Subskrybuj
Ilustracja: Basia Pospischil
Amerykańska pisarka, autorka bestsellerów „ New York Timesa”. Jej powieść Wielki krąg była nominowana do Nagrody Bookera i Women’s Prize for Fiction

Zostawiłyśmy go krabom

A oto ta część tej historii, której nikomu nie opowiadamy, ani pismakom z gazet, ani naszym nowym mężom, ani naszym matkom czy siostrom.

Tym mówimy tak: „Z tą strzelbą był jak bóg. Trzymał ją zawsze w jednej ręce, a w drugiej dziecko – co mogłyśmy począć? Byłyśmy niewolnicami, więźniarkami. Bałyśmy się o dzieci”. Między sobą nic nie mówimy. Udajemy, że na tej wyspie zostawiłyśmy swoje kości. Wszystkie jesteśmy martwe, a nasze ciała zostały rzucone krabom. W skrytości ducha przyznajemy: na dobrą sprawę byłyśmy ochoczym haremem. Uwiedzenie stanowiło przyjemną odskocznię od zgryzot, od wspomnień o naszych tchórzliwych mężach z krwawiącymi dziąsłami. I przez jakiś czas pożądałyśmy zarządcy. A przynajmniej nie chciałyśmy być gorsze od konkurentek. Albo pożądałyśmy ryb, które łowił i oferował nam w handlu wymiennym, jego skrzelołusków i makreli.

Po raz pierwszy od roku nie byłyśmy głodne ani otępiałe. Ryby leczyły nasze ciała. W koszarach unosił motki naszych słonych włosów i wąchał je, jakby wdychał słodkie perfumy. Prosił nas, byśmy opowiadały mu historie (mówiliśmy już naszym własnym pidżynem), a kiedy opowiadałyśmy te same baśnie, które lubiły nasze dzieci, on bawił się naszymi ciałami i szarpał nas za sutki. „Jestem rybakiem łowiącym kobiety” – mówił każdej z nas, tak jakby przed chwilą wymyślił ten żart.

– Nienawidzę go – powiedziała Madame Sauvage – ale nie mogę rezygnować z tych ryb.

– Kłamiesz – odrzekła Madame Lemieux.

– Jak przestaniesz się z nim spotykać, będę się z tobą dzielić moimi rybami – zaproponowała Madame Fournier.

Madame Sauvage wzruszyła ramionami.

– To go tylko rozzłości.

– Nie pochlebiaj sobie – rzuciła Madame Adenot.

Madame Sauvage ponownie wzruszyła ramionami.

– Żeby przetrwać, wszystkie musimy sobie pochlebiać – powiedziała.

Dzieci stale wieszały mu się na szyi stęsknione za swoimi ojcami. Walczyły o jego uwagę. Dopraszały się opowiastek o miejscach, które odwiedził: Nowym Jorku, San Francisco, Quito, Makau. Obstępowały go, a on ostrzył brzytwę na skórzanym pasku i golił się, korzystając ze stłuczonego lusterka i odrobiny zaoszczędzonego mydła. Opowiadał im, jak pewnego razu zabił niedźwiedzia na Alasce i lwa w Tanganice i że kiedyś sam John Philip Sousa zaprosił go, by grał na klarnecie w jego zespole. Opowiadał, że widział syrenę. Posyłał dzieci na wierzchołek góry, by wypatrywały statków. Kazał im kraść ptasie jaja, ścinać trawę na poszycie dachów i odpędzać od siebie kraby, gdy jadł. Zabierał je na ryby i opowiadał im o rekinach.

Odmawiała mu jedynie żona gubernatora. Kiedyśmy się zbierały wieczorami, by posłuchać patefonu, traktowała go z wyniosłą uprzejmością, pytając o zdrowie i połów na rafach tego dnia, jakby był pośledniejszym urzędnikiem, któremu należało dotrzymać towarzystwa, dopóki do domu nie wróci mąż. Nasze zabiegi o jego uwagę obserwowała obojętnie, patrząc na nasze gierki z góry, ze swojego domu na palach. Niczym zimna infantka przynoszone przez niego ryby kwitowała tylko skinieniem głowy, podobnie reagowała na jego szalone opowieści – nieznacznym opuszczeniem wąskiego podbródka, niczym więcej. Jego pochlebstwa – ale też kąśliwe uwagi, przechwałki, proroctwa – kwitowała tym samym skinieniem głowy i mruganiem wiecznie spuchniętymi od płaczu różowymi powiekami.

