Inspiracją dla filmu była głośna sprawa z Howard Beach. Zimą 1986 r. grupa białych napastników zaatakowała czarnych mężczyzn wychodzących z pizzerii, a Michael Griffith, uciekając, zginął potrącony przez samochód. Lee nie rekonstruuje jednak tamtej nocy. Wyjmuje z niej to, co odsłania mechanizm przemocy: pizzerię, kij baseballowy, śmierć czarnego mężczyzny i napięcie między czarną a włosko-amerykańską społecznością. Wszystko inne buduje już po swojemu – jeden blok w Bedford-Stuyvesant w Brooklynie, jeden dzień, upał gęstniejący od pierwszych scen i dający się każdemu we znaki. Latynosi, Koreańczycy, Włosi, Amerykanie… Nikt nie radzi sobie z ekstremalnie wysoką temperaturą, tak jak nikt nie radzi sobie tutaj od dawna z poczuciem poniżenia i agresją.
W momencie pracy nad Rób, co należy trzydziestoletni reżyser miał za sobą już dwa sukcesy w ramach kina niezależnego – Ona się doigra (1986) i Szkolne oszołomienie (1988). Obsadzając siebie w roli Mookiego, pracownika Sala (Danny Aiello), Lee umieścił własne ciało pomiędzy stronami konfliktu. Mookie jest lubiany, dopóki roznosi pizzę, żartuje i łagodzi napięcia. Staje się kłopotliwy wtedy, gdy przestaje pełnić funkcję kogoś, kto ma uspokajać cudzy gniew.
Najczytelniejszym znakiem wyższości jednych nad drugimi jest „Wall of Fame” w pizzerii Sala. Zdjęcia włosko-amerykańskich gwiazdorów z Frankiem Sinatrą i Sylvestrem Stallone’em na czele wiszą w lokalu utrzymywanym na co dzień przez czarną społeczność. Ta dekoracja staje się pytaniem o widzialność i reprezentację. Sal może mówić o własności i rodzinnej tradycji, ale inni mają prawo zapytać, dlaczego miejsce żyjące z pieniędzy dzielnicy nie uznaje jej obecności.
Ta sama sprzeczność powraca w rozmowie Mookiego z Pino (John Turturro), który gardzi czarnymi mieszkańcami Bed-Stuy, a zarazem kocha czarnych sportowców i muzyków. Lee pokazuje paradoks, który, niestety, w wielu miejscach USA nie traci na aktualności: czarna kultura może być niezwykle popularna, podczas gdy „czarne życie” pozostaje na cenzurowanym.
Dlatego tak ważna jest opowieść Radio Raheema (Bill Nunn) o dwóch dłoniach. Jej źródłem jest film Noc myśliwego (1955) Charlesa Laughtona, w której Robert Mitchum rozgrywa na palcach moralitet o miłości i nienawiści. W Rób, co należy ten gest schodzi z imaginarium gotyckiego horroru na przepaloną słońcem ulicę. Kastety z napisami „Love” i „Hate” nie są tylko efektownym rekwizytem, modną błyskotką. Stają się skrótem moralnej temperatury filmu, w którym pragnienie wspólnoty sąsiaduje z przemocą. W momencie gdy na ekranie pada zdanie It’s a free country, odpowiedź Free? There’s no free here odsłania pęknięcie mitu: wolność w tej przestrzeni zależy od koloru skóry, pieniędzy i tego, kto może uciszyć innych.
Recepcja filmu od początku była podszyta lękiem. Pytano, czy Rób, co należy nie zostanie odczytany przez społeczność afroamerykańską jako wezwanie do przemocy. Lee odpowiadał, że chciał, aby ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, a szerzenie przez oficjalne media „rasowej paniki” z pewnością nie pomaga, by dyskusja toczyła się na uczciwych zasadach. Znaczące jest też to, że część widzów, wychodząc z kina, mocniej przeżywała zniszczenie pizzerii niż śmierć Radio Raheema.
Paramount oczekiwało łagodniejszego zakończenia, pogodzenia Mookiego i Sala. Lee odmówił, bo pojednanie dopisane z zewnątrz unieważniłoby istotę jego opowieści.
Z czasem Rób, co należy wpisało się na stałe w amerykańską popkulturę i filmowy kanon. Lecz najdosadniej dzieło Lee powróciło wtedy, gdy fikcja z 1989 r. zaczęła wyglądać jak zapis rzeczywistości. Po śmierci George’a Floyda z rąk białych policjantów reżyser zmontował 3 Brothers (2020), łącząc Radio Raheema z Floydem i Erikiem Garnerem (wcześniejszą czarną ofiarą policji). Lata mijają, a Lee zyskuje coraz więcej materiału na kolejny film pokazujący, kto naprawdę może w Ameryce czuć się u siebie.
Film można obejrzeć m.in. na Prime Video