Subskrybuj
ks. Michał Heller
ks. Michał Heller fot. Adam Golec/Agencja Wyborcza.p
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Jesteśmy częścią tajemnicy

Lubię mówić, że człowiek ma w sobie pewien dynamizm. I ten dynamizm nas pcha w różnych kierunkach, często zupełnie bezużytecznych. No bo tak naprawdę co nam z tego przyjdzie, że będziemy wiedzieli, czy na jakiejś planecie jest dwutlenek węgla, czy go nie ma? A jednak chcemy to wiedzieć.

Zauważyłem, że słowo „człowiek” w tytułach Twoich prac pojawia się równie rzadko jak słowo „Bóg”. Czyżbyś wobec tej problematyki także odczuwał pewną rezerwę?

Gdy zadałeś mi to pytanie, uświadomiłem sobie, że rzeczywiście tak jest. Może nawet jeszcze silniej, niż gdy chodzi o Boga. I myślę, że są dwa powody.

Jeden jest, powiedzmy, doktrynalny: chciałbym, żeby filozofia była w miarę ścisła i połączona z nauką. A odnoszę wrażenie, że problem człowieka w filozofii jest tak podejmowany, iż mamy do czynienia raczej z ideologią niż z filozofią. To widać np. w filozofii chrześcijańskiej: ukrytym motywem – zresztą ukrytym nie całkiem – jest tu chęć dostarczenia ludziom jakiegoś oparcia. Nie powiem, że to jest coś złego, ale to nie ma posmaku ścisłej filozofii i dlatego ja dosyć niechętnie zabieram głos w tych sprawach. Wolę o człowieku mówić wprost w kazaniach, bo wtedy nie muszę tego ubierać w szaty filozoficzne.

Zresztą dotyczy to nie tylko filozofii chrześcijańskiej, ale filozofii w ogóle. Powiem o tym, bardzo rzecz upraszczając. Gdzieś tak od oświecenia francuskiego w filozofii zaczęto czcić rozum. Trzeba było czymś „zastąpić” Pana Boga i najpierw postawiono na rozum, a potem na człowieka jako takiego. Każdy system społeczny musi mieć jakąś podstawę ideologiczną. W demokracji liberalnej tą podstawą jest człowiek. Człowiek stał się ideologią – i dobrze, że tak jest, bo musi być jakaś podstawa dla rozmaitych wartości. Ale to nie jest taka filozofia, jakiej ja bym chciał.

A drugi powód?

On jest trochę związany z pierwszym: bardzo trudno jest obecnie stworzyć filozofię człowieka, która byłaby przekonująca.

Spełniała wymagania ścisłości, także naukowej?

Nie potrafię tych wymagań sformułować tak ad hoc, w punktach. Ale czuję, że to powinna być solidna filozofia – a nie jest. Bo z jednej strony jest ta presja ideologii, a z drugiej – nauki o człowieku poszły tak daleko i w tak różnych kierunkach, że jeden człowiek nie jest w stanie tego ogarnąć i wyciągnąć właściwych wniosków. Każda z tych nauk bada inny aspekt…

…i bardzo trudno złożyć tę wiedzę w całość.

Kiedy studiowałem na KUL-u, przyjechał tam z wykładem o czasie Roman Ingarden. Nie przypomnę sobie już szczegółów jego wykładu, ale pamiętam końcówkę, bo zrobiła na mnie wrażenie. Ingarden przedstawił rozmaite aspekty myślenia o czasie, odwołując się również do tego, co na ten temat mówi nauka, a na końcu wysnuł następujący wniosek: nauka nie powiedziała jeszcze na ten temat ostatniego słowa, dlatego jest za wcześnie, żeby robić porządną filozofię czasu. I to mi się bardzo spodobało, bo filozofom rzadko się zdarza sformułować wniosek tak oszczędny.

I ostrożny.

Myślę, że to samo dotyczy filozofii człowieka. Z jednym zastrzeżeniem: że nie wiadomo, czy w ogóle takiej filozofii się doczekamy. Bo te trudności będą się raczej pogłębiały: wiedza będzie szła coraz dalej i będzie coraz bardziej rozdrobniona.

Ale kto wie, może znajdzie się ktoś, kto to wszystko jakoś zepnie. Być może zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażamy.

To są z grubsza dwa powody, dla których jestem powściągliwy, jeśli chodzi o wypowiadanie się na temat człowieka. Ale jest jeszcze trzeci powód, mniejszy: ja po prostu nie czuję się w tych sprawach kompetentny.

Jako filozof?

Tak. Bo żeby dziś zabierać głos na ten temat, trzeba jednak znać osiąg­nięcia biologii, neuroscience itd. A ja trochę wiem na te tematy, ale jest to wiedza zewnętrzna raczej.

Niemniej jest taki obszar, na którym – jeśli chodzi o problematykę antropologiczną – poruszasz się śmielej. Ten obszar to człowiek we wszechświecie, człowiek wobec wszechświata.

Poruszam się śmielej, bo na ten temat więcej wiem. I jestem przekonany, że jeśli ktoś chciałby stworzyć odpowiedzialną filozofię człowieka, to ten aspekt łączności z kosmosem musi wziąć pod uwagę. To jest zresztą motyw mojej dawnej dyskusji z Józkiem Tischnerem. On, jak wiadomo, wymyślił rozróżnienie na filozofię dramatu i filozofię sceny. Jego zdaniem – znów nieco rzecz upraszczając – filozofia inspirowana przez nauki przyrodnicze mówi o scenie, na której wszystko się rozgrywa, a właściwa filozofia człowieka skupić się powinna na samym dramacie.

Dodam, że filozofią sceny są u niego także tomizm, marksizm i wszystkie systemy, które – według niego – niedostatecznie uwzględniają to, co jest specyficznie ludzkie.

Moja odpowiedź na to rozróżnienie Józka była następująca: nie da się rozdzielić aktorów i sceny, bo między jednym a drugim istnieje ścisły związek. I taki jest też punkt wyjścia moich refleksji nad związkiem człowieka z wszechświatem.

Jeśli spojrzę na własne ciało, choćby na tę rękę, w której trzymam kartkę, i uświadomię sobie, że część atomów, które w niej są, to jest rezultat Wielkiego Wybuchu, a inne powstały w gwiazdach – zupełnie inaczej widzę siebie w relacji do kosmosu.

W gwiazdach przepalał się materiał nuklearny, gwiazdy wybuchały, a z zanieczyszczeń będących efektem tych wybuchów powstawały kolejne gwiazdy. A wszystko po to, żeby w trzecim, czwartym pokoleniu pojawił się węgiel, z którego jesteśmy zbudowani. Kiedy się o tym wie, metafora ulepienia człowieka z gliny czy prochu staje się niemal dosłowna.

W Twoich pracach z tego obszaru dotykasz też innych zagadnień. Na przykład w książce o Koperniku piszesz o konsekwencjach, jakie jego odkrycia miały dla myślenia o człowieku. Jakie to były konsekwencje?

Karl Popper wprowadził dość zgrabne rozróżnienie na rewolucje naukowe i rewolucje ideologiczne. Rewolucja Kopernika była rewolucją naukową, bo proponowała nowy model układu planetarnego. Odbyło się to zresztą bez żadnych fanfar. Przez jakieś 10, 15 lat po ukazaniu się dzieła Kopernika żadnych dyskusji na ten temat nie było, astronomowie zainteresowali się tym dopiero później. A kiedy już się zainteresowali, to rewolucji naukowej zaczęła towarzyszyć rewolucja ideologiczna.

Czyli co konkretnie się stało?

Dziś powiedzielibyśmy, że coś z odkryć Kopernika przedostało się do mediów. Pamiętajmy jednak, że możliwości oddziaływania na opinię publiczną były wówczas znacznie mniejsze niż obecnie. Owszem, można już było książkę wydrukować, ale to nadal było dość drogie przedsięwzięcie. Pierwsze wydanie Kopernika to było jakieś 500 egzemplarzy. Więc to, o czym tam była mowa, zaczęło docierać do ludzi z opóźnieniem. I od razu też pod postacią wniosków, jakie wyciągano z tej lektury.

W dziele Kopernika nie ma ani słowa na temat miejsca człowieka we wszechświecie. To go w ogóle nie interesowało. Interesowało go, jak naprawdę wygląda układ i ruch planet. A rewolucja ideologiczna dotyczyła właśnie innych wniosków, które wyciągnięto z jego dzieła. Odebrano je jako degradację człowieka.

Stało się tak, mimo że średniowiecze, choć umieszczało Ziemię w centrum fizycznego wszechświata, wcale nie było geocentryczne. I w związku z tym także człowiek nie był w centrum. C.S. Lewis w swojej słynnej książce Odrzucony obraz zwraca uwagę, że świat średniowieczny był teocentryczny i antropoperyferyjny. Człowiek był na peryferiach, w centrum był Bóg.

Jak godzono to z przekonaniem, że inne planety, łącznie ze Słońcem, kręcą się wokół Ziemi?

Na różnych średniowiecznych przedstawieniach Ziemia jest w środku wszechświata, a Pan Bóg jest na obwodzie, w niebie empirejskim. I najlepszą interpretację tego typu przedstawień zaproponował Dante, mówiąc, że świat materialny jest zwierciadlanym odbiciem świata duchowego: to, co na obwodzie, w świecie duchowym jest naprawdę w centrum, a to, co jest w centrum, jest na peryferiach. To jest poetyckie wytłumaczenie, ale przemawiające do wyobraźni.

A ja mam jeszcze swoją, nieco złośliwą interpretację tamtych przedstawień. Według mnie w średniowieczu obraz świata był „hell-iocentryczny”. Na jednym z takich średniowiecznych obrazków w środku jest Ziemia, a pośrodku Ziemi – jest piekło, hell.

No dobrze, ale co odkrycie Kopernika tak naprawdę zmieniło, skoro już wcześniej Ziemia nie była w centrum?

Trzeba to widzieć w szerszym kontekście. Nastąpiło odkrycie staro­żytności, przede wszystkim starożytnych pism, filozoficznych i innych, które wcześniej znane były tylko w niewielkich fragmentach. To przyczyniło się do powstania prądu intelektualnego zwanego humanizmem. Mówi się potocznie, że renesans był okresem „rehabilitacji” człowieka – w filozofii, w sztuce, wszędzie. I to jest prawda. Ale prawdą jest też, że dwa, trzy pokolenia po Koperniku można w ówczesnej literaturze i sztuce znaleźć wątek „kosmicznej samotności”. Świat zrobił się zbyt wielki, pełen planet i innych ciał niebieskich. Ziemia stała się maleńkim, nic nieznaczącym obiektem – i pojawiło się poczucie pustki kosmicznej. Trzeba było tę pustkę czymś wypełnić.

Humanizm w pewien sposób ją wypełniał.

To prawda. Ale wypełnieniem tej pustki był też np. mistycyzm niemiecki – Jakob Böhme i inni – który koncentrował się na człowieku.

Humanizm spopularyzował powiedzenie, że człowiek jest miarą wszechrzeczy. Jak je rozumieć w kontekście tego, o czym mówiliśmy w związku z Kopernikiem?

Powiedzenie to jest przypisywane Protagorasowi. Jak wiadomo, pisma Protagorasa do nas nie dotarły. Ten cytat znamy z dialogu Platona, ale jaki był oryginalny kontekst, nie wiemy. Na ogół tłumaczy się to zdanie w ten sposób: wszystko, co poznajemy, poznajemy z punktu widzenia człowieka, więc nasze poznanie jest względne. Platon – ale nie tylko on, bo także Demokryt – polemizował z tym poglądem. Argument był zresztą dość ciekawy.

Skoro wszystko jest względne – bo musi zostać odniesione do człowieka – to także ta doktryna Protagorasa jest względna, a nie absolutna, nie należy więc przywiązywać do niej nadmiernej wagi. Ale co sam Protagoras miał na myśli, nie wiemy.

Niemniej powiedzenie rzeczywiście zrobiło karierę. Różne odłamy humanizmu różnie je rozumiały, każdy widział w nim to, co chciał widzieć. Chyba najważniejsze jest w nim zwrócenie uwagi na fakt, że nasze poznanie jest ograniczone, zależne od tego, czym dysponujemy jako ludzie. Dziś, w świetle odkryć fizyki i biologii, jest czymś oczywistym, że my poznajemy świat takimi zmysłami, jakie mamy, a sam świat jest zupełnie inny. Na przykład kolor – to jest wrażenie wywoływane w naszych komórkach, a to, co przychodzi do nas z zewnątrz, to są tylko długości fal elektromagnetycznych. Jest sporo spekulacji na temat, jak by wyglądał świat, gdybyśmy mieli trochę inne zmysły.

Czerwona róża nie byłaby czerwona?

Tu jest jeszcze poważniejszy problem. Bo ty mówisz, że róża jest czerwona, i ja mówię, że jest czerwona, ale czy rzeczywiście przez czerwień rozumiemy to samo? I czy to samo widzimy?

A dlaczego przyroda jest zielona? Bo trawa i liście drzew odbijają tę długość fali. A odbijają, bo dla nich to jest coś zbytecznego. Dla nas zielony jest podstawową barwą świata, ale to, co rośliny pochłaniają i przerabiają dla siebie, wcale nie jest zielone.

Wspomniałeś o tym, jak bardzo rozdrobniona jest nasza wiedza o człowieku. I że przyrost tej wiedzy jest nieprawdopodobny. Mimo wszystko chciałbym Cię zmusić do refleksji nad pytaniem, które sobie zadawano przez stulecia: kim jest człowiek?

Moja odpowiedź może wydać się prymitywna, ale najchętniej zastanowiłbym się, czy na to pytanie w ogóle trzeba odpowiadać. Owszem, niektórzy ludzie – w tym filozofowie – lubią definicje. Ale co z nich wynika?

Porządek?

Ale ten porządek jest pozorny, zaprowadzony kosztem jakiegoś uproszczenia. Co z tego, że jakąś rzecz ujmę w kilku słowach, kilku zdaniach, czy nawet opiszę na kilku stronach? To zawsze będzie za mało w stosunku do tego, co naprawdę jest. Rzeczywistość jest tak wielopostaciowa, że nie ma sensu sprowadzać jej do takiego skrótu.

Fundacja Templetona zaprosiła mnie kiedyś do jury oceniającego prace związane z wykonaniem grantu. I w ramach tego grantu jeden z autorów zaprezentował pracę, w której zebrał wszystkie definicje życia, jakie udało mu się znaleźć w literaturze. W większości były to krótkie sformułowania, ale zdarzały się bardziej rozbudowane. Było ich w sumie może kilkadziesiąt, może nawet ponad sto, on je wszystkie podzielił, sklasyfikował i porównał. To była benedyktyńska robota, ale kompletnie bezużyteczna. Czy w dzisiejszym stanie nauki w ogóle da się stworzyć wyczerpującą definicję życia? O wiele lepiej jest po prostu badać życie, rozbierać je na części, zobaczyć, jak to działa.

Tak więc nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do definicji – oczywiście z wyjątkiem nauk formalnych i fizyki, bo tam one są niezbędne. W naukach formalnych pojęcia muszą być zdefiniowane precyzyjnie, żeby potem można było nimi operować. Dowód polega na tym, że się operuje definicjami, analizuje związki między nimi i wyprowadza wniosek. W fizyce z kolei definicja, żeby miała sens, musi być związana z pomiarem. Jeśli np. chcę zdefiniować siłę, to powiadam, że siła to jest iloczyn masy i przyspieszenia. Masę mogę zmierzyć wagą, przyspieszenie mogę określić, mierząc drogę i czas, i wtedy wiem dokładnie, co to jest siła.

A w prawie? Prawo przecież także potrzebuje definicji.

W prawie sytuacja się komplikuje. Bo rzeczywiście, żeby sędzia mógł wydać wyrok, musi mieć jasno określone, co jest przestępstwem, a co nie. Ale, jak wiadomo, zdolny prawnik może różnie interpretować prawnicze definicje.

Krótko mówiąc, według mnie w filozofii definicje są po prostu mało użyteczne.

Można by je ewentualnie traktować jako rodzaj drogowskazu – w jakim kierunku myślimy. Naprawdę potrzebny jest raczej opis, który w miarę ściśle przedstawiałby stan faktyczny. No i w przypadku człowieka trudno o taki kompletny opis – z powodów, o których mówiliśmy.

Ale w czasie studiów filozoficznych na pewno zetknąłeś się z definicjami. I może jedne były bardziej przekonujące niż inne.

Oczywiście. Jeden z moich wykładowców, ks. Stanisław Kamiński, napisał nawet bardzo ciekawy artykuł o różnych rozumieniach definicji w filozofii. Najbardziej podobała mi się definicja ostensywna, kiedy po prostu wskazujemy daną rzecz i mówimy: „To jest kartka”, „To jest telefon”. Ale oczywiście były tam też inne przykłady, w tym te najbardziej wyrafinowane, jak słynne drzewo Porfiriusza. To jest taki klasyczny przykład klasyfikacji, gdzie z pojęć ogólniejszych wyprowadza się bardziej szczegółowe. Na przykład jest para pojęć „ożywione” i „nieożywione”, a w obrębie „ożywionych” – „rozumne” i „nierozumne”. Stąd wzięła się definicja człowieka jako istoty rozumnej, w odróżnieniu od „nierozumnych” zwierząt. Wszystko w tym drzewie jest starannie rozpisane i ponazywane i jedno wynika z drugiego.

Wspomniałeś o porządku. I trzeba podkreślić, że średniowiecze kochało porządek, klasyfikowanie. Wszędzie wprowadzało hierarchię – od społeczeństwa feudalnego po kosmos. C.S. Lewis tłumaczy, że to zamiłowanie do klasyfikowania wzięło się stąd, że wiele osiągnięć starożytności przepadło w okresie wędrówek ludów. Zostały tylko szczątki, które były przechowywane, początkowo bez żadnego porządku. Mnisi przepisywali zachowane fragmenty dzieł, ale ich nie rozumieli. I dopiero między VII a XII w. zaczęto to porządkować. I powstał problem: jak uzgodnić ze sobą informacje, które były sprzeczne?

I czy np. rozmaite stwory opisywane przez starożytnych rzeczywiście istniały?

Z początku wszystko traktowano dosłownie; tak zresztą stało się też z Biblią, która w starożytności chrześcijańskiej na ogół była interpretowana alegorycznie, a zaczęto ją rozumieć dosłownie.

Powiedziałeś: nie definicja, tylko opis. To proszę bardzo: czy potrafisz opisać człowieka, wskazać cechy, które odróżniają go od innych istot? Czy np. taką cechą konstytutywną jest wspomniana rozumność?

Znów mam ochotę raczej zastanowić się nad tym, co to znaczy „konstytutywna”. Pamiętaj, że pojęcie istoty rzeczy też jest historyczne. Zawdzięczamy je Arystotelesowi, potem przejął je od niego św. Tomasz.

U Arystotelesa istotą rzeczy jest forma, czyli to, co sprawia, że dana rzecz jest tym, czym jest.

To potem rozciągnięto na wszystkie nauki, tak że nawet w prawodawstwie kościelnym sakramenty muszą mieć materię i formę, oczywiście per analogiam. Dopiero nauki przyrodnicze zerwały z pojęciem istoty. Oczywiście, istnieją pewne stałe cechy różnych rzeczy, ale tak naprawdę wszechświat to ciągły proces. Dlatego zresztą ewolucja jest tak trudna do przyjęcia dla kogoś, kto jest ukształtowany w określonej tradycji filozoficznej. Bo kiedy przechodzimy od jednego bytu do drugiego, powinien być przeskok ontologiczny – z jednej istoty do drugiej. A w naukach przyrodniczych nie ma przeskoku, jest ciągłość, więc trudno pokazać, co jest istotą.

Cały spór o prawo naturalne jest tego pochodną, bo według klasycznej definicji tomistycznej natura to jest istota w działaniu. A jak nie ma istoty albo jak pojęcie istoty jest płynne, to i termin „natura” zmienia swoje znaczenie. Dzisiaj, kiedy mowa o naturze, ma się na myśli po prostu przyrodę, nikt nie mówi o żadnej istocie rzeczy.

To dobrze widać, kiedy zaczynamy pytać, gdzie przebiega granica między człowiekiem a człowiekowatymi.

Z jednej strony na pewno gdzieś jest. A z drugiej – samo pojęcie granicy jest dość nieostre. Posłużę się trochę żartobliwym przykładem, ale odnoszącym się do mojej własnej głowy. Kiedy o człowieku możemy powiedzieć, że jest łysy? Czy wtedy, kiedy więcej niż połowa głowy nie jest owłosiona? No ale nawet wówczas, gdy włosów jest niewiele, człowiek nie jest jeszcze zupełnie łysy. Więc co? Tylko wtedy jest łysy, kiedy sto procent mu wypadnie?

No to Ty jeszcze nie jesteś.

Na tym przykładzie najlepiej widać płynność przechodzenia z jednego stanu do drugiego. I tak samo jest z człowiekiem i człowiekowatymi. Nie bardzo wiadomo, co by nam dało ustalenie tej granicy.

To po co o to pytamy?

Być może to dziedzictwo średniowiecza właśnie – że lubimy klasyfikować. Zresztą klasyfikacja ma też swoje niewątpliwe zalety, np. bardzo przydaje się w dydaktyce.

A może w takim razie cechą konstytutywną człowieka byłaby ciekawość? To, że chce wiedzieć, co różni na przykład Bonowicza od bonobo?

Lubię mówić, że człowiek ma w sobie pewien dynamizm, który u zwierząt też jest obecny, ale być może tylko w zaczątkach. I ten dynamizm nas pcha w różnych kierunkach, często zupełnie bezużytecznych. No bo tak naprawdę co nam z tego przyjdzie, że będziemy wiedzieli, czy na jakiejś planecie jest dwutlenek węgla, czy go nie ma? A jednak chcemy to wiedzieć.

Wiesz, kto to jest alpinista? To jest taki człowiek, który drapie tam, gdzie go nie swędzi. Nie bardzo wiadomo, po co włazi na jakąś górę – ale włazi. To jest ten dynamizm. Niezwykły, i w sumie bardzo tajemniczy. Podobnie jak rozumność, o którą mnie pytałeś.

A Ty się wywinąłeś.

Pamiętam, że kiedy byłem mały i szliśmy np. na wycieczkę w góry, powiedzmy w Gorce, to zawsze, kiedy droga pro-wadziła przez las, ciekawiło mnie, co będzie za kolejnym zakrętem. Myślałem: może by już zawrócić, ale ciekawość okazywała się silniejsza. Na ogół za zakrętem było to samo, co i przed, zwykle następny zakręt. Ale ciekawość sprawiała, że szedłem dalej.

Alpinista mógłby powiedzieć: zaraz, zaraz, a Ty w kosmologii przecież robisz dokładnie to samo! Drapiesz, chociaż Cię nie swędzi. No bo co sprawia, że całe lata się tym zajmujesz?

Jest pewne podobieństwo, to prawda. Ale jest też różnica. Chodzi o to, żeby pchnąć naukę do przodu, choćby odrobinę. I nie jest to tylko kwestia ambicji, ale tego, żeby się dowiedzieć, jak jest naprawdę, jak to wszystko funkcjonuje.

Grecy zostawili nam jeszcze jedną wskazówkę: poznaj samego siebie. Ale czy to jest w ogóle wykonalne?

Nie powiem tu nic oryginalnego: myślę, że mamy wpisany w siebie obowiązek doskonalenia się. A chcąc się doskonalić, musimy najpierw „zbadać teren”, także w sensie moralno-ascetycznym – co w nas drzemie, jakie mamy możliwości. Ale to jest wysiłek, który nigdy się nie kończy.

Jesteśmy dla siebie tajemnicą.

Ja wolę mówić, że jesteśmy częścią tajemnicy. Cały kosmos jest tajemnicą, a my jesteśmy jego częścią.

Nawiedza Cię niekiedy taki egzystencjalny smutek? „Po co ja to wszystko robię?”

Nie, nie nawiedza mnie. Raczej nawiedza mnie pytanie, czy to, co robię, to jest to, co powinienem robić.

A samotność? Bywa, że czujesz się samotny?

Nie mam czasu na samotność. Próbuję sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek było tak, że samotność mi dopiekła – i nie, nic takiego nie pamiętam.

Whitehead powiedział, że religijność polega na tym, co człowiek robi ze swoją samotnością. Może dzięki religijności nie czuję się samotny?

Twoje życie tak się układało, że często się kimś opiekowałeś.

To prawda, miałem co najmniej kilka takich okresów w życiu, kiedy musiałem się kimś zajmować. Na przykład opiekowałem się dziećmi mojej siostry Basi, kiedy musiała na dłużej iść do szpitala. Najmłodszy Michał był u naszej mamy w Tarnowie, a ja w Krakowie zajmowałem się Kasią i Wojtkiem. Oboje byli jeszcze wtedy w przedszkolu. Pamiętam, że miałem ogromny problem z zaplataniem Kasi warkoczy. Brakowało mi trzeciej ręki, więc prosiłem Wojtka o pomoc.

Którejś niedzieli wróciłem z mszy, którą odprawiałem u misjonarzy na Czarnowiejskiej (dzieci były w tym czasie z kimś innym), podałem obiad, a potem usiadłem z „Tygodnikiem Powszechnym”, szczęśliwy, że po całym tygodniu wreszcie będę miał chwilę, żeby coś przeczytać. Nie przeczytałem jednego akapitu, kiedy stanął przede mną Wojtuś i mówi: „Popatrz, co się stało”. Odłożyłem „Tygodnik” i widzę, że Wojtuś jest od stóp do głów wysmarowany czekoladą, którą wsadził sobie do kie-szeni i mu się rozpuściła. Trzeba było ubranko wrzucić do pralki, a Wojtka wsadzić do wanny.

Żałowałeś takich chwil, w których nie mogłeś zajmować się nauką?

Nie żałowałem. Basia ciężko chorowała na serce, a ponieważ została sama z dziećmi, pomoc była jej potrzebna. Podobnie kiedy opiekowałem się Tolą, moją kuzynką, która mieszkała z nami i którą traktowałem jak siostrę. To było trudne, bo Tola była niepełnosprawna, pod koniec życia już nie chodziła. Mieszkała z moją mamą i ze mną, a kiedy mama zmarła, ja musiałem się nią zająć.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, czy zrobiłbym więcej, gdybym np. zrezygnował z opiekowania się kimś bliskim. Nie wydaje mi się to mądre.

Wróćmy jeszcze na koniec do odkryć naukowych. W swoim czasie sporo pisałeś tzw. zasadzie antropicznej. To jeszcze inna odsłona problematyki: człowiek i wszechświat.

To prawda. Ale zanim odpowiem, muszę wspomnieć o tym, co wydarzyło się po Koperniku. Mianowicie powstały nauki ścisłe i w naukach ścisłych człowiek jako podmiot przestał w ogóle istnieć. To znaczy pisało się o człowieku, ale jako przedmiocie badań. Cała fizyka klasyczna obywała się bez podmiotu. Nawet się mówiło, że nie jest ważne, kto poznaje, tylko co poznaje. Podmiot zniknął z nauki, natomiast pojawił się w filozofii, od Kartezjusza począwszy. I tak to trwało aż do czasu, gdy mechanika kwantowa odkryła, iż nie da się tak całkiem od podmiotu abstrahować. Bo w mechanice kwantowej obserwator w istotny sposób wpływa na pomiar.

Chcesz powiedzieć, że odkrycie zasady antropicznej to także powrót człowieka jako podmiotu?

Tak, choć w nieco innym sensie. W latach 70. ubiegłego wieku pojawiła się grupa fizyków, którzy się spotykali, żeby dyskutować na tematy bardziej filozoficzne. Twórcą zasady antropicznej był Brandon Carter, Australijczyk, który studiował, a potem pracował w Cambridge. Carter zwrócił uwagę na pewien oczywisty fakt: że widzimy taki, a nie inny wszechświat, w konkretnym momencie jego dziejów. A dlaczego tak? Bo w innej epoce, gdy wszechświat był inny niż obecnie, nie mogli-byśmy żyć. Wszechświat musiał mieć długą historię, żeby mógł powstać węgiel i inne niezbędne pierwiastki chemiczne, żeby zdążyły powstać planety i przynajmniej na jednej z nich odpowiednie warunki…

W porównaniu z historią wszechświata ten przedział, w którym człowiek może żyć, to jedynie wąski pasek – ale jest! Carter nazwał to spostrzeżenie słabą zasadą antropiczną.

Sformułował też drugą zasadę – silną. Zauważył mianowicie, że gdyby warunki początkowe wszechświata były trochę inne, niż faktycznie były, nie powstałyby gwiazdy i galaktyki, nie powstałby węgiel i oczywiście nie pojawiłby się człowiek. A jak zaczął to obliczać, to się okazało, że wystarczyłaby naprawdę niewielka zmiana w warunkach początkowych – na przy-kład gdyby tempo rozszerzania wszechświata różniło się o 10 do -50 od tego, które rzeczywiście miało miejsce – żeby wszystko potoczyło się inaczej. On to bardzo ładnie określił: wszechświat jest fine tuned, delikatnie zestrojony. I chociaż sam Carter nie wyciągał z tego wniosku na temat celowości wszechświata, to jego spostrzeżenie zrobiło natychmiastową karierę w mediach. I nie tylko w mediach, bo rzucili się na nie i filozofowie, i naukowcy. Teologów z początku zabrakło, chyba głównie dlatego, że się na tym nie znali.

A Ty co o tym myślisz jako teolog?

Zasada antropiczna potwierdza mi to, od czego zaczęliśmy tę rozmowę: że istnienie człowieka ma wymiar kosmiczny. Człowiek nie mógłby istnieć w innym wszechświecie.

To był prawdziwy boom, powstało mnóstwo książek na ten temat. I tak było aż do czasu, kiedy pojawiła się inna modna koncepcja: że istnieje wiele wszechświatów. W koncepcji wielu wszechświatów zasada antropiczna traci na znaczeniu, dlatego że jeżeli mamy nieskończenie wiele wszechświatów, każdy z innymi warunkami początkowymi, to oczywiste, że możemy żyć tylko w tym, który akurat dopuszcza nasze istnienie.

Zasada antropiczna ma jednak mocniejsze podstawy naukowe.

Tak, ale wcale nie wiadomo, czy to „delikatne zestrojenie” wszechświata jest ze względu na człowieka, czy stanowi efekt uboczny jakichś innych, głębszych prawidłowości, o których może dowiemy się, gdy wreszcie będziemy mieli „teorię ostateczną”.

Myślałem, że powiesz, iż w ten sposób człowiek został wreszcie naprawdę „zrehabilitowany”.

Tu chodzi o coś więcej: człowiek uświadomił sobie, że bez zrozumienia wszechświata nie zrozumie samego siebie. A czy będzie chciał zrozumieć, to już inna sprawa.

Fragment książki Siedem ważnych słów. Michał Heller w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem, która ukaże się w marcu nakładem Znaku

Artykuł pojawił się w numerze: Walczę o życie bez strachu