Bez niej żyłybyśmy w harmonii i poligamii do końca świata, a raczej dopóty, dopóki czułybyśmy taką potrzebę. Swoją dumą i smutkiem chciała ostudzić jego zapędy, jednak tylko go rozpalała. Widziałyśmy jego poruszenie, kiedy na nią patrzył. Czułyśmy je, kiedy nas dotykał, jakby w naszych niedających mu satysfakcji ciałach próbował wymacać jakąś jej cząstkę.

Któregoś dnia złowił ogromną srebrną rybę o tłustych, pomarszczonych ustach. Spoglądając dumnie spod słomkowego kapelusza, przytaszczył ją na ramionach do domu gubernatora, wgramolił się na werandę i bez pukania wszedł do środka. Po minucie ryba wyleciała przez drzwi i wylądowała na piasku. Nie odważyłyśmy się jej zabrać, a kiedy w końcu zarządca wyłonił się z wnętrza domu, kraby już dawno oskubały ją do ości.

Nie opowiadamy, że od tamtego dnia była cieniem siebie, snującym się za oknami okazałego domu. Na jej werandzie zagnieździły się ptaki. Jej synek wylegiwał się między nimi przygnieciony jej smutkiem. Czesałyśmy jego długie, delikatne włosy. Dawałyśmy mu ubrania po zmarłych dzieciach i spaliłyśmy jego brudne aksamitne spodenki, z których wyrósł.

W zasadzie nie miałyśmy pojęcia o świecie. Znałyśmy tylko niewinne pocałunki w ogrodzie, a potem naszych mężów, a potem atol. Jak miałybyśmy się domyślić, że nienawiść i pożądanie mogą karmić się sobą, pożerać się nawzajem? Przestał nas wzywać do koszar. Przestał łowić ryby. Nie dotykał żadnej poza nią. Wieczorami lubił przesiadywać jak król w trzcinowym fotelu gubernatora, z jedną nogą wyciągniętą. Kiwał ręką, kiedy chciał, żebyśmy włączyły patefon – cesarz dający sygnał do rozpoczęcia koncertu. Chłopiec, który polerował tubę, od dawna już nie żył, a mosiężny kwiat obrosła niczym pleśń zielona patyna. Korba obracała się z trudem, dławiąc się i jęcząc, a płyty były tak porysowane, że podobny do fal szum niemal zagłuszał urywaną melodię, tony, które zdawały się tak odlegle, że mogły być słyszanym z daleka echem paryskiej Opery lub żwawym biciem w bębny w Nowym Jorku.

– Czy ktoś mógłby sprawić, żeby w końcu przestała płakać? – pytał.

– Niejedna z nas próbowała – zapewniałyśmy.

Co było prawdą. Przytulałyśmy żonę gubernatora i całowałyśmy ją, przekupywałyśmy słodkimi wieprzowymi żeberkami. Próbowałyśmy przemówić jej do rozsądku, prośbą i groźbą. „Pomyśl o swoim synu – mówiłyśmy. – Bądź silna dla niego”. Zanurzyłyśmy ją w oceanie, by wypłukał z niej smutek. Ale jak płakała, tak płakała.

– Przestań płakać – powiedział jej.

Usiadła na podłodze z uczepionym jej pleców synkiem i spuściła głowę, wpatrując się w otchłań smutku bezdenną jak dziura w lagunie. Zastygła w bezruchu. Z podbródka spłynęła jej łza.

Wstał i przeszedł przez pokój.

– Przestań. – Dźgał ją kolbą swojej strzelby. – Raz na zawsze przestań płakać.

Żona gubernatora wydała z siebie przeciągły szloch. Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w twarz.

– To przez pana taka jestem.

– Niewdzięcznico. Wciąż masz się za wielką panią, a jesteś zwykłą ladacznicą.

– A pan jest błaznem – odcięła się. – Zgniłkiem.

– Wynoście się stąd – rzucił do nas cicho i grzmotnął strzelbą o podłogę.

Madame Fournier się pochyliła, żeby pomóc wstać żonie gubernatora, ale odepchnął ją na bok.

– Ona zostaje – powiedział.

– W takim razie pozwól mi zabrać chłopca – poprosiła Madame Fournier.

– Zostaw go – odrzekł.

Po jakimś czasie zobaczyłyśmy syna gubernatora bawiącego się samotnie na plaży – zbierał kraby i wrzucał je do morza. Podeszłyśmy do niego, żeby go utulić, ale się zląkł i uciekł jak dzikie zwierzę. Kiedy w końcu jego matka i zarządca wyszli z domu, był wieczór, a morze szkliło się lawendową barwą. Chłopiec podbiegł do mamy i uczepił się jej spódnic. Ta, już nie szlochając, z rozpuszczonymi, potarganymi włosami, nie zwolniła kroku, wyszarpnęła ubranie z jego uścisku i odepchnęła go. Przylepił się do niej z powrotem, wyjąc, i znów się od niego oderwała, odpychając go tak mocno, że upadł. Gdy chłopiec wrócił do matki po raz trzeci, zarządca złapał go za ramię, na co żona gubernatora zawyła, chwyciła syna, podniosła go sobie do twarzy, wyszeptała coś do niego i rzuciła nim. Dziecko siedziało na piasku z rozkraczonymi nogami, odprowadzając matkę tym samym zdradzonym spojrzeniem, jakim wcześniej jego ojciec zmierzył bezkres oceanu. Zarządca spokojnie zaprowadził żonę gubernatora do małej łódki, a ona bez protestów do niej wsiadła. Gdy wiosłował za rafę, spoglądała za siebie na plażę.

Nie mówimy, że pozwoliłyśmy mu ją zabrać ani że czasami myślałyśmy, że dobrze byłoby mieć z głowy ją i jej płacz. Lecz gdy odeszła, wiedziałyśmy, jak musieli czuć się mężczyźni. Ciężar naszych błędów był nie do zniesienia, podobnie jak paraliżujący strach przed popełnieniem kolejnych, jeszcze gorszych. Strach przeniknął nas na wskroś. Strach przed pistoletem, przed brzytwą pieszczącą pasek do ostrzenia, przed diabłem, który mógł wyskoczyć z otchłani morza i wciągnąć nas pod wodę.

Powiedział nam, że długo rozmawiali w jej domu i doszli do czegoś na kształt serdecznego porozumienia. Ustalili, że dla uczczenia zawartej przed chwilą zgody wypłyną razem na ryby i przyniosą wszystkim coś dobrego na kolację. I kiedy dotarli na głębię, żona gubernatora, ku jego dozgonnemu ubolewaniu, wyskoczyła z łódki i bez walki pogrążyła się w głębinach ciągnięta w dół przez swoje ciężkie halki.

– Znalazła już spokój – powiedział zarządca, siedząc na jej werandzie, teraz będącej jego werandą, w jednym z bikornów gubernatora. – W niebie nie będzie miała powodów do płaczu.

Dzieci nie chciały już się do niego zbliżać, ale ze strachu wpychałyśmy mu je na kolana, na których siedziały tak posępne, że przypominały gargulce.

Przed przybyciem na wyspę nie wiedziałyśmy, że można jednocześnie wierzyć w dwie wykluczające się rzeczy. Mimo to nauczyłyśmy się wierzyć, że umrzemy na tej wyspie, lecz zostaniemy uratowane. Wierzyłyśmy, że zarządca jest mordercą i że chce nam pomóc. Wiedziałyśmy, że świat jest kulą, a morze niekończącą się, pozbawioną krawędzi płaszczyzną, planeta jednak stała się płaskim kręgiem wody, z naszym nagim pierścieniem piasku w centrum, podobnym do dziurki pośrodku płyty gramofonowej. Wierzyłyśmy, że nasza wyspa to jedyne miejsce, jakie pozostało na Ziemi, a jednocześnie że wszystko inne – Sajgon, Paryż, Ameryka, kamienne domy, miasta, wanny, teatry, sprzedawcy warzyw, ludzie, których kiedyś znałyśmy – wciąż jest na swoim miejscu.

W szkole obracałyśmy malowany globus z papier mâché, zamykałyśmy oczy i dotykałyśmy go palcem – w tym miejscu miałyśmy kiedyś mieszkać. A gdy palec lądował na najpewniej pustej plamie błękitu, mówiłyśmy: „Nie liczy się! Zakręć jeszcze raz!”. Możliwe, że naszą wysepkę zasłaniałyśmy wtedy czystymi, miękkimi opuszkami naszych dziecięcych palców, nieświadomie wymazując ją z powierzchni ziemi.

Zarządca wzywał nas do swojego okazałego domu na palach, ale nie potrafił już czerpać satysfakcji z naszych ciał. Starałyśmy się, jak mogłyśmy, by go zadowolić. Próbowałyśmy wykrzesać z siebie więcej zapału niż wcześniej, bo najbardziej nas przerażała myśl, że pocieszenia – drobnego ciała i łez – może szukać gdzie indziej.

Wznowił działalność Wielkiej Środkowopacyficznej Kompanii Eksploatacji Guana. Zrazu protestowałyśmy, kiedy jednak z przewieszoną przez plecy strzelbą i jednym z małych chłopców pod pachą pomaszerował w stronę swojej łodzi, pobiegłyśmy za nim i obiecałyśmy kopać. Pracowałyśmy boso, po kolana w śliskim kredowym szlamie. W tej mazi pojawiały się raz po raz truchła zmumifikowanych we własnych odchodach ptaków, które odrzucałyśmy na bok. Pracowałyśmy przy wtórze trących i mlaskających tępych szpadli i naszego śpiewu. Umilałyśmy sobie czas piosenkami z dzieciństwa oraz melodiami słyszanymi tysiąc razy z patefonu: Habanerą, Rossinim, Verdim i Sousą. Guano rozrzucałyśmy na skałach do wyschnięcia, a potem zeskrobywałyśmy je i ładowałyśmy do worków, któreśmy zanosiły do jego składu. Był niezadowolony z naszego urobku i kazał nam chodzić do ptasich kolonii i podbierać oblepione guanem gniazda, wyrzucając z nich jaja i pisklęta. Co robiłyśmy.

Madame Lemieux, a po niej Madame Porcher zaszły w ciążę. Kopały z wściekłą determinacją, nie śpiewając i nie odpoczywając, nawet kiedy je błagałyśmy. „Kopią sobie groby” – szeptałyśmy za ich plecami.

Syn gubernatora zamienił się w rozwydrzone diablę. Rozrywał kraby na mniejsze kawałki, żeby zobaczyć, jak długo pozostają przy życiu. Raz złapał mewę, tak że złamał jej skrzydło. Kiedy wzgardziła podsuwanymi przezeń smakołykami i zaniosła się rozpaczliwym piskiem, zostawił ją na plaży na pastwę krabów.

Zarządca jadł nasze świnie i kokosy. Nie próbowałyśmy go powstrzymać. Świń nie sposób było przed nim uchronić. Starałyśmy się chronić dzieci, ale nawet mała wysepka może być za duża dla piastunek tak żywych i trudnych do upilnowania istot. Zarządca palił naszą naftę. Zaczęłyśmy podejrzewać się nawzajem o kolaborację. Pomogłyśmy Madame Lemieux i Madame Porcher przy porodzie, ale kiedyśmy kąpały ich nowo narodzonych synków, jego potomków, przemknęła nam przez głowę myśl, by utopić ich dla dobra naszych dzieci.

Dziecko noszące w sobie dziecko. Ciałko szczupłe, ale mocne, ani śladu piersi, wątły jasny meszek pod pachami i między nogami, twarz, ramiona i łydki opalone, reszta wciąż biała i miękka, brzuch nieduży, lecz wyraźnie zaokrąglony. Dziewczynka miała ledwie jedenaście lat, nie zdawała sobie sprawy z tego, co zobaczyłyśmy, kiedy się kąpała, kiedy pluskała się w lagunie z innymi dziećmi, zbyt nawykła do ukąszeń pływających wszy, by narzekać. Zrobiła się cicha i skryta, ale chciałyśmy to złożyć na karb jej młodego wieku, potrzeby posiadania własnych tajemnic, nawet tutaj. Nie opowiedziałyśmy jej o naszym odkryciu. Nie chciałyśmy jej przestraszyć. Ale splatałyśmy kurczowo dłonie, a nasze paznokcie wpijały nam się w ciało. Nasz strach załamał się pod ciężarem naszych porażek.

Jak już mówiłyśmy, wszystkiemu położył kres przypadek. Ta, która to zrobiła, nie miała zamiaru zachodzić go od tyłu, kiedy sprawdzał nasze w połowie puste worki. Nie miała zamiaru machnąć łopatą zza siebie ani jej wypuścić z rąk – przy czym słowo „wypuścić” jest jak najbardziej na miejscu, bo narzędzie przecięło powietrze jak zwierzę spuszczone ze smyczy, pociągając ją za sobą – ani też nie zamierzała obrócić jej pod idealnym kątem, sprawiając, że ostra żelazna krawędź zetknie się z jego czaszką tuż nad uchem, w miejscu, w którym kość jest najbardziej łamliwa. Zatoczył się, otwierając ze zdumienia swoje ponętne usta. Patrzył, jak wyrywamy mu z rąk strzelbę, i wydawał się równie jak my zdumiony tym, jak łatwo udało nam się go rozbroić. Obstąpiłyśmy go zwartym kręgiem. Łopata spadła ponownie, a jego krew prysnęła nam na twarze, a potem – kiedy osunął się na ziemię i łopata spadła raz jeszcze – na nasze spódnice i usmarowane guanem łydki.

Byłyśmy zmęczone kopaniem – zostawiłyśmy go krabom. Na jego pogrzeb zleciały się ich tysiące, całe mrowie, znacząc jego grób pomarańczowym kurhanem. Opowiadamy tę historię tak, jakby jakiś cudowny zbieg okoliczności tego samego dnia sprowadził tamten krążownik, jakby ów zamach łopatą był trikiem iluzjonisty uwalniającego się z zamknięcia, zwolnieniem sprężyny, które dało nam wolność. Ale prawda jest taka, że już wcześniej wypatrzyłyśmy szary kształt statku odrywający błękit od błękitu. Dziecko trzymające straż na wierzchołku góry przybiegło powiedzieć nam o tym, kiedyśmy kopały guano.

Madame Fournier miała schowane trochę nafty. Kryty strzechą dach baraku zarządcy posłużył nam za rozpałkę. Pomarańczowe falbanki płomieni rozbiegły się wzdłuż wysłanych suchymi liśćmi krawędzi, sycąc się białym łajnem fregat i wydając skwierczące trzaski. Ściany składu były oprószone białym pyłem z guana, toteż ogień buzował i pląsał jak oszalały, jakby zdumiony własnym szczęściem. Wybiegłyśmy na plażę, pokrzykując jak dzieci, po czym spojrzałyśmy za siebie na balon ognia unoszący się z wybuchającego składu, rozłupanej czarnej skorupy z oślepiającym słońcem pośrodku. Uciekałyśmy jak najdalej od popiołu i dymu i gryzącego amoniakalnego smrodu guana, jak najdalej od czerniejących, zapadających się wręg tego roztrzaskanego statku widma, i biegłyśmy pomachać do tego drugiego statku, statku życia, który nadciągał zza horyzontu.

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia