Subskrybuj
Jaroslav Rudiš (fot. Rafał Komorowski, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)
Jaroslav Rudiš (fot. Rafał Komorowski, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i w Mint Magazine

Tam gdzie leży środek Europy

Gdzie właściwie leży środek ciężkości Europy, do którego winny zmierzać wszystkie mitteleuropejskie wątki? To powracające pytanie w twórczości Jaroslava Rudiša, pisarza mierzącego się z historią.

Nigdy nie zapomnę tej ekscytacji. Idziemy z tatą, w ręce paszporty. Strażnicy przeglądają dokumenty, i już. Jesteśmy za granicą, ja po raz pierwszy w życiu.

Przeszliśmy może ze 100 m, weszliśmy do kawiarni, bo zaczęło padać, i kupiliśmy sobie herbatę. W kącie grała szafa, potem jeszcze tylko kilkukrotnie widziałem ten przedziwny przedmiot, najczęściej w filmach. W sklepie kupujemy czekoladę i już wracamy. Moja pierwsza zagraniczna wyprawa to spacer przez Most Przyjaźni w Cieszynie. W domu to samo: nie mieliśmy satelity, ale Česká televize wespół z TV Novą łapały na naziemnej i otwierały granice jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej. Pokręciłeś gałką radia i leciała Vondráčková, teraz Farna, albo jakiś inny czeski pop. Przecież nawet dziadek przed wojną miał dziewczynę z Zaolzia.

To nie jest opowieść jak ze Szczygła, nie zaczęło się od Pociągów pod specjalnym nadzorem czy nawet Krecika. Po prostu jestem śląskim dzieckiem, a jako Ślązakowi Mitteleuropa tętni mi w żyłach i od dziecka byłem przekonany, że Czesi to tacy my, tylko trochę inaczej mówią. Do tego stopnia „trochę”, że w Pradze mówiłem po polsku, myśląc, że się dogadam albo że moi rozmówcy kochają mnie tak jak ja ich (nieprawda). Czechy były zawsze na wyciągnięcie ręki.

Czeski pisarz?

Milan Kundera w klasycznym już eseju Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej (opublikowanym w kwietniu 1984 r. na łamach „The New York Review of Books”) pyta: „Czy można mówić o Europie Środkowej jako faktycznej kulturowej całości mającej własną historię? A jeśli taka całość istnieje, to czy można ją określić geograficznie? Jakie są jej granice?”, i błyskawicznie udziela odpowiedzi: „Na próżno byłoby precyzyjnie je wyznaczać. Bo też Europa Środkowa nie jest państwem, lecz kulturą lub losem. Jej granice są domeną wyobraźni i powinny być rysowane wciąż od nowa w zależności od każdej kolejnej sytuacji historycznej” (tłum. M. Bieńczyk).

Z podobnego punktu widzenia wychodzi Jaroslav Rudiš, pisarz urodzony w 1972 r. w Turnovie w kraju libereckim. Autor 10 powieści i nowel, kilku dramatów i słuchowisk, a także komiksowej serii Alois Nebel niedawno wraz z austriackim rysownikiem Nicolasem Mahlerem stworzył powieść graficzną Przez noc, w Polsce wydaną przez Książkowe Klimaty. Ta flanerska opowieść o dwóch przyjaciołach od kufla, którzy pielgrzymują przez nocną Pragę od knajpy do knajpy, „zamykając” kolejne bary ostatnimi kolejkami (i rozliczając się z historiami – tymi osobistymi i tymi globalnymi), jest świetną okazją, by tych, którzy jeszcze nie znają twórczości Rudiša, do niej zaprosić.

Najnowsza książka jak w soczewce skupia niemal wszystkie istotne dla niego wątki. Bo co tu dużo kryć, Czech jest autorem dużego formatu – i ciągle rośnie.

Warto chyba zacząć od pytania, w jakim stopniu uprawnione jest sprowadzenie Rudiša do bycia „czeskim” pisarzem i jakie założenie kryje się za takim zaszufladkowaniem. To prawda, że większa część twórczości libereckiego autora została napisana w języku czeskim, jednak wcale nie cała. Rudiš swobodnie posługuje się niemczyzną, jego najdłuższa powieść i swoiste opus magnum, czyli Ostatnia podróż Winterberga, została na czeski przetłumaczona z niemieckiego. Podobnie rzecz się ma z Przez noc czy nieprzełożonym jeszcze na polski – ani na czeski (!) – zbiorem opowiadań Der Besuch von Herrn Horváth. Ta charakterystyczna dwujęzyczność znajduje swoje uzasadnienie biograficzne. Rudiš to germanista, studiował m.in. w Zurychu i Berlinie (gdzie dzieje się akcja jego debiutanckiej powieści Niebo pod Berlinem), mieszkał też w Lipsku. Ale powodów jest więcej.

Bohaterowie Rudiša również mierzą się z wielojęzycznością. Fleischmann, narrator Grandhotelu, drugiej powieści pisarza, cierpi na szczególną przypadłość lingwistyczną. Ten zahukany, wiecznie czymś skrępowany, osobliwy pasjonat zmian atmosferycznych i obserwator chmur prowadzi skomplikowane zestawienia semantyczno-translatorskie: odmienia przez liczne języki nazwy miejsc, poszukuje wspólnych źródłosłowów, by wskazać na zbieżny punkt niemczyzny, czeszczyzny, ale i czasów – przeszłości i teraźniejszości. Z tych „badań” niewiele wynika, oprócz utwierdzenia w przekonaniu, że miejsce, w którym żyje, ma jakiś pierwotny, przedjęzykowy korzeń: „A więc tu mieszkam i pracuję. W Grandhotelu na górze Ještěd. Przedtem szczyt nazywał się Jeschken. A wcześniej Jeschkenberg. A wcześniej Jeschenberge. A wcześniej Jesstied. A wcześniej Jesstiedr. Nazwa szczytu ma ponoć coś wspólnego z jakimś jeżem albo jakąś jaskinią. Jeże tu są. Jaskinie też. Albo coś w stylu jaskiń. Dziury w ziemi” (tłum. K. Dudzic-Grabińska). Czeskość czy słowiańskość zostaje w powieści potraktowana jako konstrukt, bo, podobnie zresztą jak Kundera we wspomnianym eseju, Rudiš otwarcie zauważa, że utożsamienie Europy Środkowej ze słowiańskością to bzdura. Jégr, szef Fleischmanna z Grandhotelu, rozlicza narratora ze słowiańskości, argumentując, że przecież liberecki klub sportowy to Slovan, lecz ostatecznie miasto, w którym żyje, było historycznie i kulturowo „bardziej niemieckie niż czeskie”. „Wiem, że nasze miasto nazywa się Liberec – odpowie Fleischmann – a wcześniej nazywało się Reichenberg, Reichmberg, Reychinberg. A w międzyczasie Rychberg, Lychberk, Libercum, Liberk i może jeszcze jakoś inaczej, ale tego już nikt nie pamięta, nawet Franz, który poza tym pamięta prawie wszystko”.

Językowy galimatias ucieleśnia też Wenzel Winterberg, tytułowy bohater Ostatniej podróży…

Nosi imię arcyczeskie, bo od św. Wacława, lecz to Niemiec – choć sudecki. Ma prawie 100 lat i cierpi na „napady historii” – zbyt wiele zdarzeń, ran z przeszłości własnej i całego regionu wprowadza go w stan amoku, a następnie stuporu. „Nie można opowiedzieć tylko jednej historii, jeśli pragnie się zrozumieć Historię, zrozumieć nas” (tłum. M. Gralińska) – wyzna Winterberg Krausowi, narratorowi powieści, a zarazem opiekunowi staruszka w straceńczej podróży do Sarajewa, prowadzonej w celu uzyskania zadośćuczynienia za tajemniczy grzech przeszłości i tragicznie utraconą młodzieńczą miłość.

Kilka lat temu w rozmowie z „Newsweekiem” Rudiš podkreślał, że znajomość języka niemieckiego jest kluczowa do zrozumienia czeskiej historii, biorąc pod uwagę fakt, że Czechy przez cztery wieki były częścią cesarstwa Habsburgów. Zrozumienie historii Polski, zwłaszcza Śląska, czy posługując się terminem Zbigniewa Rokity, „Odrzanii” – i tu niepopularna opinia – również bez niemieckiego się nie wydarzy.

Rozerwani na pół

Ponadnarodowe pomysły Rudiša w naturalny sposób dotykają pytania o samą czeskość, względem której pisarz się nie dystansuje, lecz wchodzi z nią w dyskusję. Zwłaszcza w jego wcześniejszych książkach, jak wspomniany już Grandhotel czy nowela Aleja Narodowa, widać, że nacjonalistyczne mitologie mają krótkie nogi.

Vandam, obdarzony (a może przeklęty!) słowotokiem neonazista, narrator Alei… prowadzi liczne rozważania dotyczące natury czeskości czy stosunku do obcych. Zauważa, że Czesi to naród wiecznych ofiar – wiele wycierpieli zarówno od nazistów, jak i od komunistów – ale też naród pozbawiony wyraźnej tożsamości. „Jesteśmy rozerwani na pół. Jesteśmy Europejczykami. Jesteśmy Antyeuropejczykami. Jesteśmy wkurwieni. Szczerzymy się. Jesteśmy rozgoryczonymi patriotami. Jesteśmy lewakami. Nie chodzimy do kościoła. Ale wierzymy w Świętego Mikołaja. Zawsze jesteśmy gdzieś tylko do połowy” – mówi w jednej ze swych tyrad. Ten brak stara się uzupełnić w tragikomiczny sposób, widząc w sobie dziedzica starożytnego Rzymu. Deklaruje, że „nie jest żadnym naziolem”, tylko „Rzymianinem”. „Dlaczego nie można, kurwa, w Europie robić rzymskich gestów? Europa stoi na rzymskich fundamentach. Jestem Europejczykiem. Wy nie?” (tłum. K. Dudzic-Grabińska) – rozpacza retorycznie.

Tożsamościowe potyczki Vandama to karykaturalne owoce poważniejszego wyzwania Czechów, które Rudiš diagnozuje także w Grandhotelu słowami Fleischmanna: „Wprawdzie jako naród nikogo nie krzywdzimy, ale za bardzo nam nie przeszkadza, że ktoś krzywdzi nas. (…) utknęliśmy w kotlinie, z której wystają nam tylko włosy. I dlatego jako naród jesteśmy tacy zamknięci. Skupieni na sobie. I niespokojni”. Choć bohater powieści stara się wyrwać z Liberca, to jak Kafkowski K. z Zamku nie może przekroczyć abstrakcyjnej granicy oddzielającej miejsce, w którym jest, od upragnionego kierunku podróży. Zostaje uwikłany, coraz mocniej wchodząc w – pojawiające się także u Vandama w Alei Narodowej – bagno.

To samo tyczy się licznych bohaterów Czeskiego raju, zapewne najzabawniejszej powieści Rudiša, powracających nieustannie do tej samej sauny, przeistaczającej się z miejsca odpoczynku w celę i wyrok na życie wieczne. Winterberg z Krausem w Ostatniej podróży… pokonują pociągiem niemal całe dawne imperium Habsburgów tylko po to, by kręcić się w kółko, zaś fabularne rozstrzygnięcie powieści nadchodzi przy powrocie do Berlina, skąd zaczynali podróż, i wyjeździe nad morze. Nie Północne, bo to już Zachód, lecz nad Bałtyk.

Axis mundi

A może to nie Czechy, lecz sama Europa Środkowa ma tę tajemniczą magnetyczność, która nie pozwala opuścić jej granic?

Gdzie właściwie leży środek ciężkości Europy, jej ścisłe centrum, do którego winny zmierzać wszystkie mitteleuropejskie wątki? To powracające pytanie w twórczości Rudiša, który już w Grandhotelu wymierzył go w Libercu, w kanale naprzeciw wejścia do ratusza. Osadzenie Europy Centralnej w co najmniej dwujęzycznym mieście odsłania istotę rozumienia środka przez Rudiša – jako miejsca ulotnego, wędrującego po mapie i konfliktogennego, skoro „w tym samym momencie wymierzono centrum Europy też w innych miejscach (…). I przez to Europa zadrżała w posadach i zaczęła się kłócić. I bić. Ktoś wygrał, a ktoś przegrał”.

Powieść drogi, jaką jest Ostatnia podróż…, stanowi swoisty przewodnik po skomplikowanym losie Europy Środkowej, odsłaniając kolejne bele kobierca, jaki się na nią składa, tego the beautiful landscape of battlefields, cemeteries and ruins, jak powtarza Winterberg. Bo Europa Centralna nie ma jednej osi – to wielobarwna tkanina, labirynt. Główny bohater w trakcie podróży posługuje się ostatnim wydaniem przedwojennego bedekera po Austro-Węgrzech, który traktuje jak aktualny opis świata przedstawionego, tropiąc opisane w nim hotele, zajadając tradycyjne potrawy i pijąc starożytne trunki – pilznery.

W ten sposób, poszukując punktu zaczepienia, groteskowo ujawnia paradoksy rozchodzącej się w szwach historii, sam będąc bohaterem-paradoksem, człowiekiem sprzeczności – ani Niemcem, ani Czechem.

Czytelnik zadaje sobie pytanie: po co dziadkowi ta katorżnicza rajza przez kilka krajów? Odpowiedź jest uderzająca: od historii nie ma ucieczki, wszystko ku niej grawituje. Historia nie zadaje pytań o siły witalne, tylko je zabiera. Eskapistyczna podróż w przeszłość jest peregrynacją duchów, które towarzyszą bohaterom wszędzie tam, gdzie ci pragnęliby się skryć.

Dworcowe duchy

Krajobrazy Rudiša są widmową krainą, którą nawiedzają zarówno melancholijne wspomnienia, jak i potwory. Winterbergowska podróż to szlak mogił, z których wychodzą zmarli, nadal żywi w pamięci bohaterów powieści. Fleischmann z Grandhotelu wspomina babkę, która nie mówiła ani słowa po czesku, a z domu wywieźli ją pociągiem towarowym „do domu”, czyli Rzeszy Niemieckiej. „Ich dom był tu, tak samo jak czeskich i żydowskich rodzin, które z tego samego dworca tym samym pociągiem wywieźli” – dodaje. Los Niemców sudeckich czy Żydów zostaje w twórczości Czecha sklejony, a nieoczywisty wspólny mianownik stanowi kolej – nie tylko środek transportu, lecz właściwie krwiobieg Europy Środkowej. Maszyna służąca ekscytującej podróży, synonim nowoczesności, a także narzędzie zadawania uchodźczego cierpienia. Wagony przekraczają widmowe granice, wioząc zarówno wędrowców po historii, jak i jej ofiary: żołnierzy, uchodźców, wygnańców. „Dlaczego Niemcy połączyli ze sobą dworce i spopielarnie, dlaczego Niemcy zamienili całą Europę w jedną wielką, płonącą spopielarnię…” – głowi się Winterberg, syn dyrektora libereckiego krematorium i amator podróży pociągiem.

Bieg szyn u Rudiša oddaje tragizm i żałobę uchodźstwa, wywózek, bezwzględnej presji historii i pamięci, o których pisał choćby W.G. Sebald w Wyjechali czy Austerlitzu. „Historia mnie wykończy” – czytamy na szczególnie uderzającej ilustracji z Przez noc, która przedstawia oświęcimską bramę z napisem „Arbeit macht frei”. Pamięć Aloisa Nebla, bohatera popularnej komiksowej serii Rudiša, dróżnika na stacji w Bílým Potoku we wschodnich Sudetach, zasnuwa mgła, z której wychodzą widma pasażerów kolejnych pociągów: Czechów, Polaków, Niemców wygnanych z Sudetów i Żydów wywożonych do hitlerowskich obozów.

Ale kolej to także najlepszy możliwy środek podróży po Europie Środkowej. Winterberg zmuszony do przesiadki do autobusu nie wytrzymuje w nim dłużej niż kwadrans.

Stacja Europa Centralna, kolejarski esej Rudiša, to właściwie apologia pociągów, przydworcowych restauracji i tajemnego języka jednoczącego wszystkich miłośników kolei w tym skrawku świata. Takie są fakty – jak najlepiej dojechać do Czeskiego Cieszyna? Dogadać się z polskim konduktorem, żeby puścił przez granicę, bo pociąg do polskiej części miasta zawija po drugiej stronie Olzy. Jednak, co ważniejsze, kolejowa mapa uzmysławia płynność środka Europy. Pisarz w Stacji… wspomina zasłyszaną w pociągu do Pragi rozmowę, kiedy to grupa Anglików poszukiwała serca Europy, tyle że Wschodniej. „We Wrocławiu, Budapeszcie, Pradze, również w Koszycach, a nawet we Lwowie tłumaczono im, że nie ma czegoś takiego jak Europa Wschodnia. Próbowałem im wyjaśnić, że to zachodni Europejczycy zrobili z nas wschodnich Europejczyków, którzy wciąż jeszcze żyją w czasach zimnej wojny. A przecież z Wiednia jest dużo bliżej do Lwowa niż do Paryża. Podobnie jak z Berlina do Warszawy, choć w Berlinie nie wszyscy w to wierzą” (tłum. M. Gralińska). Niemożliwość udowodnienia Anglikom faktu, że Europa Środkowa istnieje, stanowiła ewidentny dowód na to, że Kundera w Zachodzie porwanym po prostu miał rację.

Zostać żubrem

Jak tę historię właściwie opowiedzieć? Czy da się ją zrelacjonować, czy może to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę? Raz jeszcze wspomnę Kunderę, który podsumowując XX-wieczną literaturę środkowoeuropejską, zauważa, że „można [ją] rozumieć jako długą medytację nad możliwym kresem europejskiej ludzkości”. To literatura kresu, zapadnięcia się pod ciężarem historii. Rudiš tę perspektywę uzupełnia, pytając, o jaką historię i jaki kres właściwie chodzi. Jego bohaterowie w Przez noc stwierdzają, że historii „nie można studiować, ją trzeba przeżyć”. Z naciskiem na „przeżyć”, skoro historia zostawia po sobie żałobę i nostalgię, jak w dictum wyrażonym przez jednego z opowiadaczy w Czeskim raju: „Czasem mam wrażenie, że wszystko, co piękne, już było. I co teraz?” (tłum. K. Dudzic-Grabińska).

Dojmujące poczucie kresu, końca historii, w który nie wierzy narrator najnowszego komiksu, pozostawia przy działaniach najmniejszych. Bo historia właściwie się nie kończy: ona jest, nawet jeśli polega na wiecznym powrocie do tej samej stacji. Mitteleuropejska wspólnota losu jest czymś, co można przede wszystkim współdzielić, wymieniając ze sobą te małe gawędy, co stanowi oś przewodnią najnowszej powieści graficznej pisarza. W barowej opowieści zaciera się różnica między historią wielką i tą małą, rodzinną. Wszak warunkiem istnienia tej dużej jest każdy pojedynczy los, który się na nią składa. Dlatego narratorzy Rudiša nie mogą przestać mówić: chodzą, piją piwo, dzielą się historiami. Europę Środkową napędza flanerski duch. To żywot żubra, totemicznego zwierzęcia i dla sauniarzy z Czeskiego raju, i ciem barowych z Przez noc. Najmądrzejszego zwierza, który nie szuka zwady, tylko przemierza puszczę i ma święty spokój. Czasem łączy się w stado i żyje z kolegami. Gadając.

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania