Subskrybuj
Andrzej Muszyński i jego wózek Lut – nazwany tak na cześć pustyni w Iranie, trudno dziś dostępnej z powodów politycznych fot. Radek Czajkowski
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Tęsknota za prostotą

Odosobnienie hartuje umysł i ciało. Pustynia pozwala zrzucić starą skórę, niemal dosłownie. Dodaje wiary we własne siły. Przynosi ogromną satysfakcję, kiedy po wielu dniach staje się na mecie, po swojej jaśniejszej stronie

To jest trochę jak sen. Otwierasz oczy. Chyba jeszcze jest noc. Albo namiot przykryła warstwa śniegu. Raczej to drugie. Bo kapie na głowę. Tak, wystarczy strzepnąć go z tropiku namiotu, by do wnętrza wpadło nieco światła. Jest bardzo zimno, natychmiast puchówka. Byle wyjść ze śpiwora i rozgrzać ciało, nastawić kuchenkę. Uchylasz wejście. Jesteś na 5 tys. m n.p.m., na wysokogórskiej pustyni Altiplano. W Boliwii, ale to nie ma tu znaczenia. Przed tobą naga czerwona przestrzeń rozciągająca się na setki kilimetrów. Nasłuchujesz, jakby dźwięk odjeżdzającego dżipa, który wczoraj zostawił cię nieopodal, nie ulotnił się we śnie. To nie był mocny sen. Jak to bywa pierwszej nocy w głuszy. Oswajanie sprawy, czujność. Spokój przyjdzie za dwa, trzy dni.

W nocy stało się coś, czego się trochę bałeś. Śniegu miało nie być o tej porze roku. Śnieg to problemy. Wilgoć, chłód, grząski grunt. Lepiej się ciąg­­nie bagaż z zapasami żywności i wody po twardym. Może przeschnie. Żeby przejść pustynię, przez ostatnie dwa lata konstruowałeś specjalny wózek terenowy, z oponami i szprychami gotowymi znieść duże obciążenia. Jest w miarę lekki, waży 30 kg bez bagażu. Masz do tego szytą na miarę uprząż, która usprawnia wędrówkę, pracują wszystkie mięśnie. Jesteś blisko równika, a wokół jakby Alaska. Wulkany przykryła czapa świeżego opadu. Na zboczach wydaje się puszysty. Na kraterach przypomina lukier. Laguna śmierdzi. Przyszedłeś tu wczoraj, dysząc piewszego dnia na dużej wysokości.

Ziemia tu pęka, rozwiera się, tryska gejzerami. Ciszę zakłóca tylko jeden dźwięk. Jedyne ruchome stworzenie. Różowy flaming. Już go widzisz. Człapie w twoją stronę na środku laguny. Wydaje dźwięki, które w tej przestrzeni niosą się z wyrazistością, jakby miał przy dziobie uczepiony mikrofon. Gdzie wetknęli głośniki? Woda już się gotuje na kuchence benzynowej i bulgocze. Byle jej starczyło. Wody i benzyny. Jak nie, to będziemy myśleć. Ogólnie jest jeszcze tak sobie – lekka niepewność, rytuał przejścia widać przed tobą. Pewne jest jedno – na wózku jest za dużo rzeczy, głównie jedzenia. Cała reszta – 40 l wody, namiot, śpiwór – jest nie do ruszenia.

No więc już pierwszego dnia selekcja. Wyrzucamy nadmiar. Masz ze sobą oczywisty zbytek – choć łudziłeś się, że się przyda – książkę, którą zamierzałeś czytać co wieczór. Ñameryka Martína Caparrósa. Co za głupota.

Waży chyba z kilogram, ma z 500 stron. O poranku dokonujesz jej uroczystego pochówku. Rozgrzebujesz głęboko mokry piach. Zakopujesz dzieło. Świadkiem jest tylko flaming. Zasięgu brak i nie będzie go przez następnych 10 dni. Do pokonania 250 km przez górski płaskowyż, laguny i salary.

Jeśli przeczytałeś to, wykonałeś być może najważniejszą pracę przed wyruszeniem na pustkowie: wyobrazić się na planie przyszłości. Oswoić w ten sposób, co nadchodzi. Na pustyni nie ma na to już czasu. Samotność z dala od ludzi i dóbr cywilizacji zawsze budziła w człowieku atawistyczny lęk. Ten został przez tysiące lat ewolucji stłumiony, bo wędrówka, często w samotności, była nieodłączną częścią życia. Daleko szukać… Dziadek Valerio, kierowca z miasta Uyuni, który zawiózł mnie na Altiplano na początek trasy, spędził tak pół życia. Regularnie wyruszał z karawaną lam na wielotygodniową wędrówkę przez pustkowia północnej Boliwii na żyzne ziemie Tarijy, skąd można było przywieźć zapasy kukurudzy w zamian za bryły soli, bo tu, na Altiplano, rosną tylko komosa i ziemniaki. Spał codziennie na pustyni, pod gwiazdami. Chłopskie historie w naszym kraju są pełne podobnych opowieści. Całkiem niedawno, wraz z rozwojem cywilizacji, ten lęk jakby powrócił. Po zakończeniu wyprawy relacjonowałem ją wybitnemu wspinaczowi, zahartowanemu w bojach, silnemu psychicznie i fizycznie. Nie dałbym rady, odparł, nie zniósłbym samotności w takiej przestrzeni.

Pierwszy raz odważyłem się pójść samotnie na pustynię w 2008 r., w dwa tygodnie pokonując Atakamę w Chile ze wschodu na zachód. Szedłem wówczas z bardzo ciężkim plecakiem, uzupełniając zapasy wody co cztery dni w kopalniach litu i miedzi. Wróciłem po latach lepiej przygotowany, z wózkiem – wehikułem na wyprawę w kosmos, na granice własnej wyobraźni, po której już nic nie jest takie samo.

Zawierzenie

Najczęściej ludzie pytają o lęk. Jak to jest? Tak samemu, kilkaset kilometrów od najbliższego płotu? Strach przed ludźmi? Tam nie ma ludzi. Zwierzęta? Jakie zwierzęta na pustyni, miejscami absolutnej? Flamingi, myszy? Lis andyjski? One boją się ludzi. To nie las. To pustynia. Wymaga aktu, na który często nie stać nas w życiu, bo musimy być czujni na fałsz. Aktu zawierzenia. Jeśli nie zawierzysz, nie zaczniesz wędrówki. Głusza odepchnie cię. Jeśli na nią wszedłeś, już wiesz, co znaczy wolność. Nie ma strachu. Może lekki cykor z powodów technicznych – o oponę, o kłucie w achillesie. Ale to nie jest prawdziwy lęk. Ten został w tyle. Mówiąc prościej: bardziej boję się miasta niż pustyni, i jestem pewny, że potwierdzi to każdy, kto jej doświadczył. Tylko tam można położyć się na ziemi, uchylić dach namiotu i patrzeć w skiby gwiazd z przekonaniem, że na przestrzeni 100 km nie czuć zagrożenia. Nie ma ludzi.

Tymczasem pustkowi jest coraz mniej. Widzę to na mapach, które czytam przed snem. Kiedy zbliży się obraz, jej połacie zamieniają się w sieć dróg, niezidentyfikowanych obiektów, linii. Jest ich z roku na rok coraz więcej. Liczba światowej populacji rośnie i za kilka dekad zbliży się do 10 mld, po czym ma spadać. Ten wzrost i presję widać na mapach fizycznych. Mój wózek otrzymał imię – Lut. To nazwa wyjątkowej pustyni na południu Iranu, która była moim pierwotnym celem. Niestety, polityka pokrzyżowała plany. Iran to dziś miejsce, w którym porywa się turystów jako zakładników. W ten sposób zarówno mój wózek, jak i całe przedsięwzięcie stały się wyrazem oporu wobec procesu, który umyka wobec ludzkich tragedii – grabieży przyrody przez tyranów zawłaszczających dziedzictwo świata. Wymazują je z ludzkiej pamięci. Pustynia Lut, płaskowyż Chang Tang w Chinach, Góry Diamentowe w Korei Północnej. Nie słyszymy o nich, bo uwagi domagają się oni – szaleńcy, Neronowie XXI w. Dlatego tabliczkę z tą nazwą – Lut – przyczepiłem do boku wózka, mimo że znajdowałem się na innym kontynencie. Pękła po uderzeniu w głaz i zginęła, ale tuż po powrocie zamówiłem nową.

Ten bezprecedensowy natłok ludzi i bodźców rodzi dwa typy samotności. Pierwszy to ten szeroko omawiany, również na łamach tego pisma: osamotnienie, ból samotności w tłumie. Drugi, rzadziej dotykany, to pragnienie, by pobyć samemu. Jest coraz więcej jednych i drugich. Obie grupy mówią o samotności, jednak ich potrzeby są rozbieżne. Pierwsi domagają się trwałych relacji. Drudzy marzą o przerwie od życia, o wyłączeniu się, bo są zmęczeni presją świata i ludzi. Samotnik z natury w nadmiarze ludzkiego zgiełku zwyczajnie cierpi, co nie znaczy, że nie lubi towarzystwa. Ale bywa niezrozumiany.

Ta opcja – pauza – była dawniej, pomimo innych trudów, wpisana w ludzki los. Na ziemi żyła garstka ludzi. Wędrowali od wsi do wsi, od źródła do źródła. W samotności, a jeśli nie, to w ciszy, bo ileż można gadać, wykołysani przez juczne zwierzęta. Biblia jest zbiorem licznych opowieści o pustelnikach. Biblia wychwala małżeństwo, lecz nigdzie nie wspomina, że jest ono dla każdego. Jest pełna przykładów historii ludzi, którzy poświęcają życie rodzinne dla wielkiej sprawy. Sam Jezus najważniejsze decyzje, zgodnie z zapisem ewangelicznym, podejmował po odosobnieniu. Oddalał się. Praktycznie nie było z tym wtedy problemu. Owszem, samotnik z wyboru, człowiek stale stroniący od towarzystwa uważany był przez ludzi, jako istoty społeczne, za dziwaka, ekscentryka. Ale post, przerwa od rutyny, był praktyką zakorzenioną w dziejach człowieka.

Wygląda jednak na to, że przed samotnością nie uciekniemy. Stała się plagą cywilizacji. Jeśli jest nieunikniona, być może trzeba będzie się jej w drodze ewolucji nauczyć. Przez lęk przed osamotnieniem zapomnieliśmy o pożytkach z odosobnienia. Te są jasne już po kilku dniach w tym stanie rzeczy. O dystansie przenikliwie opowiadała Simone Weil. Dlaczego Stwórca, jeśli jest, ukrywa się? Dlaczego nie okazuje wyrozumiałości? Nie zbliży się, nie da znaku? „Pięknem jest to, czego nie można chcieć zmienić. Posiadać to splamić. Kochać czysto to zgodzić się na dystans, to czcić dystans między sobą a osobą kochaną” (tłum. Cz. Miłosz). Weil dotyka istoty praktyk pustelniczych. Na odosobnienie nie idzie się po to, by zerwać z ludźmi, tylko po to, by wrócić do nich z nową energią i prawdziwą uwagą.

Dryfowanie myśli

Ojcowie pustyni, zamieszkujący tereny dzisiejszego Egiptu, którzy pozostawili po sobie liczne apoftegmaty, treściwe historie zawierające mądrość bądź praktyczne porady, żyli w samotności, ale w łączności z ludźmi, by służyć im swoim doświadczeniem. Strapieni wybierali się po wsparcie nie do ludzi miasta, lecz do pustelników w jaskiniach. Odosobnienie osłabia presję, która nam codziennie towarzyszy w coraz szybszym obiegu informacji utrudniającym podjęcie jakiejkolwiek rozsądnej decyzji. Pustynia tymczasem czyni człowieka nagim jak kawałek skały. Jest w tej mierze bezwzględna. Jest czysta i oczyszcza. Dosłownie. Ziarnka piasku szorują powierzchnie. Nigdy nie czułem się na pustyni brudny, choć nie myłem się wiele dni. Na pustyni woda służy do picia. Nigdy jednak nie towarzyszyło mi tu uczucie obrzydzenia własnym ciałem, które wzmaga się po wielu dniach w lesie, w szczególności tropikalnym, kiedy wszystko klei się i gnije. Pustynia jest sucha. Nie ma tam wiele biologii, czarnej ziemi. Za paznokciami nie zbiera się brud.

No więc jak to jest na co dzień, już po paru dniach? Wspaniale, czuje się, że się żyje. Mam ze sobą kamerę 4K.

Zamierzałem nagrać kilka godzin materiału, by następnie złożyć z tego relację z wygłaszanymi wieczorami monologami. Nic z tych rzeczy. Pustynia to nie Instagram.

Ustawiłem kamerę na statywie, usiadłem naprzeciw i odpuściłem. To naprawdę nie ma tam sensu. Czujesz się jak głupek. Właśnie dlatego przestrzeń obnaża. Owszem, nagrałem kilka godzin materiału. Ale to jest kilka godzin ciszy i milczenia. Ustawiałem na kamieniu kamerę, która przez 20 min rejestrowała, jak gotuję obiad, szamoczę się z wiatrem. Pustynia uczy milczeć. Każe się w końcu zamknąć. Poza tym wiedzie się żywot jaskiniowca. Pałąki namiotu, benzyna, but. Pobudka, marsz, jedzenie.

Na pustyni nie ma centymetra kwadratowego na tego typu rozważania. Po kilku dniach myśli dryfują, przygasają. Jeśli krążą, to wokół czynności obozowych. Marsz wprowadza codziennie w trans. Ciało przysposabia się. W końcu coś boli, lecz jeśli sobie  poradzi, jest już jak maszyna. Wycieńczone, wieczorem staje się domem spokojnej pustki. Mijasz laguny jak ze snu i stada alpak. Niebo nad wulkanami w odcieniu dostojnego granatu. Piękno zbyt doskonałe, by natychmiast je przyjąć. Zbyt, do granic, nasycone nieznanymi barwami. Długo czułem się tam jak obcy, alien. W mirażu zestaw wulkanów drży jak garnki na ruszcie. Z roztworu soli, siarki, wody i światła może w końcu wyłonić się każda forma życia. Najpiękniejszy skalniak, jaki stworzono: trawy yarapa. Ich kępy twarde i gęste, tak jakby, chroniąc się, rosły do wewnątrz, nie przypominając w końcu ani fauny, ani flory.

Do tego typu wydarzenia nie pasuje forma podsumowania, relacji, które przeczą jego istocie. Czas jest fizycznie związany z przestrzenią. Nigdzie nie czuć tego tak jak tam. Przestrzeń nie ma wyraźnego limitu, rozmywa się w solnym mirażu i myśl nie sięga daleko. Żyjesz następnym krokiem. W południe jest beznadziejnie. Chowasz się w skrawku cienia, gotujesz makaron i nie chce ci się ruszyć. To jest mój czas – nigdzie to zdanie nie wybrzmiewa tak dosłownie. Na pustyni nie ma miejsca na coś, co rozumiemy jako kontemplację. Kontempluje się z oddali, z dystansu, w jego komforcie. Na pustyni jesteśmy daleko od ludzi, ale nie od minerałów. Stajesz się jakby częścią ich świata, bo właśnie tak to się odczuwa. To doświadczenie budzi w człowieku solidarność z materią, lecz nie z tą, która wynika z projekcji umysłu i pracy intelektu, tylko tą bardziej pierwotną. Przywierasz wieczorem do ziemi i oddajesz jej ciepło. Grzebiesz w uchu, sprawdzając latarką, czy zebrany w nim płyn to ropa czy krew. Na szczęście lekkie zadrapanie.

Ciało jest niezwykle chłonne. Nie tylko chłonie światło, które uderza tam z siłą dwóch słońc, ale zasysa przestrzeń wszystkimi receptorami i kumuluje jej magnetyzm. Może nie bez powodu największe opowieści w dziejach ludzkości zaczynały się na pustkowiach. To wszystko prowadzi do banalnych spostrzeżeń, tyle że tam są uwewnętrznione: choćby o kruchości ciała i ludzkich wyborów. Ryzyku pychy, która podszeptuje, by tworzyć program życia wyłącznie na funkcji własnych doświadczeń. Zignorować zapis tysięcy lat obserwacji człowieka, począwszy od starożytności. Zbiór tej globalnej wiedzy poucza: pokusa, by oddalić się na zawsze, jest tylko ucieczką. Dietrich Bonhoeffer w Życiu wspólnym pisał: „Ten, kto pragnie wspólnoty bez odosobnienia, nurkuje w próżni słów i uczuć, a ten, kto odosobnienia bez społeczności, ginie w otchłani próżności, oczarowania sobą i desperacji” (tłum. K. Wójtowicz).

Stare cnoty

Pustynia wymusza prostotę. W prawdziwej pustyni, jeśli zaczniesz kombinować, zginiesz. Dlatego nie warto. Nie należy myśleć bez umiaru. Myśli, jeśli już, winny prowadzić tu do realizacji celu. Nie mogą zawierać fałszu ani podstępu, bo sprowadzą zgubę. Na pustyni idzie się na wprost, na wcześniej obrany cel zapisany na urządzeniu GPS. Nawiguje się łatwo, ale jeszcze niedawno było to trudniejsze. Zanim przed laty poszedłem na Atakamę, sprowadziłem papierowe mapy z Santiago de Chile. Na nich, ołówkiem, zaznaczyłem współrzędne geograficzne wzdłuż trasy, które następnie wbiłem manualnie do urządzenia. Mapy nie były zbyt dokładne, pozwalały się jedynie zorientować w ukształtowaniu terenu, a to zwiastowało przygody: dzikie jary pełne zwierzęcych szkieletów, grząskie zbocza. Ale przecież nie wychodzi się od razu na pustynię. Taką wyprawę poprzedziło wiele mniejszych przedsięwzięć. Niezliczone noclegi w górach, samotne noce w beskidzkich bacówkach. Teraz jednak musiałem nauczyć się nowych technologii nawigacji, które czynią wędrówkę bezstresową. Niosę przypięte do uprzęży urządzenie do komunikacji satelitarnej, które co pół godziny wysyła odbiorcom moje dokładne położenie. Jest na nim guzik SOS, po jego wciśnięciu alarm odbiera centrum ratunkowe. Urządzenia zasilam powerbankiem i panelem słonecznym. Używam wytrzymałego urządzenia GPS, w którym zapisana jest moja trasa. Stworzyłem ją wcześniej na komputerze w profesjonalnej aplikacji Gaia GPS, która oferuje wszystko: obraz satelitarny, zbliżenia, 3D, dzięki czemu można gruntownie poznać teren. Pomocniczo telefon, aplikacja mapy.cz. Zresztą w tak otwartej przestrzeni urządzenie wyjmuje się rzadko – obiera się azymut, charakterystyczny obiekt na widnokręgu, np. wulkan, trzymając kurs przez kilka dni. Prostolinijność jest znakiem tego przeżycia. Przynajmniej na ten czas staje się normą, a chciałoby się, by siłą tego doświadczenia przekształciła się w trwały nawyk, mocną stronę charakteru, definiowaną dawniej jako cnota, coś więcej niż kaprys, pozór, styl. Doświadczenie prostoty uświadamia jej ogromny deficyt w życiu.

Gdzie się podziała? Dlaczego nie zyskała takiej uwagi jak choćby „czułość i uważność”, które nie stanowią w pełni współczesnego odbicia żadnej z tradycyjnych cnót, ale wywodzą się ze sprawiedliwości, roztropności czy miłości. Lecz przecież czułość i uważność, przyswojone i promowane przez lewicę, przysporzyły sobie wrogów na prawicy, która zarzucała ich promotorom arbitralność, a nieraz protekcjonalność czy egocentryczne pobudki. Były eksploatowane bez litości, na co drugim blurbie widniała pochwała „uważnego i czułego autora”, jakby te przymioty, które zyskały popularność, miały zastąpić głębię wszystkich wartości, dla których nie sposób wynaleźć współczesnego języka i nadać im uniwersalnego sensu. Jak dziś brzmiałaby, przystępniej dla ludzkiego ucha, niewrażliwego na archaiczne pojęcia, prostota?

Próbą jest minimalizm, który jednak głównie akcentuje styl życia, materialny porządek rzeczy, co nie zawsze znajduje źródło w wewnętrznej postawie. Tymczasem tam gdzie mowa była o prostocie jako cnocie, wektor skierowany był w przeciwnym kierunku – liczba posiadanych dóbr jest tylko skutkiem, na pewno nie istotą sprawy. Dziś w powodzi słów i informacji, z którą, jakże w porę, radzi sobie już tylko sztuczna inteligencja, prostota może ocalić. Czasem wydaje mi się, że wszyscy jej pragną, tylko nie potrafią przyswoić jej sobie w naturze i w języku. Wymaga ogromnej pracy, by stała się praktyką, bez pokusy ciągłej autoanalizy w stosowaniu – co przeczy jej samo w sobie. Przecież prostota, jak definiuje ją tradycja od starożytnych Greków, przez Jezusa z jego „niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie”, to grunt wszystkich innych cnót, jak umiar, bez których najbardziej szlachetne wartości ulegną wypaczeniu. Bo zgodnie z tym, czego chce od prostoty tradycja, to nade wszystko czystość intencji. Ich zbieżność z czynami i słowami. To brak przesadnej troski o losy swoje i świata. Autentyczność i naturalność. Być może jest nieuchwytna w opisie, bo wyraża postawę ciała i umysłu, poznawaną w drodze doświadczenia, a nie żmudnej wykładni. Staje się czynnikiem, który porządkuje myśli. Uczy zadawania prostych pytań i udzielania konkretnych odpowiedzi. Szuka prostych wyborów. Rzeczywistość społeczna jest pełna truizmów, często brutalnych, wypowiadanych głośno przez agresywnych populistów i trolli. Wyrafinowana retoryka i filozofia w odpowiedzi nie mają z nimi szans. Prostota zachęca, by nie bać się nieskomplikowanych formuł, własnego truizmu. Prostota nie ucieka też od pytań o rezultat.  Jaki jest wynik twoich zmagań? Co osiągnęłaś? Czy droga, którą obrałaś, zbudowała cię? Jaka jest prawda? Istotą nauk o cnotach, czy to w starożytności, czy na gruncie religii, był jasny cel: harmonijne życie. Oparta na nich etyka głosiła: prawdopodobieństwo, że pogubisz się, gdy je zignorujesz, jest duże.

Na pustyni myśl o celu jest nieunikniona. Przecież trzeba gdzieś dojść. Liczy się, że ta misja przyniesie efekt, wzmocni ciało i umysł. To staje się w końcu próbą charakteru. W szczególności kiedy po tygodniu w pustce przychodzą słabość, znużenie, a nawet poczucie bezsensu.

Nieoceniona bywa w tych chwilach cecha określana dawniej jako cnota męstwa. Z tą, jak się wydaje, na gruncie kultury są większe problemy.

Jej tłumaczenie z łaciny na język polski było krzywdzące. Słowo to, nienacechowane płciowo, brzmiało fortitudo i należało do rodzaju żeńskiego. Na gruncie tradycji spór, czy męskim być to odeprzeć agresję, czy spacerować z wózkiem po parku, nie ma sensu. Rezygnacja, często z wygody, z próby uniwersalnych definicji wartości, zawęża je do pojęć kultury czy tymczasowej mody. Tymczasem fortitudo to po prostu wytrwałość, by doprowadzić rzecz do końca. Odwaga mentalna, ale też fizyczna. Moc, by zbyt łatwo nie ulec czarnowidztwu i malkontenctwu. Nie uciec przed próbą. Odwaga bycia. Zaprzeczenia próżności i samochwalstwa. Jak brzmiałoby to „męstwo” zaadoptowane przez TikToka? „Sigma” na pewno nie. To coś innego.

Odosobnienie hartuje umysł i ciało. Pustynia pozwala zrzucić starą skórę, niemal dosłownie. Dodaje wiary we własne siły. Przynosi ogromną satysfakcję, kiedy po wielu dniach staje się na mecie, po swojej jaśniejszej stronie. To się wie. Widzą to bliscy i znajomi. Kiedy wróciłem do Uyuni, miałem wrażenie, że unoszę się centymetr nad ziemią. Nie sposób wyrazić szczęścia, które wtedy ci towarzyszy. Długo promieniujesz energią pustyni, a kiedy ta ulatnia się, myślisz o powrocie. Przychodzi rutyna codzienności, ale zawsze już patrzy się na rzeczywistość przez pustynny filtr. Z pewnym oddaleniem.

Wózek pojechał do serwisu. Bo pod koniec bardzo piszczał. Spędziłem w piwnicy mojego gospodarza w Uyuni blisko pół dnia, próbując wybić zapieczone ośki.

Dobra rada

1 maja 2025 r. stanąłem na środku Salaru de Uyuni w oślepiającej bieli. To największe solnisko na świecie. Morze soli na 4 tys. m n.p.m. Poklepałem wózek jak konia. Był dzielny. Salar był o tej porze pokryty cienką warstwą wody. Nocą odbijają się w nim gwiazdy, przez co opuszczone kamienne pueblos quechua położone na jego skraju po zmierzchu odzyskują utraconą pozycję – wydają się uwieszone w centrum Kosmosu. Ugotowałem ostatni posiłek i usiadłem. Salaru nie zakłócają drganie, fala, pomysł. Po raz pierwszy od 10 dni mogłem oddać się spokojnej kontemplacji – między mną a pustynią wyrastał dystans. Kierowca dżipa, który miał po mnie przyjechać, nie dawał znaku, lecz nie potrafiłem się tym przejąć. Chyba nigdy nie czułem takiego spokoju. Na horyzoncie czerniły się sylwety kaktusów wysokich jak domy. Wciąż nie było zasięgu. Nie wiedziałem, czy moje wiadomości z komunikatora do kogokolwiek dotarły, bo samochód spóźniał się kilka godzin. Co zatem zrobić, jeśli nie przyjedzie, w którą stronę pójść?

Pustynia odkryła ostatni deficyt: wartość dobrej rady.

Być może nigdy w dziejach świat nie był tak nasycony poradami. Internet od nich kipi. Samorodni zbawcy dusz oferują receptę na wszelkie okazje. Mają dla każdego gotowy program. Chcą naprawiać świat lub zarabiać pieniądze. Być może ich popularność wynika stąd, że są. Stać ich na kłamstwo, ale i konkret, którego ludzie żądają w chwilach bezradności. Tymczasem gdziekolwiek by w kulturze terapii spojrzeć, otrzymują to – poznaj siebie, odkryj swój kompas. Na rozdrożu, gdy trzeba praktycznej porady, ludzie, na których liczymy, często wycofują się. Boją się radzić, bo to wiąże się z odpowiedzialnością albo sami zmagają się z bezsiłą. Bo przecież dobra rada to wyraz prawdziwej solidarności, a ta nie stroni od ciężaru decyzji. Po dobrą radę chodziło się dawniej do autorytetów, przewodników duchowych. Dobra rada zawierała w sobie kompromis między tym, co ogóle, a tym, co konkretne. Jej istotą jest indywidualny adresat. Respektowała jego odrębność, przy czym nie sprowadzała się do frazesów. Dobrem dziś ten, kto w chwilach zwątpienia da słowo pocieszenia, pozytywnego kopniaka, zasugeruje drogę. Jak często zamiast okrągłych słów chciałoby się od kogoś usłyszeć: „Stary, stara, nie pękaj. Damy radę. To jest do zrobienia. Pokażę ci”. Na to mogli liczyć ci, którzy odwiedzali mnichów pustyni.

Amigo, pójdź na północ. W ciągu dnia marszu ujrzysz cienki dym wulkanu, odbij w lewo. Idź wzdłuż trzech lagun, najpierw czerwonej, zielonej i błękitnej. Na skraju błękitnej ustal kierunek na Krzyż Południa, pilnuj go o poranku. Smuga dymu, którą ujrzysz, będzie wydobywać się z dachu. Na rozdrożu dróg mieszka José Ferrero. Kręci kiełbasy z lamy. W piwnicy ukrywa mumię inkaskiej dziewczynki, którą zlecił mu przechować pewien profesor z San Pedro de Quemes. Tam dostaniesz wodę.

Hombre, zmierzaj na południe. Za wielką przełęczą pełną alpak zalśni Salar Chiguana. Omijaj brązowe plamy. Podążaj za słońcem, ale używaj uszu. Miejsce, z którego dobiegnie dźwięk lokomotywy, jest twoim celem. Codziennie o tej porze wagony z bryłami soli zatrzymują się tam, gdzie stacjonują ostatni żołnierze z Potosi. Bądź stanowczy, lecz nie natarczywy, a cię przyjmą. Użyj hasła: „Cała ta sól, cała ta sól, niech ją diabli!”. Wiedzą, gdzie jest źródło.

Dajcie mi na pustyni którąkolwiek z tych wskazówek zamiast szalonej: „Musisz sam zdecydować”.

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia