– Twierdzi pan, że Marcin Breś skrzywdził w jakiś sposób pana syna?
– Nie, to nie do końca tak… – Mężczyzna, który przedstawił się jako Łukasz Dębski, zaczął się plątać.
Aspirant Jakub Wójcik widywał to już wcześniej: ludzie wchodzili na komendę butnym krokiem, sądząc, że doskonale wiedzą, co chcą powiedzieć, a potem, w miarę jak wypełniały się kolejne rubryczki w oficjalnym zawiadomieniu, pewność siebie stopniowo z nich ulatywała, aż zostawało tylko zdenerwowanie.
– Nie wydaje mi się… To porządny facet i nie sądzę, żeby mógł naprawdę komuś zaszkodzić. To pewnie jakieś nieporozumienie. Ale on przychodzi pod nasz dom…
– Marcin Breś?
– Tak, Marcin Breś.
– Groził komuś?
– Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu stoi i patrzy w okna. Moją żonę to denerwuje.
– Pana nie?
– Nie aż tak bardzo. Ten dom należał kiedyś do rodziców Bresia, on i jego rodzeństwo mieszkali tam jako dzieci. Dla mnie to dosyć naturalne, że człowiek chciałby sobie czasem popatrzeć na miejsce, w którym się wychował. Ale rozumiem też moją żonę, bo Breś, powiedzmy szczerze, trochę przesadza. Odkąd jakiś rok temu sprowadził się z powrotem do Radziechów, przychodzi raz albo kilka razy w tygodniu. Ostatnio nawet częściej. Może w takim razie mógłby pan z nim porozmawiać? Wie pan, tak bez oficjalnego zawiadomienia i żadnych papierków.
– Oczekuje pan, że pojadę do niego i powiem mu, żeby przestał wystawać pod waszym domem?
Dębski poruszył się niespokojnie. Biedny facet, pomyślał aspirant. Jeden z tych, którzy najchętniej każdego by zadowolili.
– Nie chciałbym mu robić problemów. Ten człowiek i tak już nie miał łatwego życia. Pan zresztą pewnie o tym wie.
– O czym wiem?
Przez twarz Dębskiego przemknęło zdziwienie.
– Musiał pan przecież słyszeć o zaginięciu jego rodziców w 1995 roku. Któregoś dnia w październiku zabrali trójkę dzieci do lasu, kazali im się tam bawić w chowanego, a sami zniknęli. Nikt już ich nigdy więcej nie widział.
***
– Nie do lasu – poprawiła podkomisarz Urszula Gwóźdź, gdy godzinę później zagadnął ją o rodzinę Bresiów – tylko do bunkra Waligóra w Węgierskiej Górce. Naprawdę nie słyszałeś o tej historii?
– Coś mi się obiło o uszy – przyznał. – Ale przecież wiesz, że…
– Nie jesteś stąd, jasne.
Jakub uśmiechnął się lekko. Urodził się w stolicy i jego rodzice, warszawiacy od pokoleń, do dziś nie mogli się pogodzić z tym, że ich jedyny syn wybrał karierę małomiasteczkowego policjanta, w dodatku gdzieś na południu kraju. „Nie jestem stąd” często przewijało się w jego rozmowach z szefową, która większość życia spędziła w Kotlinie Żywieckiej. Ta obcość czasem bywała zaletą, a czasem wadą.
– Powiesz coś o tamtej sprawie?
Gdy się poznali, podkomisarz zaproponowała, żeby mówili sobie po imieniu, i Jakubowi zajęło trochę czasu, nim zdołał się przełamać. Nie dlatego, że była od niego dwadzieścia kilka lat starsza – jego pokolenie, wychowane w internecie, nie miało z tym większego problemu – ale dlatego, że grubokoścista, wysoka kobieta przypominała mu trochę nielubianą nauczycielkę z podstawówki.
– Możesz poprosić o dostęp do starych akt i poczytać – burknę?a, sypi?c do kubka nescaf?.?? S? w?archiwum w?prokuraturze.
Aspirant czeka? cierpliwie, licz?c, ?e szefowa pr?dzej czy p??niej zacznie m?wi?. By?o p??ne popo?udnie, na dobr? spraw? powinien zbiera? si? do domu, lecz nikt tam na niego przecie? nie czeka?. Nie m?wi?c ju? o?tym, ?e nie chcia?o mu si? wychodzi? na t? paskudn? wczesnowiosenn? pogod?. Urszula Gw??d? te? by?a samotna?? jej m?? zmar? pi?? lat temu na raka?? i?w?takie spokojniejsze dni, gdy nie mieli akurat nic bardzo pilnego, zdarza?o jej si? opowiada? Jakubowi r??ne historie. Ze wszystkich os?b pracuj?cych na ?ywieckiej komendzie to jego lubi?a najbardziej. Koledzy nawet si? z?tego troch? pod?miewali. Na pocz?tku mu to przeszkadza?o, potem przesta? si? przejmowa?. On te? z?czasem nabra? do szefowej sympatii.
Gdy woda w?czajniku si? zagotowa?a, podkomisarz zala?a kaw?, dosypa?a do niej ?mietanki w?proszku i?usiad?a naprzeciwko Jakuba. Krzes?o zatrzeszcza?o przy tym niepokoj?co?? z?ka?dym rokiem nabiera?a coraz wi?cej cia?a, zw?aszcza w?biodrach i?udach.
ła, sypiąc do kubka nescafé. – Są w archiwum w prokuraturze.
Aspirant czekał cierpliwie, licząc, że szefowa prędzej czy później zacznie mówić. Było późne popołudnie, na dobrą sprawę powinien zbierać się do domu, lecz nikt tam na niego przecież nie czekał. Nie mówiąc już o tym, że nie chciało mu się wychodzić na tę paskudną wczesnowiosenną pogodę. Urszula Gwóźdź też była samotna – jej mąż zmarł pięć lat temu na raka – i w takie spokojniejsze dni, gdy nie mieli akurat nic bardzo pilnego, zdarzało jej się opowiadać Jakubowi różne historie. Ze wszystkich osób pracujących na żywieckiej komendzie to jego lubiła najbardziej. Koledzy nawet się z tego trochę podśmiewali. Na początku mu to przeszkadzało, potem przestał się przejmować. On też z czasem nabrał do szefowej sympatii.
Gdy woda w czajniku się zagotowała, podkomisarz zalała kawę, dosypała do niej śmietanki w proszku i usiadła naprzeciwko Jakuba. Krzesło zatrzeszczało przy tym niepokojąco – z każdym rokiem nabierała coraz więcej ciała, zwłaszcza w biodrach i udach.
– No dobra, to posłuchaj. Jest sobie rodzina składająca się z pięciu osób: mama, tata i trójka dzieci, najstarsze ma dziewięć lat, średnie siedem, a najmłodsze dopiero dwa. Widzisz to?
– Jasne – zgodził się grzecznie.
– Mieszkają w Radziechowach i nie ma w nich nic niezwykłego, może poza tym, że wszyscy wydają się ponadprzeciętnie sprawni fizycznie. Wiesz, ten typ ludzi, którzy uwielbiają górskie wycieczki czy wyprawy rowerowe i nigdy nie usiedzą spokojnie na tyłku. On miał dwa sklepy spożywcze na początku lat dziewięćdziesiątych. Zanim w Polsce na wsiach pojawiły się te wszystkie Biedronki i Dino, dawało się na tym zbić niezłą kasę. Ona była nauczycielką wuefu, ale po urodzeniu pierwszego dziecka zrezygnowała z pracy. Żadnych wrogów, żadnych brudnych sekretów z przeszłości, z tego, co wiemy.
– Powiedziałaś, że był bogaty – zwrócił jej uwagę. Po szybie jak połyskliwa szara kurtyna spływały kolejne fale deszczu, a kaloryfer grzał, ustawiony na maksimum, wysuszając powietrze. Jakub z trudem mógł uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu całkiem serio rozważał odwieszenie zimowej kurtki do szafy.
– Bogaty jak na miejscowe warunki, owszem, choć do milionera to mu było daleko. I zarabiając te pieniądze, nikomu na odcisk nie nadepnął. Po prostu miał trochę szczęścia, bo udało mu się wstrzelić we właściwy moment. Kogoś mogło to kłuć w oczy, jasne, jednak czy aż tak bardzo, żeby skrzywdzić Bresiów? Szczerze wątpię, chociaż oczywiście nie można tego wykluczyć. Zresztą mniejsza z tym, słuchaj dalej. Pewnego dnia w październiku, w sobotę, ta całkiem zwyczajna rodzina wybiera się obejrzeć ciężki schron bojowy w Węgierskiej Górce. Pogoda taka sobie, trochę kropi i jest zimno, jak to jesienią. Większość ludzi wolałaby zostać w domu przed telewizorem, no, ale Bresiowie to fanatycy spędzania czasu na świeżym powietrzu, więc powiedzmy, że akurat tamtego dnia zachciało im się wybrać na wycieczkę. W to jeszcze mogę uwierzyć. Dalej jednak zaczyna być coraz bardziej dziwnie. Jadą całą piątką do bunkra Waligóra, wysiadają, po czym rodzice mówią dzieciakom, żeby pobawiły się w lesie, a oni przygotują niespodziankę. Opatuleni w kurtki przeciwdeszczowe mali Bresiowie gonią się między drzewami. Nie wiadomo, jak długo to trwa – zakładam, że nie dłużej niż pół godziny, bo dzieci szybko się nudzą, zwłaszcza dwulatki. Zaczynają szukać rodziców, a tych nigdzie nie ma. Samochód stoi, jak stał, ale mama i tata zniknęli. Mały zaczyna płakać, starsi czują się coraz bardziej nieswojo. W końcu dziewięciolatek wpada na myśl, że trzeba poszukać pomocy. Na szczęście byli tam już wcześniej z rodzicami i pamiętał drogę z powrotem. No więc ruszyli do centrum wsi całą trójką, trzymając się za ręce. Zatrzymali się przy pierwszym z brzegu sklepie, który akurat okazał się otwarty, weszli do środka i opowiedzieli, co się stało, a sprzedawczyni wezwała policję. Wszyscy wtedy sądzili, że to jakaś pomyłka, że to nie rodzice zgubili się dzieciom, tylko odwrotnie: dzieciaki gdzieś odeszły i rodzice ich teraz szukają. Funkcjonariusz, który tamtego dnia pełnił służbę, pojechał do bunkra pewny, że znajdzie tam Bresiów, ale zastał tylko pusty samochód. Przez jakiś czas rozglądał się po okolicy, potem doszedł do wniosku, że może dzieci przyjechały tu z kimś innym, kto z jakiegoś powodu je porzucił, i postanowił sprawdzić w domu. Dwójka starszych dzieciaków na szczęście nie miała problemu z podaniem adresu. Dom okazał się otwarty, w środku nikogo nie było, torebka matki leżała na stoliczku w przedpokoju, a w niej cała zawartość: portmonetka z pieniędzmi, dowód osobisty, paczka chusteczek higienicznych, szminka, puder i jeszcze parę drobiazgów. Dokumenty i portfel ojca znalazły się parę dni później w szufladzie w sypialni, gdy policja porządnie przeszukała dom. Przy łóżku na nocnym stoliku leżało opakowanie leków. Monika Breś miała jakąś niegroźną infekcję i parę dni wcześniej lekarz przepisał jej antybiotyk, który miała brać dwa razy dziennie. Brakowało ośmiu tabletek, co znaczy, że wzięła wszystkie aż do piątkowego wieczora, lecz sobotniej porannej już nie. Dlaczego o niej zapomniała, nie wiadomo. Było zresztą więcej oznak świadczących o tym, że w pewnym momencie wydarzyło się coś, co zaburzyło rutynę tego domu. Mirosław Breś biegał codziennie rano, ale jego strój sportowy wciąż wisiał w łazience razem z resztą suchego już prania, a na butach nie było śladów błota, które musiałoby zostać na podeszwach, gdyby wyszedł w taką pogodę. Dzieciaki powiedziały też, że w sobotę na śniadanie zawsze jedli naleśniki – to był taki rodzinny zwyczaj – jednak tamtego dnia dostały tylko po kromce chleba z kremem czekoladowym.
– Taką kromkę robi się szybciej niż naleśniki.
– Tak to wygląda, prawda? Jakby w sobotę rano zdarzyło się coś, co sprawiło, że Bresiowie nagle zaczęli się bardzo śpieszyć. Ona zapomina wziąć antybiotyk, on odpuszcza sobie poranny jogging, dzieci zamiast naleśników dostają chleb z kremem czekoladowym. Potem wszyscy wychodzą, nie zamykają za sobą drzwi, pakują się do samochodu i jadą do bunkra Waligóra. O tej porze roku i przy takiej pogodzie nie ma tam żadnych ludzi, więc jeśli Bresiowie zamierzali się zajmować czymś nielegalnym, to mogli liczyć, że nie będzie żadnych świadków.
– Z wyjątkiem trójki dzieci.
Ta rozmowa wciągała Jakuba coraz bardziej. Nie marzył nigdy o rozwiązywaniu skomplikowanych zagadek ani nawet o bieganiu z bronią, ale lubił ludzi. A ściślej: lubił rozgryzać ich jak miękkie łupinki orzechów ziemnych, dowiadywać się, jacy są w środku i dlaczego robią to, co robią. Dlatego poszedł na psychologię. Studia mu się podobały, perspektywy na to, co mógłby po nich robić, już nieszczególnie. Nie kusiła go praca w poradni ani jako terapeuta. Wtedy jego ówczesna dziewczyna trochę żartem zaproponowała, żeby spróbował w policji, a on też trochę żartem, przy czym bardziej na złość rodzicom, z którymi w tamtych czasach wyjątkowo źle się dogadywał, złożył podanie i ku swojemu zaskoczeniu został skierowany na szkolenie do Szczytna. Teraz nie po raz pierwszy pomyślał, że ta przypadkowa decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. W jakiej innej pracy miałby szansę wysłuchiwać takich historii, wiedząc przy tym, że nie są czymś odległym, fabułą książki czy filmu, tylko w jakimś sensie częścią jego życia?
– Z wyjątkiem dzieci – odparła podkomisarz, ściągając z powrotem uwagę Jakuba na swoją skrytą w półmroku twarz.
Aspirant pomyślał, że dobrze byłoby zapalić światło, ale nie chciał psuć nastroju. Z bębniącym za oknem deszczem czuł się jak na koloniach, gdy siedząc pod kocem, opowiadali sobie wyczytane w internecie creepypasty o Slendermanie. Nie przeszkadzały mu nawet dobiegające z korytarza zwyczajne odgłosy życia komendy, trzaskające drzwi i dźwięk toczonej za ścianą rozmowy.
– Którym kazali się zająć zabawą w lesie – dodała.
– Jakieś pomysły, co mogło być tą niespodzianką, którą Bresiowie podobno przygotowywali?
Cień siedzącej na krześle kobiety poruszył się. Podkomisarz odstawiła kubek, przez pokój przepłynął zapach kawy, rozsnuty w powietrzu jak cienka jedwabna nić.
– Prawdopodobnie nic. Pewnie chodziło tylko o to, żeby przez jakiś czas dzieciaki nie pętały im się pod nogami.
– Żeby Bresiowie mogli spokojnie uciec?
– Możliwe, chociaż nie ma to dla mnie za wiele sensu. Jeśli wplątali się w coś nielegalnego i musieli pilnie zwinąć żagle, dlaczego nie zostawili dzieci w domu, gdzie byłyby znacznie bezpieczniejsze? Czemu porzucili samochód i poszli pieszo?
– Ktoś po nich przyjechał?
– Nie pod bunkier, tam się nie da dojechać. Bresiowie musieli zaparkować niżej, pod prowadzącym do Waligóry wąwozem. I były tam ślady opon tylko jednego samochodu, więc jeśli ktoś na nich czekał, to na szosie, kilkaset metrów dalej.
– Kilkaset metrów to żadna odległość dla wysportowanych dorosłych.
– Wiem, ale mimo wszystko po co zadawać sobie taki trud? Czemu nie umówić się gdzieś bliżej domu? Jeśli chodziło o to, żeby nikt ich nie widział, wymyśliłabym parę innych miejsc, do których od Bresiów krócej by się jechało, a które też pewnie wtedy były puste.
– A jeśli chodziło właśnie o dzieci? No wiesz, żeby się ich pozbyć?
– Gdyby Bresiowie z jakiegoś powodu zamierzali zrobić coś takiego, znaleźliby lepszy sposób. W ostateczności mogliby wywieźć całą trójkę w góry i zostawić tam na noc. Porzucanie dzieciaków tak blisko wsi nie miało wiele sensu. Jasne, gdyby najstarszy nie wpadł szybko na to, żeby szukać pomocy, mogłyby przemoknąć i zachorować. W przypadku dwulatka może by się to skończyło czymś poważniejszym, lecz przecież nie umarłby z wychłodzenia, zwłaszcza że starsze dzieci pamiętały drogę powrotną. Poza tym znam przypadki, kiedy to matki pozbywały się potomstwa, i takie, kiedy robili to ojcowie, ale nie słyszałam o przypadku, w którym oboje by się zmówili. To nie jest bajka o Jasiu i Małgosi wyprowadzanych w las przez złą macochę. – Głos podkomisarz był teraz senny i odległy. Ona też dała się wciągnąć w tę opowieść sprzed lat.
Jakub mógłby się założyć, że myślami przebywa teraz tam, przy bunkrze, gdy tak samo padał deszcz, a Urszula Gwóźdź była trzydzieści lat młodsza i – tu już aspirant zgadywał – jakieś dwadzieścia kilo chudsza.
– To jakie mieliście wtedy hipotezy?
– Śledztwo z tego, co pamiętam, szło w dwóch kierunkach. Pierwsze i najbardziej prawdopodobne założenie było takie, że Bresiowie zniknęli z własnej woli. Po wsi chodziły plotki, że mogli być szpiegami albo handlowali narkotykami, niczego jednak nie znaleźliśmy, ani w ich życiu prywatnym, ani w interesach. Jeśli ta rodzina miała jakieś mroczne tajemnice, to dobrze je ukrywała. Druga możliwość wyglądała tak, że przydarzył im się jakiś wypadek albo popełnili samobójstwo. Przeczesaliśmy teren w poszukiwaniu zwłok i też nic. Sprowadzone z Katowic psy nie podjęły tropu, prawdopodobnie dlatego, że trochę z tym zwlekaliśmy, a wcześniej mocno padało. Istnieje też oczywiście szansa, że ktoś ich zamordował albo porwał; tu pojawiają się inne problemy, bo sterroryzowanie dwóch dorosłych, bardzo sprawnych fizycznie osób, a potem wywiezienie ich gdzieś, żywych lub martwych, musiałoby być skomplikowaną operacją. I czy naprawdę żadne z dzieci niczego by nie zauważyło?
– A na ile tym dzieciom wierzyliście?
– To osobna kwestia. Przyjęliśmy, że mówiły prawdę, kiedy opowiadały, jak pojechali całą rodziną do bunkra i nikogo tam nie zastali. Nie miały powodu, żeby kłamać ani nawet coś zapomnieć czy przekręcić: przesłuchaliśmy je przecież jeszcze tego samego dnia, kiedy tylko z Katowic przyjechała ich babcia. Ale te wszystkie drobiazgi, na podstawie których zaczęliśmy sobie wyobrażać, że w sobotę rano wydarzyło się coś, co zaburzyło rutynę tej rodziny, budzą już wątpliwości. Na przykład naleśniki. Może matka od czasu do czasu robiła je na śniadanie, jeśli miała akurat więcej czasu, a dla dzieci była to już „tradycja”. Inne rzeczy też da się wytłumaczyć. Monika Breś nie wzięła antybiotyku, bo uznała, że już jest zdrowa i go nie potrzebuje. Niektórzy tak robią. Mirosław Breś nie poszedł pobiegać, bo rano mocno padało i dopiero potem rozpogodziło się na tyle, że całą piątką zdecydowali się wyjść z domu. Drzwi zwyczajnie zapomnieli zamknąć, a pieniędzy i dokumentów nie wzięli, bo nigdy ich nie brali na takie wycieczki. Kto to może wiedzieć? Pytaliśmy dzieci, czy wiedzą coś o dokumentach i pieniądzach, jednak nie wiedziały. Nic dziwnego: kto w wieku dziewięciu lat zwraca uwagę na to, w jakich sytuacjach rodzice noszą ze sobą portfele i dowody osobiste, a w jakich nie?
– A dorośli co mówią? No wiesz, rodzina, przyjaciele.
– Monika Breś miała tylko starszą przyrodnią siostrę, z którą nie utrzymywała kontaktów, a Mirosław matkę.
– Tę samą, która przyjechała zaopiekować się dziećmi?
– Tak, tę samą. Potem zresztą wzięła je na wychowanie. Podobno miała dobre relacje zarówno z synem, jak i z synową, przynajmniej tak twierdziła, mieszkała jednak w Katowicach, więc niewiele mogła nam powiedzieć o tym, czy Bresiowie w soboty na śniadanie jadali naleśniki i czy wychodząc, zamykali za sobą drzwi. Przyjaciół kiedyś mieli sporo, zwłaszcza ona, ale większość znajomości urwała się jeszcze przed narodzinami najmłodszego dziecka. Ostatecznie została im tylko jedna bliższa koleżanka, nazwiska teraz nie pamiętam, na imię miała chyba Ewelina. Pracowała w tej samej szkole, w której wcześniej uczyła Monika. Moim zdaniem Bresiowie trochę za bardzo wyrośli jak na lokalne warunki i nie bardzo im już wypadało się zadawać z sąsiadami. Na początku lat dziewięćdziesiątych zdarzało się jeszcze, że na wsiach ludzie jeździli furą zaprzężoną w konia, a oni sprowadzili sobie z Niemiec nowe audi.
– Mimo to twierdzisz, że nikt ich nie zabił z zazdrości.
– Ja nic nie twierdzę i niczego nie wykluczam. Może i zabito ich z zazdrości. Albo naprawdę byli szpiegami, tak jak ludzie gadali.
Jakub się uśmiechnął. Bębnienie deszczu cichło, przez gęste zwały chmur przedarł się promień zachodzącego słońca, nie szary i jesienny, tylko złocisty i pełen życia. Prześlizgnął się po biurku i rozjaśnił pokój, wydobywając z półmroku pociętą zmarszczkami, zmęczoną twarz podkomisarz, na której również malował się lekki uśmiech. Aspirant wiedział, że najwyższa pora pożegnać się i wyjść, wiedział też, że kiedy znajdzie się na zewnątrz, powietrze wokół będzie pachniało mokrą ziemią i wiosną, a on i jego szefowa być może już nigdy nie wrócą do tej rozmowy. Urszula Gwóźdź na co dzień była raczej małomówna.
– Znałam ją – powiedziała niespodziewanie, gdy sięgał już po swoje rzeczy. – Jego zresztą też, chociaż bardzo przelotnie. Monika Breś w liceum chodziła z moim starszym bratem.
– Jaka ona była?
– Towarzyska, to pamiętam. Zawsze kręcili się koło niej ludzie, nie tylko chłopcy, dziewczyny też. Bardzo ładna i wysportowana. Powtarzałam jej, że mogłaby być aktorką albo modelką, bo takie kobiety widywałam tylko na ekranie, a ona się z tego śmiała.
– Podziwiałaś ją.
– Chyba tak. Gdybym była starsza, pewnie próbowałabym się ubierać i malować tak jak ona, ale kiedy ją poznałam, miałam jakieś dziesięć, jedenaście lat, powtarzałam więc jedynie świńskie dowcipy, które lubiła opowiadać. Ojciec raz mnie na tym przyłapał i tak mi przetrzepał skórę, że następnym razem brzydkiego słowa użyłam dopiero w liceum. Po rozstaniu z moim bratem Monika spiknęła się z Mirkiem. Więcej już wtedy rozumiałam i pamiętam, że trochę mnie to dziwiło. On sprawiał wrażenie spokojniejszego, bardziej zamkniętego w sobie. Oboje lubili aktywność fizyczną, to fakt, ale dla niej te wszystkie wycieczki, spływy kajakowe i inne takie były przede wszystkim okazją do spędzania czasu z ludźmi. Tak mi się przynajmniej wydawało. On, odwrotnie, uwielbiał włóczyć się samotnie po górach z plecakiem. Jednak wyglądało na to, że dobrze się uzupełniali. Kiedy urodziło im się pierwsze dziecko, spotkałam ich parę razy przypadkiem. Sprawiali wrażenie szczęśliwych.
– Dlatego tak dobrze pamiętasz historię ich zniknięcia?
Podkomisarz wzruszyła ramionami.
– Po prostu chciałabym zrozumieć.
Ja też chciałbym zrozumieć, pomyślał Jakub dziesięć minut później, gdy wkładał kurtkę. Dlaczego Bresiowie wybrali się tamtego dnia do bunkra Waligóra – czy to rzeczywiście miała być niewinna rodzinna wycieczka, czy może mieli jakiś inny, mroczny powód? A jeśli to drugie, czemu zabrali ze sobą dzieci? I co się stało z Moniką oraz Mirosławem? Odeszli dobrowolnie czy ktoś ich do tego zmusił? I gdzie teraz byli – oni albo, co wydawało się z jakiegoś powodu bardziej prawdopodobne, ich ciała?
I wreszcie pytanie, którego podkomisarz dziś nie zadała, lecz które też w tym wszystkim było ważne: dlaczego Marcin Breś wrócił do Radziechów i czemu wystawał teraz pod domem, w którym dawno temu mieszkał z rodzicami? Na co liczył?
Jakub otworzył drzwi i w twarz uderzyło go wilgotne po deszczu powietrze. Miał rację: pachniało już nadchodzącą wiosną.
Autorka prezentuje fragment powieści, nad którą pracuje dla Wydawnictwa Marginesy