Subskrybuj
Bliskie ujęcie twarzy ciemnoskórej kobiety patrzącej w obiektyw. Jej głowa opiera się na lewej dłoni, której palce dotykają policzka; łokieć znajduje się poza kadrem. Ma gęste, kręcone włosy, usta podkreślone czerwoną szminką. Ubrana jest w jasną bluzkę z granatowym, wysokim kołnierzem oraz kontrastującymi, geometrycznymi elementami w granatowym kolorze na rękawach
fot. Fredrik Sandberg/TT/Rex/East News

Pani Adichie kupuje kwiaty sama

Chimamanda Ngozi Adichie w świecie literatury i feminizmu uchodzi na przemian za ikonę bądź czarną owcę. Można ją kochać albo nienawidzić. Ale nie sposób pozostać wobec niej obojętnym

Za co można ją kochać? Za epicką, ale przejrzystą i pozornie prostą prozę, mocny publicystyczny głos na temat reprezentacji różnorodnych perspektyw literatury, żarliwe zaangażowanie w walkę o prawa kobiet, niebanalny styl, ponadprzeciętne poczucie humoru, błyskotliwość, witalność i werwę. Jednak sporo można jej też zarzucić – transfobiczne komentarze, branżowy spryt balansujący na pograniczu populizmu, kapitalizowanie spraw, o które toczy się realna polityczna walka.

W 2003 r. w rozmowie dla jednego z magazynów literackich Adichie powiedziała: „Po prostu piszę. Muszę pisać. Lubię mówić, że to nie ja wybrałam pisanie, ale pisanie wybrało mnie. To może brzmieć odrobinę baśniowo, lecz czasem wydaje mi się, że moje pisanie jest czymś większym niż ja sama” (wszystkie cytaty w tłumaczeniu własnym, o ile nie zaznaczono inaczej). Ten cytat błądzi po sieci głównie w kontekście siły pisarskiego imperatywu. Ale dla samej autorki okazał się proroctwem. Jej pisarstwo jest już nie tyle kultowe, ile wiralowe, a ona sama zamieniła się w świetnie prosperującą luksusową markę. W Lagos jest równie rozpoznawalna jak prezydent, jej powieści są zaś w Nigerii obok Biblii najczęściej piraconymi książkami. W 2014 r. fragment z jej przemówienia Wszyscy powinniśmy być feministami Beyoncé umieściła w kanonicznym już przeboju Flawless. W 2016 r. Adichie została twarzą linii kosmetyków Boots No7. Rok później Dior umieścił w kolekcji koszulki z wprost zaczerpniętym od niej hasłem: „We Should All Be Feminists”. Mimo bajońskiej ceny 710 USD za sztukę model wyprzedał się po kilku dniach. Kilka lat później została twarzą kampanii reinterpretacji kultowego modelu torebki Lady Dior. Wiosną 2026 r. ekskluzywna marka biżuterii Bvlgari wybrała ją na swoją ambasadorkę.

To wszystko powinno wystarczyć, żeby bez nadmiernej złośliwości nazywać Adichie nie tylko pisarką, lecz również celebrytką. Można też wyłapać w jej komercyjnej choreografii rodzaj perwersji – bo czy ktoś, kto mieni się medium głosów marginalizowanych, może nieustannie epatować swoim przywilejem?

Dyktat jednej historii

Adichie urodziła się w Enugu, w Nigerii, w 1977 r., jako piąte z sześcior–ga dzieci. Jej ojciec James był pierwszym w Nigerii profesorem statystyki, a matka Grace absolwentką socjologii, która jako prekursorka wśród tamtejszych kobiet objęła stanowisko głównego urzędnika administracyjnego Uniwersytetu Nigerii w Nsukka. Dorastała w zżytej i kochającej się rodzinie. Jednocześnie tuż za progiem jej domu zaczynał się chaos. Na ulicach buzowało – panowały represyjne rządy wojskowe, które przejęły władzę po zamachu stanu w 1983 r. i które pogłębiły gospodarcze spustoszenie kraju, przy okazji dewaluując edukację, przez co rodzice Adichie – pracownicy naukowi – czasami nie otrzymywali pensji. Z jej stołu kolejno znikały dżem, margaryna, chleb, a nad domem zawisła atmosfera politycznego strachu. Bywało, że matka wracała z pracy i mówiła: „Dzieci, nauczcie się hymnu narodowego, bo słyszałam, że żołnierze przyjdą na uniwersytet i jeśli nie będziecie umieli śpiewać hymnu, to was pobiją”. Przesycone niepokojem nigeryjskie powietrze nie zatruło jednak szczęśliwego dzieciństwa Adichie. Chimamanda grała w piłkę nożną i badmintona z rodzeństwem. Była pilna, świetnie radziła sobie w szkole, towarzyszyła jej zgraja przyjaciół, a koleżanki walczyły o jej sympatię, oddając jej obiady (wszystkie zjadała). Dość szybko zaczęła czytać wszystko, cokolwiek wpadło jej w ręce: Enid Blyton, Agathę Christie, Camarę Laye’a, Chinuę Achebego, Florę Nwapę i wielotomową historię Kościoła katolickiego, ponieważ ta akurat stała na regale jej ojca.

Kiedy miała sześć lat, wolny czas najchętniej spędzała na pisaniu. Z niecierpliwością oczekiwała tylko jednego momentu – kiedy w końcu będzie mogła zamknąć się sama w gabinecie ojca. Uważano, że to nietypowe dla małej dziewczynki – przesiadywanie nad kartką papieru z ołówkiem w ręku w słoneczny dzień. Ale Adichie nie pragnęła niczego więcej, jak tylko móc opowiadać.

W słynnym przemówieniu The Danger of a Single Story wygłoszonym na konferencji TEDGlobal w lipcu 2009 r. wspominała, że opowiadała dokładnie takie historie, jakie czytała. A czytała głównie literaturę anglosaską. Jej postaci były podobne do tych, które w niej odnajdywała – biali niebieskoocy bohaterowie bawili się w śniegu, jedli jabłka, pili piwo imbirowe i sporo gawędzili o tym, jak cudownie, że wyszło słońce. „Tymczasem ja mieszkałam w Nigerii. Nigdy nie byłam poza Nigerią. Nie było śniegu, jedliśmy mango i nigdy nie rozmawialiśmy o pogodzie, bo nie było takiej potrzeby. (…) Nie miałam też pojęcia, czym jest piwo imbirowe, ale przez wiele lat miałam desperacką potrzebę, żeby go spróbować”.

Adichie za pośrednictwem swojego doświadczenia mówiła o potędze dyktatu jednej historii. Żeby móc przejąć władzę, trzeba najpierw okiełznać opowieść, pozbawić słyszalności wszystkich, którzy jej zagrażają. „Władza to zdolność nie tylko do opowiedzenia historii innej osoby, lecz także do uczynienia z niej historii ostatecznej” – przekonuje. Jednocześnie Adichie nie namawia do buntu przeciwko pisaniu z uprzywilejowanej pozycji elit. Powtarzane w opowieści do znudzenia klisze nie są sfabrykowane, ale prześwietlone – w końcu niewidoczne staje się nie tylko to, co poza kadrem, przy czym zamazuje się i pustoszeje obraz na nim samym. „Upieranie się przy samych negatywnych historiach spłyca moje doświadczenie i pomija wiele innych historii, które mnie ukształtowały. Pojedyncza historia tworzy stereotypy, a problem ze stereotypami nie polega na tym, że są nieprawdziwe, ale na tym, że są niekompletne. Sprawiają, że jedna historia staje się jedyną” – mówi w TED Talku.

Jednak, być może szkicując pierwszych nieadekwatnych wobec jej rzeczywistości bohaterów, mała Chimamanda przekonuje się, że przędąc historię, można pozwolić sobie na śmiałość, a we wszystkim, co obrzuca swoim spojrzeniem, mieści się dużo więcej, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Kiedy Chimamanda kończy 10 lat, zaczyna oglądać filmy i czytać książki o nazizmie, zastanawiając się z niedowierzaniem, jak ludzie mogli być tak zatraceni w nienawiści. Niewykluczone, że część wniosków z tej obserwacji wiele lat później zaklęła w postaci despotycznego ojca głównej bohaterki Fioletowego hibiskusa, swojego prozatorskiego debiutu.

Kambili ma 15 lat, piękny dom z krzątającą się służącą, zasobną spiżarnię, pochodzi z nieprzyzwoicie bogatej rodziny i dorasta w świecie pęczniejącym od przemocy. W postkolonialnej Nigerii trwa zamach stanu i do jej domu nieustannie docierają informacje o protestach i morderstwach politycznych. Tymczasem dla Kambili wszystko toczy się dotychczasowym rytmem. Niezależnie od głębokich deficytów zaopatrzeniowych stół ugina się od jedzenia, a jej ojciec Eugene – zatwardziały katolik – tyranizuje rodzinę, stosując wyszukany zestaw kar za najmniejsze przejawy nieposłuszeństwa.

Okrucieństwo Eugene’a nie jest jednak demoniczne ani cyniczne, lecz raczej opustoszałe, pozbawione jakiegokolwiek namysłu. Ojciec Kambili był bowiem niezdolny do odróżnienia dobra od zła. Posługiwał się kategorią grzechu jako powodem bezwzględnego przymusu serwowania bliskim okrucieństwa i jednocześnie kompletnie jej nie rozumiał. Grzech był dla niego piętnem i oznaczał konieczność srogiego odpokutowania. Skoncentrowany na komponowaniu własnego wizerunku nieskażonego złymi uczynkami katolika, nigdy nie wychylił się ponad powierzchowne myślenie o religii. Jest w Eugenie coś niemal błazeńskiego, w sposób, w jaki o złu pisała Hannah Arendt – dla której bywało ono nie tylko banalne, ale wręcz błazeńskie. Torturował swoich bliskich, sam współcierpiąc. Kiedy polewał stopy Kambili wrzątkiem, głos drżał mu od tłumionego z trudem płaczu. Niekiedy doprowadzał żonę i dzieci do utraty przytomności, a potem, dygocąc z niepokoju, natychmiast odwoził ich do szpitala. W tym sensie jego postawa nie odbiega radykalnie od tego, jak Arendt opisywała Adolfa Eichmanna, który powtarzał slogany i pozostawał niezdolny do refleksji nad skutkami własnych działań. Eugene i Eichmann – chociaż to postaci z różnych porządków – wykonywali tylko bezmyślnie nakazy doktryny: jeden chrześcijańskiej, drugi nacjonalistycznej. Poniekąd przyznawała to sama Adichie w jednym z wywiadów: „Eugene nie był postacią, którą chciałam przedstawić jako potwora. Nie podobało mi się to, co robił, i szczerze go nie znosiłam, lecz czułam też, że w jakiś sposób domagał się naszego współczucia – współczucia skomplikowanego, ale jednak”.

Powieść jest odczytywana jako krytyka chrześcijaństwa – emanacji tryumfującego kolonializmu. Siostra Eugene’a, ciotka Ifeoma, mówi Kambili wprost, że Eugene jest „produktem kolonialnym”. Jakiś krnąbrny historyk działalność misyjną na terenie Afryki mógłby rozpisać mniej więcej tak: demontujemy wam oswojony świat i zrywamy wszelkie połączenia z przeszłością. Wmawiamy wam, że wasza religia (a zatem i wy sami) jest bałwochwalcza i sparszywiała, a na odchodnym zostawiamy kulturowo-religijny amalgamat, który może wpuszcza powiew globalnej Północy, ale wymaga od was zręcznego dostrojenia się do nowej sytuacji, co prawdopodobnie i tak nie będzie możliwe w dającej się przewidzieć przyszłości. I pewnie miałby rację. A Fioletowy hibiskus mógłby posłużyć jako przykład powieści tego dowodzącej. Jednak Adichie jest ostrożniejsza i widzi chrześcijaństwo raczej jako siłę ambiwalentną – z jednej strony stanowiącą źródło sensu, wspólnoty i moralnego porządku, z drugiej zaś strony mogącą prowadzić do opresji, przemocy symbolicznej oraz ograniczania wolności jednostki.

Ciężar reprezentacji

Dorastała w katolicyzmie, a jako dziecko chodziła do kościoła w każdą niedzielę. Religię tubylczą traktowała raczej z pogardą. Kilku członków jej dalszej rodziny było „poganami” i Adichie nie mogła spożywać posiłków w ich domach. „Nie można jeść w ich domu, bo czczą bożków” – przestrzegała Chimamandę babcia. Uwielbiała za to chrześcijańskie nabożeństwa – pociągała ją ich dramaturgia: szaty, świece, kadzidła, łacińskie słowa. Zalewała się żywymi łzami na mszy paschalnej. Opanowała liturgię na pamięć, była pewna, że papież zna wszystkie odpowiedzi, i marzyła o byciu księdzem. Ale była też dziewczynką, która zadawała mnóstwo pytań. „Wszyscy inni chodzili do kościoła i wracali do domu. A ja chciałam pójść do zakrystii i porozmawiać z księdzem, pytając, dlaczego coś powiedział; jestem pewna, że irytowałoby to mojego ojca”.

Do dzisiaj Adichie pojawia się – choć rzadko – na niedzielnych nabożeństwach. Zdarza jej się wyjść w trakcie mszy, kiedy nie może znieść zażenowania. Kiedyś pokłóciła się z księdzem, po tym jak atakował z ambony kobiety za ubiór. I nigdy nie przestała zadawać sobie pytań, które odbijają się również w doświadczeniach jej bohaterów.

Premiera Fioletowego hibiskusa od razu ustawia Adichie w literackim obiegu – wraz z debiutem przychodzą nagrody i zainteresowanie czytelników. Ma wtedy 26 lat, mieszka w ciasnym mieszkaniu w Baltimore i mierzy się z wyzwaniami, które kogoś nieprzygotowanego do pisarskiej profesji mogłyby z łatwością rzucić na deski.

Zawsze wiedziała, że napisze powieść o wojnie w Biafrze – największej traumie narodowej Nigerii, wojnie domowej z końca lat 60. Ale jak opowiedzieć o czymś, o czym wszyscy milczą? O Biafrze nie mówiono w szkole, a pokolenie jej rodziców zachowywało się tak, jakby chciało, żeby pamięć sama w brutalny sposób rozprawiła się z wydarzeniami tamtych lat. „Przegraliśmy wojnę w Biafrze i nauczyliśmy się wstydzić” – stwierdzała pisarka. Zanim zaczęła pisać, niewiele wiedziała, lecz nosiła w sobie ciężar tej historii.

Przed rozpoczęciem pracy nad Połówką żółtego słońca Adichie musi ułożyć tę opowieść na nowo. Szuka fragmentów rodzinnych przeżyć. O dziadkach mówiono w domu tylko tyle, że byli mądrzy i zabawni. Nie wspominano natomiast np. o tym, że obaj, zanim zginęli w obozach dla uchodźców, zostali doprowadzeni do granic swojej fizyczności i odarci z godności. Pisarka sięga też do życiorysów ludzi widzących wojnę na własne oczy – historii chłopca pracującego u jej matki, do relacji sąsiadów, do wspomnień osób, których losy minęły się z jej losem. Zakopuje się w dokumentach i książkach, przybliżających jej kontekst: blokadę gospodarczą, głód, choroby, polityczne napięcia, etniczne podziały. Przy czym nigdy nie chodzi jej tylko o suche fakty, lecz o prawdę emocjonalną tamtych wydarzeń. I w ten sposób powstaje powieść, budująca most między pamięcią rodzinną a światem szerszej historii, próbując uchwycić samą istotę wojny.

Połówka żółtego słońca zostawia w Adichie nadszarpniętą psychikę, ale przynosi też nagrody, które ugruntowują jej pozycję w literackim świecie. Zostaje uhonorowana Orange Prize for Fiction, jedną z najważniejszych nagród literackich dla powieści napisanej przez kobietę, zdobywa Common–wealth Writers’ Prize dla najlepszej książki w regionie Afryki, a także Anisfield-Wolf Book Award – za literaturę, która porusza kwestie rasowe i etniczne. Podbija serca czytelników i gusta najwybredniejszych krytyków na całym świecie, a powieść pojawia się na listach najlepszych książek roku „New York Timesa” i „Guardiana”.

I tu pojawia się kolejne wyzwanie – Adichie zaczyna odczuwać rosnący ciężar reprezentacji. Zawsze wiedziała, czym jest opowiadanie historii – sama przecież przed laty uległa tej sile. Lecz dopiero sukces Połówki żółtego słońca pozwolił jej się przekonać, jak daleko ona sięga.

Jej powieści zaczęły być cytowane w kontekstach politycznych, społecznych, reporterskich. Czytelnicy, krytycy, media – wszyscy domagali się od niej komentarzy. Nagle stała się głosem „Afryki”, „kobiety”, „wolności”, „historii”, takim, jakiego nawet ona sama nie do końca potrafiła już ograniczyć do ram tekstu.

Adichie dostaje zaproszenie na TEDGlobal w 2009 r. w Edynburgu. Wygłasza wspomniane już przemówienie The Danger of a Single Story. Nagranie podbija internet. Miliony ludzi oglądają je w ciągu pierwszych miesięcy. Dziś ten TED Talk ma już ponad 15 mln wyświetleń na YouTubie i zyskał status kultowego. Kolejny raz Adichie występuje na TED Talku w 2012 r. w Londynie z wykładem We Should All Be Feminists. W krótkiej, precyzyjnej, pełnej humoru, ciepła i empatii prezentacji mówi o nierównościach płciowych, wychowaniu, oczekiwaniach społecznych i o tym, jak kształtują życie kobiet i mężczyzn. Wystąpienie niemal z miejsca staje się wiralem. W 2014 r. Adichie przekształca je w książkę, która trafiła na listy bestsellerów oraz… rok później do szkół w Szwecji, gdzie każdy 16-latek otrzymuje jej darmowy egzemplarz.

Jak opisać doświadczenie kobiet

Jednak Adichie nie porzuca pisarstwa. Otwiera warsztaty literackie, na które ściągają ludzie z całej Nigerii. I cały czas pracuje nad trzecią powieścią. Zna już ciężar twórczej odpowiedzialności. Tym razem chce opowiedzieć coś zupełnie innego – bezpretensjonalną historię niepodejmującą tematu wojny i dramatów narodowych, lecz stanowiącą zapis życia „pomiędzy”.

Adichie w wieku 19 lat, po porzuceniu studiów medycznych w Nigerii, przyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, by studiować nauki polityczne na Eastern Connecticut State University. Bardzo szybko okazuje się, że zmiana miejsca oznacza coś więcej niż tylko zmianę uczelni. W USA po raz pierwszy w pełni doświadcza, czym jest rasa jako kategoria społeczna – coś, co wcześniej nie było dla niej oczywiste w nigeryjskim kontekście. Wcześniej nie identyfikowała się jako Afrykanka. Irytuje ją, że w Ameryce ludzie pytają ją o Namibię, o której nie ma pojęcia. Ale akceptuje tę nową tożsamość. I postanawia ją uchwycić.

Dorastała, pochłaniając absurdalne liczby tanich romansów, i chciała wydobyć coś z ich uzależniającego charakteru, z czystej radości lektury. Dlatego postanawia, że kolejna książka będzie opowieścią o miłości. Tak w 2013 r. powstaje Amerykaana, czyli opowieść o Ifemelu i Obinzem, młodych Nigeryjczykach rozdzielonych przez migrację: ona wyjeżdża do Stanów, on do Anglii. Ifemelu odkrywa, że bycie czarnoskórą w Ameryce oznacza wchodzenie w niewidoczne pułapki codzienności – od komentarzy na ulicy po mikroagresje w pracy – i robi to z humorem i nieco ironiczną obserwacją własnej sytuacji. Obinze doświadcza emigracyjnej niepewności w Anglii, konfrontując się z systemem, który traktuje go jak figuranta w cudzej historii.

Kiedy ich drogi w końcu skrzyżują się w Lagos, oboje mierzą się z tym, kim stali się w obcym świecie, i z istotą powrotu do domu już po przemianie. Ifemelu po powrocie do Nigerii czuje się, jakby wylądowała na innej planecie. „W pierwszej chwili poczuła, że Lagos ją atakuje; oślepiające słońce, pośpiech, żółte autobusy pełne stłoczonych rąk i nóg, spoceni uliczni sprzedawcy pędzący za samochodami, reklamy na olbrzymich bilbordach (…) i sterty śmieci wyrastające przy drogach jak szyderstwo” (tłum. K. Petecka-‑Jurek). Obraz Nigerii przesącza się przez wszystko, czego doświadczyła w Stanach. Jej przyjaciółka, Ranyinudo, kpi z niej, nazywając ją „Amerykaaną” – pogardliwym określeniem kogoś, kto właśnie wrócił ze Stanów i zaczyna przejawiać „amerykańskie zachowania”. Choć nawet ono nie jest w stanie pomieścić w sobie wielopiętrowej tożsamości Ifemelu.

Obinze dowiaduje się zaś, że Ifemelu pisze bloga, i uświadamia sobie ze zdumieniem, że postów na nim nie publikuje ta sama dziewczyna, którą pokochał przed laty w Nigerii. „Ponieważ znał ją w czasach, kiedy jeszcze niewiele wiedziała o rzeczach, o których pisała w blogu, miał wrażenie, że coś utracił, jakby stała się osobą, której już nie zna”.

Amerykaana jest monumentalnym, ale niewymuszonym zapisem napięcia między miejscem urodzenia a miejscem, które nas kształtuje. I jest też hipnotyzującą historią o zawziętości w poszukiwaniu istoty miłości. Adichie pokazuje, że życie „pomiędzy” kulturami to nie tylko tęsknota czy dramat, lecz też ironia, sprzeczności i subtelne momenty, mogące wywołać uśmiech, jeśli tylko potrafimy je zauważyć

Scenariusz powtarza się w podobnym rytmie co ostatnio: Amerykaana została przyjęta entuzjastycznie – zarówno przez krytyków, jak i czytelników. „The New York Times” nazwał powieść „mistrzowskim portretem emigracji i miłości w XXI wieku”, a „The Guardian” podkreślał, że Adichie potrafi pisać o codzienności z lekkością i przenikliwością, która rzadko zdarza się współczesnym pisarzom. Tylko tym razem zakończenie różni się od poprzednich. Adichie nie pracuje nad nową powieścią. Przeciwnie – milknie na ponad dekadę.

„Nie chciałam zostawiać tak długiej przerwy między powieściami” – mówi w rozmowie z „Guardianem”. W 2016 r. Chimamanda rodzi pierwsze dziecko – córkę. Kiedy była młodsza, nie miała pewności, czy macierzyństwo jest pomysłem dla niej. Zastanawiała się, jak może być dobrą matką, skoro czymś najważniejszym jest dla niej pisanie. Po pojawieniu się na świecie dziewczynki dzieli się obowiązkami domowymi z mężem, ale szybko okazuje się, że jej czas na twórczość to barwna obietnica bez pokrycia, a „własny pokój” jest po prostu mirażem. Adichie doświadcza tego, co większość kobiet po urodzeniu dziecka – jej życie staje się niekończącym się pasmem zmęczenia i lęku. Kolonizuje ją niepokój – po dwóch latach od porodu wciąż sprawdzała, czy jej dziecko oddycha; winiła się, że nie uzupełnia rodzicielskiej wiedzy. Wpadła w otchłań – nie mogła pisać, nie potrafiła nawet czytać, a lekarz podejrzewał u niej depresję poporodową.

Podczas okresu twórczego milczenia w Adichie stopniowo dojrzewa przekonanie, że jej literatura w większym stopniu powinna być katalogiem doświadczeń kobiecego ciała – jego bolesnej rzeczywistości oraz ograniczeń narzucanych przez społeczny i medyczny porządek. Ale znów pojawia się lęk – pisarka obawia się, że jej głos mógłby niechcący wzmocnić protekcjonalne narracje redukujące kobiece doświadczenie do hormonalnej niestabilności. I wciąż milczy. Czuje natomiast, że musi w końcu wrócić do opowiadania, że właśnie tego potrzebuje najbardziej.

Wszystko zmienia się, gdy umierają jej rodzice – najpierw ojciec, a później matka. W „Guardianie” wyznawała, iż jej życie było tak wyraziście przez nich ukształtowane, że ich odejście kompletnie ją przeobraziło.

Zdumiewające okazało się dla niej, jak głęboko cielesnym doświadczeniem potrafi być żałoba – jak gwałtownie i bezwiednie ciało przejmuje kontrolę, wyrażając rozpacz w sposób dotąd dla niej niepojęty: w uderzeniach pięści o ziemię, w spazmatycznym podskakiwaniu, jakby ruch mógł pomieścić nadmiar bólu, którego nie sposób wypowiedzieć. Twórcza blokada Adichie zaczyna pękać pod naporem ciężaru doświadczeń.

Kolejne zaskoczenie przychodzi, gdy kończy pisać zrodzony z dekady ciszy Bilans snów. Zdaje sobie sprawę, że w powieści zaklęta jest jej matka. Nie pojawia się w niej dosłownie – raczej subtelnie przenika tkankę książki, ujawnia się w relacjach między bohaterkami i w sposobie obrazowania rzeczywistości. Matka Chimamandy miała zmysł pozwalający widzieć świat w wyostrzeniu. A nowej powieści Adichie trudno odmówić przenikliwości spojrzenia – to książka, która bezlitośnie odsłania struktury rzeczywistości, nie pozwalając czytelnikowi schronić się w żadnym z wygodnych złudzeń.

Bilansowi snów daleko do epickości dwóch poprzednich powieści. Adichie z pozoru opisuje tylko życia czterech kobiet, rozciągnięte między Nigerią a Ameryką. Prawdziwą fabułę tworzy w tym utworze to, czego nie ma. Te wszystkie drobne „a gdyby”. Gdyby została. Gdyby wyjechała wcześniej. Gdyby powiedziała coś wtedy, a nie teraz. „Bywa, że latami nosimy w sobie tęsknoty, których nie potrafimy nazwać” – wyznaje już na początku powieści Chiamaka, jedna z głównych bohaterek. To właśnie ten ruch „wstecz”, nieustanne sprawdzanie alternatyw, nadaje powieści jej rytm – trochę melancholijny, trochę bezlitosny.

Książka długo wydaje się niemal spokojna, nawet trochę wyciszona, aż pojawia się wątek gwałtu na Kadiatou – emigrantce i pokojówce, wykorzystanej seksualnie przez prominentnego polityka. Adichie przejmująco pokazuje prawdziwe źródła przemocy seksualnej, które znajdują się dużo dalej niż w samym czynie: w nierównościach, w klasie, w płci, w tym, kto ma prawo mówić, a kto ma raczej milczeć.

Adichie zdaje sobie sprawę z tego, że samo opowiedzenie pojedynczego kobiecego doświadczenia w przyciągający sposób nie załatwi sprawy. Pragnie czegoś więcej – chce stworzyć niemal totalny obraz jego wieloaspektowości. Decyduje się na gest godny samej Virginii Woolf. W Pani Dalloway spoglądamy na Londyn oczyma wielu różnych i oddalonych od siebie doświadczeniem kobiet. Od nadzwyczajnie uprzywilejowanej Clarissy, dla której ruchem jednocześnie samostanowiącym i uznającym własne położenie jest kupno kwiatów, po ubogą i skazaną na stygmatyzację Rezie Warren Smith. Adichie tka pokrewną brytyjskiej pisarce sieć wrażeń rozpiętą między Afryką a Stanami Zjednoczonymi. Głosy bohaterek nieustannie się przecinają, ale też nakładają się na siebie i uzupełniają, tworząc wielowątkową, homerycką opowieść o byciu kobietą.

Z Bilansu snów wszystkie bohaterki wybudza Ameryka: miejsce, gdzie systemowo chroni się gwałcicieli, policja więcej strzela, niż biega, obywatele beztrosko korzystają ze swojej władzy i nawet nie próbują zrozumieć tego, w jak desperacki sposób imigranci usiłują przywrócić swoim dzieciom prawo do marzeń. Omegolor, jedna z głównych bohaterek, wyznaje, że pojechała do Ameryki z nadzieją, iż „odnajdzie w sobie coś szlachetniejszego i lepszego”. I stwierdza: „Ameryka nas wszystkich oszukała”. Amerykański sen staje się tylko kolejnym w tym bilansie. Odrobinę przesadziłam, pisząc, że Adichie milczała przez dekadę. W 2017 r. powraca na pierwsze strony gazet za sprawą wywiadu, którego udzieliła dla Channel 4 News. Dziennikarka pyta ją, czy kobieta transpłciowa jest „mniej prawdziwą kobietą”. A ona odpowiada, że kobieta transpłciowa jest kobietą transpłciową. I że problem płci nie zaczyna się w ciele, tylko w doświadczeniu, a osoba, która przed tranzycją żyła jako mężczyzna – z przywilejami przyznanymi mężczyznom przez społeczeństwo – ma doświadczenia, których nie da się porównać z doświadczeniami osoby urodzonej jako kobieta.

I lawina rusza. W stronę pisarki zewsząd rzucane są oskarżenia o transfobię. Nie pomagają wyjaśnienia ani podtrzymanie deklaracji o sojusznictwie z osobami transpłciowymi. Konsek-wencje są bardzo konkretne dla jej kariery: odwołane rozmowy, cofnięte zaproszenia, atmosfera, w której każde wystąpienie grozi powrotem do tego samego pytania. Tym razem to Adichie pada ofiarą niebezpieczeństwa jednej historii. Czy można się temu dziwić?

W czasie, gdy Adichie zaczynała kolekcjonować literackie trofea, a wystąpieniami publicznymi pobijała kolejne rekordy wyświetleń, wokół niej wzbierała feministyczna fala. Stawała się iko–ną ruchu i sama ogłaszała się jego rzeczniczką. Już wcześniej zaznała ciężaru swojej publicznej roli, zdawała sobie sprawę ze swojej odpowiedzialności. W tym sensie zarówno wypowiedź o transpłciowych kobietach, jak i cała jej komercyjna choreografia obnażyły – według niektórych czytelników – dyskretną obłudę pisarki: czy wszyscy powinniśmy być feministami, jak głosi, skoro T-shirt z tym hasłem przekracza zasobność przeciętnego portfela? Czy ona sama nią jest, skoro marginalizuje tożsamość transkobiet i niebinarne osoby, jednocześnie współtworząc hit Beyoncé – bez wątpienia znajdującej się w panteonie najbardziej uprzywilejowanych kobiet świata? Jedna z najważniejszych teoretyczek ruchu feministycznego Audre Lorde odrzucała co prawda utopijne „siostrzeństwo”, uważając, że homogenizuje ono doświadczenie kobiet, jednocześnie jednak postulowała „twórcze rozumienie różnicy”, otwarcie na los inny niż własny.

W tym sensie Adichie wpadła w pewną pułapkę – zarzuca swoim krytykom poczucie moralnej wyższości, wcześniej przyznając sobie glejt na wykluczenie części kobiecego doświadczenia. To wystarczy, by zacząć zastanawiać się, czy dla pisarki feminizm jest czymś żywym i głęboko przeżywanym, czy jedynie poręcznym hasłem reklamowym, przydatnym do tego, by coś sprzedać.

Wszystko jedno, czy miałaby to być powieść czy produkt haute couture, którego kampania przekonuje nas, że kupienie torebki za 15 tys. zł to czyn wbijający sztylet w plecy patriarchatu.

*

Nie mam powodów, kompetencji, a przede wszystkim ochoty rozstrzygać, czy wszystkie deklaracje i ruchy Adichie z przeszłości były autentyczne. Ale jeśli spojrzeć na trajektorię życia pisarki, może nagle okazać się, że jest kimś ciekawszym, niż jej samej się wydaje, a jej czytanie może wyjść nam tylko na dobre.

Adichie nie jest postacią znikąd, którą wystarczy podlać odrobiną feministycznych teorii, by stała się ikoną adekwatną dla naszych założeń o świecie. Wyrosła z konserwatywnej społeczności Nigerii. Urodziła się w rodzinie pracowników naukowych, ale nawet ten rodzaj przywileju nie uchronił jej bliskich od wojennych okrucieństw. Uformowała ją literatura, w której nie znajdowała odbicia swoich doświadczeń, i religia, w której przestała się mieścić. Jej życie rozdarte jest na dwa światy: Amerykę i zepchniętą na geopolityczny margines Nigerię. A mimo to jej doświadczenie emigrantki wygląda dość niestandardowo – nigdy nie posmakowała tego, co poza nawiasem dobrze sytuowanej klasy średniej. Jej gwiazda rozbłysła oślepiającym wręcz blaskiem i gwałtownie przygasła. Jest więc w jej biografii matczyne doświadczenie znikania, zamazania konturów dotychczasowej tożsamości. Jest wreszcie doświadczenie utraty. Najpierw siły swojego autorytetu, który przecież mocno definiował jej obecność w przestrzeni publicznej, a potem całkiem już namacalne pożegnania z bliskimi: najpierw ojcem, potem matką, a niedawno także z dwuletnim synkiem, który zmarł z powodu lekarskiej pomyłki. Ta tożsamościowa różnorodność układa się w opowieść o kobiecie, która doświadcza życia we wszystkich jego przejawach i która mimo to postanawia przemawiać własnym głosem. Musimy się pogodzić z faktem, że nie da się stworzyć spójnego obrazu Adichie. Niezależnie, jak oceniamy autorkę, jej powieści są ważne i potrzebne. A jednak to jest wciąż główną miarą literatury. Oburzonych zaś zachęcam, by dali się ponieść sile jej narracji. Bo niczego dzisiaj nie potrzebujemy bardziej niż zwykłej otwartości.

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki