłby dochodzić? Dziwię się i w tym zdziwieniu jestem pozostawiony sam sobie. Dziwi mnie Matka, która o tej porze powinna już dawno się obudzić, wypić kawę, poćwiczyć poranną jogę, zadzwonić do Przyjaciółek. Dziwią mnie Przyjaciółki Matki. Przyjaciółki Matki mogą wcale nie istnieć, choć nie mam na to żadnych dowodów. Są to Przyjaciółki Telefoniczne. Dziwi mnie berberys za oknem i mdlący, gnijący zapach drzew, i śpiew. Dziwią mnie Przyjaciółki Matki, choć nie mam na to żadnych dowodów, że mogą wcale nie istnieć. Dziwię się, że Matka Dziwaczka jeszcze śpi i że Telefoniczne Przyjaciółki Matki czekają na telefon od niej, choć nie mam na to żadnych dowodów, bo mogą wcale nie istnieć. Dziwi mnie skrzypiący szum powalanych drzew, kwaśnica za oknem, śpiew tartaku i głośno chrapiąca Matka. Patrzę na stojącą na taborecie obok łóżka szklankę. W zwiotczałych, rozmokłych ziołach rozpoznaję kozłek lekarski, szyszki chmielu, ziele męczennicy, melisę, rumianek. Śniadanie będę musiał zjeść bez Matki. Nie wydziwiam. Zwykła jajecznica na maśle, kromka żytniego chleba, kawa. Jajka tym razem z pieczątką, bo kury przestały się nieść. Te sklepowe niosą się zawsze. Idę z filiżanką świeżo zaparzonej kawy do pokoju Matki, może jej zapach ją zbudzi. Wbijam jajka na patelnię, jedno wyślizguje mi się z dłoni i ląduje na zimnej posadzce. Dziwi mnie widok rozbitego jajka, ciemne żółtko na tle fioletowej posadzki coś mi przypomina. Kucam, wbijam palec wskazujący w żółtko, delikatna błona pęka, jeszcze tylko kilka pociągnięć i mam przed sobą twarz Matki. Jej najwierniejszy portret. Chwytam kolejne jajko, rozmyślnie upuszczam, potem kolejne i kolejne. Matka patrzy na mnie z żółtka, białko faluje. To włosy Matki. Żółtko patrzy na mnie z Matki. Rozbijam kolejne jajka, z pokruszonych skorupek układam wymyślne mozaiki. Matka Jajeczna patrzy na mnie zwielokrotnieniem swoich żółtych oczu, patrzy na mnie z podłogi. Stoję nad wszystkimi moimi Matkami. Patrzę na nie z góry. Cała posadzka jest pokryta Matką. Przechodzę do sieni, biorę długi rozpęd i jak na łyżwach wślizguję się do kuchni, kręcę piruety, tarzam się w mojej Matce. W mojej żółtej Jajecznej Matce. Tańczę cały już oblepiony żółtkiem i białkiem. Dobrze, że to te z pieczątką. Tańczę coraz szybciej, wtóruje mi śpiew tartaku, mdlący, gnijący zapach drzew i głośno chrapiąca w pokoju obok Matka. Wtorek jest zawsze Dniem Dziwów. Leżę zdyszany na zimnej posadzce, czekam, aż zaschnięte żółtko przemówi.

sobota piątek

noc z soboty na piątek była pierwszą nocą

w czasie której zaświeciła się Matka

niedziela

Potrzeba wyjścia z domu bywa silniejsza niż wszystko inne. Bywa, że ignoruję tę potrzebę nawet przez kilka dni z rzędu, ale ona zawsze zwycięża. Bierze mnie za fraki, wciska w ciepłe ubranie i wyrzuca za drzwi. Matka wyskakuje wtedy na mnie z jadaczką.

cicho być Matka

Matka nie lubi zostawać sama. Cykająca się Matka jest małą niedorzeczną pchłą. Nawet kiedy wychodzę, niosę w sobie ten niski zachrypnięty głos.

cicho być Matka

Nieważne dokąd, muszę iść pod górę. Góra musi być stroma, zakrzaczona i grząska. Muszę iść, rozchodzić Matkę. Wychodzę przed dom. Przed domem jest teraz zakład utylizacyjny w Zaklikowie. Wracam, zamykam drzwi, zamykam oczy, przecieram, otwieram. Otwieram drzwi. Wychodzę przed dom. Przed domem jest teraz tak, jak powinno być. Ścieżka prowadzi przez las prosto na szczyt. Drzewa są niewyraźne, mają rozmyte kontury, nie potrafiłbym rozpoznać poszczególnych gatunków. Czy to igły świerku, czy gładkie liście buka? Wiatr wszystko rozpuszcza, zniekształca. Z gałęzi na gałąź bezszelestnie przelatuje sowa, idę za nią, dopóki nie zniknie mi z pola widzenia. Czy to jeszcze las, czy już polana, a może jasielski dworzec autobusowy? Widzę tłumy ludzi, ciągną ogromne walizki, przemykają między drzewami. Oprócz walizek ciągną też na postronkach krowy, świnie, konie, kozy. Kury dziobią zamarznięte grudy ziemi. Czy to jeszcze moje wspomnienia? Czy to Matka wspomina przeze mnie? Rozchodzić Matkę. Polizać zimny śnieg, gdzieś się umiejscowić. Gdzieś nareszcie. Jeśli dotarłbym na sam szczyt Góry, co bym jej powiedział? W Twoich ciemnych splątanych włosach mieszkają głodni i zmarznięci ludzie. W twojej głowie kłębią się włosy Matki, odpowiedziałaby Góra.

cicho być Matka

W twoich włosach mieszkają małe niedorzeczne pchły.

po prostu

cicho być

Matka

środa

Kiedy Matka idzie przez wieś, odzywają się wszystkie okoliczne psy. Tym razem było jednak zupełnie cicho. Psy nie zdradziły obecności Matki nawet najcichszym skomleniem. Nie wiem, kiedy i jak wyszła z domu. Obudziło mnie szeptanie w sieni. Światła nadal były zgaszone. Przekręciłem się na drugi bok, łóżko zaskrzypiało, umilkły szepty. Leżałem bez ruchu, w zupełnej ciszy słyszałem swój głośny, rozedrgany oddech. Po chwili głosy powróciły, stawały się coraz donośniejsze, przerywał je nagły, narastający chichot. Tych istot było więcej. Czułem gęstniejące powietrze, czułem, jak dom wypełnia się zapachami i ciepłem. Znałem to uczucie, rozpoznałem dźwięki.

Dlaczego Małe Dziewczynki przeprowadziły się do nas nocą, i to akurat wtedy, kiedy nie świecił żaden księżyc? Matka pozwoliła mi dalej zajmować łóżko. Małe Dziewczynki spały gdzie popadnie, niczym kotki pozwijane w kłębki w zakamarkach, szparach, zagłębieniach domu. Roiło się od nich. Kiedy wstawałem nocą do toalety, potykałem się o nie. Natrafiałem na nie przypadkiem, w najmniej spodziewanych miejscach. Zdarzało się, że dręczony dokuczliwym pragnieniem, wychodziłem z łóżka i gdy po omacku szukałem kubka w szafce, znajdowałem miękką plątaninę włosów, cofałem więc rękę w popłochu. Zazwyczaj i tak kończyło się to nagłym ugryzieniem albo drapnięciem. Cichutko wyłem z bólu.

Kłębowiska ciał, dłonie, stopy, języki, wybebeszone lalki czaiły się na mnie w mroku. Dom pachniał żywicą, szyszkami i wilgocią, porankiem po burzy. Czasami zapadałem w zbyt głęboki sen, budziłem się dopiero po kilku nocach. Ze snu zazwyczaj wyrywały mnie głosy, coś jakby modlitwa albo ciche łkanie. Wyrywały mnie z niego delikatne dźwięki fortepianu albo drapieżne szarpanie strun. Wyrywała mnie gryząca woń kadzideł, woń mięty, woń palonych włosów i paznokci. Kolejne noce były bezsenne.

wtorek

Kolejne noce były bezsenne, ale sen mógł się przyśnić. Kładł się miękką warstwą na otwartych oczach. Mógł też być jawą albo czymś z daleka, co niechcący przyszło. Pomyliło drogi i przegryzło przestrzeń, wdarło się do środka. Leżałem pod kołdrą, choć noc była duszna, bawełniana piżama lepka od potu. Już od dłuższego czasu leżałem tak w ciszy. Nie zdawałem sobie sprawy, że jestem w tym bezdźwięku zupełnie samotny. Rozejrzałem się po pokoju. Pomimo otwartego okna powietrze kisło w bezruchu, skraplało się powoli, osiadało na ścianach, tkaninach, meblach. Pokój był pusty. Za oknem był teraz sad. Woń gnijących śliwek wpadała do środka. W ustach poczułem gorzki smak rozgryzanej pestki.

Dom jednak zdradzał obecność. Jeśli nie dźwiękiem, to łagodnym drżeniem. One wciąż tutaj były. Zacisnąłem powieki. Jak pozbyć się kogoś jednym zamknięciem oczu? Nagle głośne ujadanie, zawodzenie. Dom pełen był zwierząt, lecz zupełnie innych. Po chwili znów cicho. Wstałem z łóżka, dom zaszeleścił. Szelest stawał się coraz głośniejszy, poruszałem się na palcach, szukałem źródła dźwięku. Przechodziłem z jednego pokoju do kolejnego, aż dotarłem do drzwi prowadzących na ganek. Przez szybę w drzwiach zajrzałem do środka. Zobaczyłem Matkę i Małe Dziewczynki. Zobaczyłem otwartą zamrażalkę pełną pękatych reklamówek. Zobaczyłem, jak Małe Dziewczynki rozwiązują reklamówki, po czym łapczywie liżą ich zawartość. Patrzyłem, jak wysuwają swoje długie, zwinne języki, jak zachłannie pochłaniają coś, co dla mnie było niewidoczne, jak się ślinią i jak bardzo są w tym żarłoczne. Miały oczy jak ekrany telewizorów, na których wyświetlał się film, w każdym oku inny. Nie widziały mnie, choć patrzyły prosto na mnie. Drzwi na ganek były szeroko otwarte. Matka stała odwrócona plecami do całej tej sceny, trzymała ręce wysoko nad głową. Dyrygowała nocą, a noc była jej posłuszna.

środa

pewne słowa przykleiły się do krajobrazu

słowa jak gniazdo ortolanów pułapka

weź to stąd przepłosz Matka

weź to wypiernicz

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku