Subskrybuj
Ilustracja: Zuzanna Karczewska
Ilustracja: Zuzanna Karczewska

Kłamstwa

Doskonale tę prawdziwą prawdę zna i wie, że ja również, więc powiedzenie tych słów na głos nie powinno było przyjść mi z trudem.

Kochana Normo,

piszę do Ciebie z San Juan, z jednego jedynego hotelu, jaki tu mają. Odwiedziłem matkę dziś po południu – pół godziny jazdy w koszmarnych warunkach. Jest w stanie tak złym, jak się obawiałem, a nawet gorszym. Nie daje rady poruszać się bez laski, a nawet z jej pomocą chodzi bardzo wolno. Od powrotu ze szpitala nie może wejść po schodach na piętro. Śpi na kanapie w salonie. Próbowała zorganizować przeniesienie łóżka na dół, ale panowie powiedzieli, że zostało zrobione in situ i nie da się tego zrobić bez rozłożenia na części. (Czy Penelopa nie miała takiego łóżka? Penelopa Homera).

Książki i wszystkie dokumenty zostały na górze – na parterze nie ma gdzie ich trzymać. Nie może sobie znaleźć miejsca, chce znów usiąść przy biurku, nie ma jednak jak.

Ogrodem zajmuje się jej znajomy, Pablo. Spytałem, kto robi zakupy, a ona na to, że żyje chlebem z serem i zagryza tym, co wyrośnie w ogrodzie, więcej jej nie potrzeba. Zasugerowałem, żeby może wzięła sobie do pomocy przy gotowaniu i sprzątaniu jakąś sąsiadkę z wioski, lecz nawet nie chciała o tym słyszeć. Nie utrzymuje relacji z ludźmi z wioski. A Pablo? – pytam. Pablo nie jest z wioski? Za Pabla jestem odpowiedzialna, odparła, on nie jest częścią wioski.

Z tego, co zaobserwowałem, Pablo sypia w kuchni. Brakuje mu piątej klepki czy tam trzeciej, czy ile ich tam było w tym eufemizmie. To idiota, wiejski przygłupek.

Nie poruszałem najważniejszego tematu – chciałem, ale zabrakło mi odwagi. Zrobię to jutro, jak się z nią zobaczę. Nie żebym miał wielkie nadzieje. Odnosiła się do mnie chłodno. Ma dość sprytu, by się domyślać, po co przyjechałem.

Śpij dobrze. Ucałuj ode mnie dzieci.

John

*

– Mamo, czy moglibyśmy porozmawiać o twojej sytuacji mieszkaniowej? O przyszłości?

Ona siedzi w twardym starym fotelu, zbitym bez wątpienia przez stolarza odpowiedzialnego też za nieprzesuwalne łóżko, i nie odzywa się ani słowem.

– Na pewno zdajesz sobie sprawę, że Helen i ja bardzo się o ciebie martwimy. Zaliczyłaś już jeden poważny upadek, następny to tylko kwestia czasu. Nie robisz się młodsza, żyjesz sama w domu ze stromymi schodami w hiszpańskiej wiosce, nawet nie utrzymujesz dobrych stosunków z sąsiadami. Szczerze ci powiem, że taka egzystencja przestała być możliwa do utrzymania.

– Wcale nie żyję sama. Pablo ze mną mieszka. Mogę liczyć na jego pomoc.

– Zgoda, mieszka z tobą Pablo. Ale czy naprawdę możesz na niego liczyć w razie wypadku? Czy ostatnim razem ci jakoś pomógł? Gdzie byś dzisiaj była, gdybyś nie zdołała sama zadzwonić do szpitala?

Jeszcze nie skończył mówić, a już wie, że popełnił błąd.

– Gdzie bym była? Chyba sam najlepiej znasz odpowiedź, więc po co jeszcze mnie pytasz? Zapewne pod ziemią, pożerana przez robactwo. To byś chciał usłyszeć?

– Mamo, proszę, bądź rozsądna. Helen trochę się porozglądała i znalazła dwa miejsca niedaleko, miałabyś tam dobrą opiekę i czułabyś się jak w domu, jesteśmy o tym przekonani. Zgodzisz się, żebym opowiedział ci o nich coś więcej?

– Dwa miejsca. Przez „miejsca” rozumiesz „zakłady opieki”, tak? Zakłady opieki, w których będę się czuła jak w domu?

– Możesz je sobie nazywać, jak ci się podoba, warczeć na mnie i na Helen, co nie zmienia faktów, tych najprostszych, życiowych. Miałaś już jeden poważny wypadek, którego konsekwencje ponosisz do dzisiaj. Twój stan się nie polepszy. Wręcz przeciwnie, najpewniej wkrótce się pogorszy. Zastanawiałaś się, jak to będzie wyglądać, gdy skończysz przykuta do łóżka w tej zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce, z jednym jedynym Pablem do pomocy? Pomyślałaś, jak się będziemy czuli z Helen, wiedząc, że potrzebujesz opieki, której nie możemy ci zapewnić? Bo nie damy rady pokonywać co weekend tysięcy kilometrów, prawda?

– Nie oczekuję od was niczego takiego.

– Nie oczekujesz, ale i tak będziemy musieli to robić, bo jak się kogoś kocha, to po prostu nie da się inaczej. Bądź więc, proszę, tak miła i wysłuchaj alternatywnej propozycji, jaką chciałbym ci przedstawić. Jutro, pojutrze albo popojutrze pojedziemy stąd razem samochodem do Nicei, do Helen. Przedtem pomogę ci pozbierać wszystko, co ma dla ciebie wartość i co byś chciała zatrzymać. Zapakujemy te rzeczy w kartony, żeby były gotowe do wysyłki, kiedy tylko się przeprowadzisz. Z Nicei zabierzemy cię razem z Helen zobaczyć te dwa domy, o których wspomniałem, jeden jest w Antibes, a drugi tuż pod Grasse. Będziesz mogła je sobie obejrzeć i ocenić, jak ci się podobają. Nie będziemy na ciebie naciskać, absolutnie. Jeśli uznasz, że żaden ci nie odpowiada, pomieszkasz na razie z Helen i poszukamy dalej, czasu jest mnóstwo. Chcemy tylko, żebyś była zadowolona i bezpieczna, to jedyne, na czym nam zależy. Na pewności, że gdyby coś się wydarzyło, ktoś będzie na miejscu i zapewni ci właściwą opiekę. Wiem, że jesteś niechętna takim miejscom, mamo, ja też nie jestem zachwycony. Ani Helen. Tylko że w życiu przychodzi taki moment, kiedy trzeba iść na kompromis między tym, czego byśmy chcieli najbardziej, a tym, co dla nas najlepsze, wybrać między niezależnością a bezpieczeństwem. W Hiszpanii, w tym wiejskim domu, nie masz żadnego zabezpieczenia. Wiem, że się ze mną nie zgadzasz, lecz taka jest brutalna prawda. Rozchorujesz się i co, nikt się nawet o tym nie dowie. Albo znów się przewrócisz, spadniesz z czegoś i będziesz leżeć Bóg wie jak długo nieprzytomna, połamana. Jeszcze się zabijesz.

Matka robi lekceważący gest dłonią, jakby odpędzała od siebie taką możliwość.

– Te miejsca, które chcemy ci zaproponować z Helen, w niczym nie przypominają dawnych zakładów opieki. Są wspaniale zaprojektowane, mają wyszkolony personel, świetne warunki. Są drogie, bo niczego swoim klientom nie żałują. Wiesz, za co płacisz, dostajesz pierwszorzędną opiekę. Gdyby się okazało, że koszt jest zbyt wysoki, oboje chętnie się dołożymy. Będziesz miała własne małe mieszkanie, a w Grasse nawet prywatny ogródek, jeśli zechcesz. Posiłki możesz jeść w restauracji w ośrodku albo zamawiać dostawę do mieszkania. W jednym i drugim miejscu mają siłownię i basen, całodobowy personel medyczny, fizjoterapeutów. Może nie raj, ale dla kogoś w twojej sytuacji, no, prawie.

– W mojej sytuacji – powtarza matka. – Czyli w jakiej według ciebie?

Syn aż unosi ręce ze zniecierpliwienia.

– Mam to powiedzieć na głos? Naprawdę chcesz to usłyszeć ujęte w słowa?

– Owszem. Dla odmiany, w ramach ćwiczenia, powiedz mi prawdę.

– Prawda brzmi tak, że jesteś starą kobietą i potrzebujesz opieki. Której człowiek taki jak Pablo nie jest w stanie ci zapewnić.

Matka kręci głową.

– Nie tę prawdę. Tę drugą, prawdziwą.

– Prawdziwą prawdę?

– Tak, prawdziwą prawdę.

*

Kochana Normo,

„prawdziwej prawdy” – tego ode mnie zażądała, chociaż może bardziej prosiła.

Doskonale tę prawdziwą prawdę zna i wie, że ja również, więc powiedzenie tych słów na głos nie powinno było przyjść mi z trudem. Byłem nawet dość zły, żeby to zrobić – zły, że musiałem jechać taki kawał drogi wypełnić obowiązek, za który ani tobie, ani Helen, ani mnie nikt na świecie nigdy nie podziękuje.

A jednak nie dałem rady. Nie mogłem powiedzieć jej w twarz tego, co bez trudu mówię tu przed Tobą, na piśmie: „Prawdziwa prawda jest taka, że umierasz. Stoisz jedną nogą w grobie. Już teraz jesteś wobec świata bezradna, jutro ta bezradność się pogłębi i będzie pogłębiać dzień po dniu, aż przyjdzie taki dzień, że w ogóle już sobie nie poradzisz. Prawdziwa prawda brzmi tak, że nie masz pozycji negocjacyjnej. Nie możesz odmówić. Nie możesz zaprotestować przeciwko tykaniu zegara, przeciwko śmierci. Gdy śmierć cię wezwie, spuścisz głowę i pójdziesz za nią. Dlatego teraz się zgódź. Naucz się mówić: tak. Kiedy mówię: zostaw ten dom, który sobie stworzyłaś w Hiszpanii, zostaw wszystko, co znajome, jedź ze mną i zamieszkaj w zakładzie, owszem, w zakładzie, w którym pielęgniarka z Gwadelupy będzie ci przynosić co rano sok pomarańczowy i kilka pogodnych słów na dzień dobry (»Quel beau jour, madame Costello!«), nie krzyw się, nie zapieraj. Powiedz: »Tak«. Powiedz: »Zgadzam się«. Powiedz: »Jestem w waszych rękach«. Wykorzystaj to najlepiej, jak się da”.

Moja kochana Normo, przyjdzie taki dzień, kiedy Ty i ja też będziemy musieli usłyszeć prawdę, prawdziwą prawdę. Czy moglibyśmy zatem zawrzeć taką umowę? Obiecajmy sobie, że nie będziemy się nawzajem okłamywać i bez względu na to, jak trudno będzie nam wymówić te słowa, powiemy je na głos. „Już nie będzie lepiej, będzie tylko gorzej, gorzej i gorzej, aż już gorzej się nie da, bo zostanie tylko najgorsze”.

Twój oddany mąż

John

Tłumaczyła Aga Zano


Tekst pochodzi ze zbioru Nadzieja, który zostanie opublikowany w styczniu nakładem Wydawnictwa Znak

Artykuł pojawił się w numerze: Stwórz szałas na hałas